Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa zwierząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa zwierząt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 maja 2017

Sprostowanie

Prawie cztery miesiące temu napisałem tutaj ostatniego posta. Podałem tam informację, że w Szwecji nie można trzymać, w trakcie wyjazdu, psów w przyczepie, co zmusiło mnie do opuszczenia tego kraju i przerwania działalności tam.
Pisałem to mając słowną interpretację prawa usłyszaną od szwedzkich urzędników oraz ich pisemną decyzję wydaną w języku szwedzkim, zakazującą mi używania przyczepy w celach mieszkalnych dla psów.
W lutym, już po napisaniu tamtego tekstu, otrzymałem wreszcie decyzję w zrozumiałym dla mnie języku. Prawo, na które powołali się urzędnicy pozwalało mi używać przyczepy w taki sposób w jaki to czyniłem.
Zatem zakazanie mi działania w Szwecji było bezprawne.
Złożyłem odwołanie do szwedzkiego sądu administracyjnego i tam ta sprawa leży od lutego. Dzisiaj dostałem kolejną odpowiedź z tegoż sądu : I am sorry but I can´t get you a date for a decision. You still have to wait. 
Czekam tak już cztery miesiące, nazywany oszustem, kłamcą, wyłudzaczem itd. Ile poczekam jeszcze? Tyle ile będzie trzeba. Miałem prawo tam działać. Miałem prawo robić to w taki sposób w jaki robiłem. Moje psy miały prawo do bycia psami, a ja człowiekiem. Szwedzcy urzędnicy złamali moje prawa człowieka. Wpędzili mnie w niesamowite problemy. Miałem realizować marzenia a mam długi i niepewną przyszłość. Ja, moja rodzina i wszystkie nasze zwierzęta. Tylko dlatego, że urzędnik działał w zmowie z lokalnym biznesem. Gdybym był Szwedem nikt by mnie nie tknął, być może. Jednak Polaka trzeba było usadzić i pokazać mu jego miejsce. Tak to odbieram.
Powtórzę jeszcze raz, złamano moje prawa człowieka. Nie odpuszczę tej sprawy. To jest walka o moja godność i prawo do działania. Szwecja nie może zrujnować wielu lat naszej ciężkiej pracy.  

niedziela, 6 listopada 2016

Ultramaratończyk

Henia i Baru "in lead"
Długodystansowy pies zaprzęgowy to ultramaratończyk. Jego organizm potrafi dobrze znosić długotrwały wysiłek, trudne warunki pogodowe i stres. Radzi sobie z brakiem snu, byciem w ciągłej gotowości do biegu. Jest odporny na ból i rzadko choruje.
Ale nie jest maszyną. Jest czującym, żywym stworzeniem, któremu należy się opieka i uczycie. Tym bardziej, że jest wspaniałym sportowcem. Alaskan husky potrafi przebiec 100 kilometrów w ciągu sześciu godzin, przespać się i najeść w ciągu następnych sześciu, a po nich pobiec drugi raz 100 kilometrów. Ponad 200 nawet w ciągu doby.
On to potrafi, ale pod pewnymi warunkami. Musi być do tego wytrenowany, zdrowy i dobrze odżywiony. Inaczej zrobimy z niego ruinę. Granica, przy tak ekstremalnych biegach, jest niezwykle cienka. Kto nie ma pojęcia o treningu i dietetyce, niech się w ogóle za to nie bierze. Narobi tylko psom i sobie kłopotów.

Maja i Bajka



Ultramaratońskie biegi charakteryzuje ogromny dystans do pokonania i długi czas przebywania na trasie. Aby mieć szansę na ich ukończenie wszystko musi być dograne na maksimum możliwości. Dlatego tak często tych biegów zespoły nie kończą. Nawet te znakomicie przygotowane.

Człowiek biegnący maraton, czy dużo dłuższy bieg ultra, wsłuchuje się w swój organizm. Zna go doskonale dzięki treningom i wie kiedy jest dobrze, a kiedy przekracza linię, zza której nie ma już odwrotu. Wtedy się wycofuje. Przynajmniej powinien tak zrobić.
W zespole zaprzęgowym jest to o tyle trudniejsze, że musimy wsłuchać się w organizmy psów. W ich łapy, mięśnie, serca i rozumy, aby wiedzieć czy dalsza jazda ma sens i czy jest po prostu bezpieczna dla zespołu i jego poszczególnych członków. A przecież one nam tego nie powiedzą.
Bardzo w tym pomaga własne doświadczenie w sportach wytrzymałościowych, dzięki któremu możemy się domyślać co przeżywa pies. Z czym walczy jego organizm i psychika. Warto wiedzieć czym są zakwasy i jak bolą mięśnie kiedy powstają w nich mikrouszkodzenia, normalne przy wysiłku i jak funkcjonuje ciało i mózg w warunkach odwodnienia. To wszystko pozwala nam zrozumieć psa w trakcie biegu i odpowiednio o niego zadbać.

Flicka i Beky



My  sami oczywiście też zmagamy się z bólem mięśni, brakiem snu, odwodnieniem. Kilkuset kilometrowa trasa nie oszczędza nikogo. Samo stanie na saniach długimi godzinami daje w kość, a przecież musimy jeszcze pomagać psom, pchać sanie na podjazdach, czy w głębokim śniegu, biec obok kiedy psom jest ciężko. Przyjmuje się, że 15-20 procent trasy przemierzamy na własnych nogach pomagając psom. W trakcie takiego wyścigu jak Finnmarkslopet 500 jest to 70, albo i więcej kilometrów, zrobionych na własnych nogach w ciągu dwóch dni. Wystarczy żeby poczuć ból wszystkich mięśni. Na dodatek, kiedy zatrzymujemy się na postój, to psy natychmiast kładą się do snu, a my w tym czasie biegamy wokół nich z jedzeniem, masażem, wodą itd. Śpimy dopiero wtedy, kiedy ogarniemy naszych biegaczy.

Jasna Emi i czarna Szasta


Na  sukces w długodystansowym mushingu składa się wiele szczegółów. Jest ich tak dużo, że nie sposób wszystkich wymienić w jednym miejscu. Najważniejsze są jednak trening, dieta i opieka nad psami. Dożo biegania w różnych warunkach, dużo odpoczynku pomiędzy treningami, ogrom jak najlepszego jedzenia i jeszcze więcej uczucia, miłości i pasji. Musimy zjednoczyć się z naszymi psami. Stać się niemal jednym organizmem, bo od nich zależy nasz los i ich los od nas.
Psy są naszymi przyjaciółmi, członkami naszej rodziny. Kiedy są szczęśliwe nam jest dobrze, kiedy cierpią, my cierpimy z nimi. Kiedy odchodzą, płaczemy za nimi i tęsknimy.
One dają w biegu sto procent z siebie, my musimy zrobić tak samo. Tylko wtedy mamy szansę na cokolwiek. I to tylko szansę, bo wiele z kart w mushingu rozdaje los. Dlatego oprócz wszystkiego potrzebujemy też mnóstwo szczęścia. To już jednak temat na osobny post :)

Dbajmy o nasze psy, kochajmy je i czujemy jak one. Dzięki temu możemy stać się prawdziwymi maszerami i wejść naprawdę w świat mushingu, a dzięki temu dotrzeć do sedna kontaktu z naturą. Poczuć jedność ze zwierzętami, wiatrem, śniegiem i mrozem. Być częścią świata tak naprawdę.

Adi





















piątek, 12 sierpnia 2016

Pomagamy Malinie

Malina - niewidoma sunia z jedną nerką, będąca pod opieką naszej przyjaciółki Agnieszki cały czas potrzebuje wsparcia.
 

Jakiś czas temu Krzysiek podarował kilka swoich książek pt. "23 kilometr" dla Maliny - wszystkie osoby, które wpłaciły 49 zł dla dzielnej suni otrzymywały od nas książki. Pisaliśmy o tym tutaj. Zebrane wtedy pieniądze zostały przeznaczone na niezbędną diagnostykę.



Prosimy Was ponownie o pomoc.
Malina już dosyć wycierpiała w swoim 10-letnim życiu. Niestety problemy z kręgosłupem dają o sobie znać. Potrzebny jest preparat, który można zakupić teraz z 40% zniżką.
Każde 5, 10, 15 zł jest na wagę złota. A może jest wśród Was ktoś, kto kupiłby po prostu ten preparat dla Malinki.
Podajcie dalej ten post.
Historię Maliny znajdziecie tutaj: https://web.facebook.com/events/1020409077997627/
i tutaj.

Numer konta, na które można dokonywać wpłat:
53 1440 1387 0000 0000 1258 6396
Fundacja Zwierzaki w Potrzebie Moniuszki 11 05-200 Wołomin
z dopiskiem"Malina"
paypal: zwierzakiwpotrzebie@wp.pl



sobota, 6 sierpnia 2016

Trylogia Norweska - Finnmarkslopet







Na koniec Trylogii, to co dla nas najważniejsze - Finnmarkslopet. Najdłuższy na świecie wyścig zaprzęgów złożonych z ośmiu psów. Nasze marzenie i nasza trauma, którą najwyższy czas odrzucić i zapomnieć.
Ten wyścig siedzi w naszych głowach od 2005 roku. Długo zbieraliśmy doświadczenie i odpowiedni zespół psów. W końcu w 2011 byliśmy gotowi. Trening i jeszcze raz trening. Zjechaliśmy całe Bory Tucholskie, kilka tysięcy kilometrów, by w 2012 wystartować w tym wspaniałym biegu.
Wszystko na nic. Odpowiedzialność za zwierzęta, które mieliśmy pod swą opieką i nieodpowiedzialność ich właścicieli zmusiły nas do pozostania w domu.

Rok później jeszcze więcej pracy i znowu pech. Tym razem choroba, zabieg....

W 2014 wszystko miało wreszcie skończyć się szczęśliwie. Przygotowania poukładały się w miarę pozytywnie. Jechaliśmy do Norwegii pewni, że tym razem Finnmarkslopet nam się nie wymknie. Był w nas nieprawdopodobny spokój. Jakby ukończenie tego wyścigu było tylko formalnością.
Skończyło się tragicznie. Vili, pies który dołączył do zespołu półtora miesiąca przed startem umarł na 23 kilometrze trasy. Zabiła go niewydolność serca.

Od tego momentu rozpoczął się najgorszy okres naszego życia. Trauma, zrezygnowanie, załamanie psychiczne i straszne myśli, które tłukły się w głowie.
Śmierć Vilego spowodowała też to, że nie mieliśmy już cierpliwości patrzeć na to, co z końmi będącymi pod naszą opieka, wyprawiają ich właściciele. Śmierć Vilego bardzo nas zradykalizowała. Poszliśmy z tymi ludźmi na wojnę. Nieprzestrzeganie elementarnych praw zwierząt było dla nas nie do zniesienia. Zmagaliśmy się z tym problemem trzy lata i brakowało nam już sił.

Straciliśmy pracę, musieliśmy wyprowadzić się do naszej rudery, która miała zostać rozebrana, by w tym samym miejscu budować nowy dom.
Znaleźliśmy się na samym dnie.

Ale my jesteśmy zbyt silni i zbyt odważni, aby to tak się skończyło. Mimo wszystko nie przestaliśmy marzyć. I snuć planów na przyszłość. I teraz, dwa lata później, znów wzięliśmy na rozpiskę wyścig, który wciąż nam ucieka.
W marcu 2017 mamy zamiar go wreszcie złapać!

niedziela, 31 lipca 2016

Finka


Suczka, która błąkała się po rynku w Łabiszynie jest z nami już prawie dwa miesiące. Zdążyła przez ten czas wsiąknąć w naszą psiokociogęsią rodzinę. Dogadujemy się doskonale. 
W domu oczywiście rządzą koty i tak musi być. Ktoś powinien szczeniakowi pokazać gdzie jego miejsce :), bo szczeniaka dosłownie nosi.

Ma mnóstwo energii, której trzeba się na różne sposoby pozbyć. Biega, bawi się, kopie dziury i reaguje na wszystko. Na szczęście nie jest jakimś specjalnym szczekaczem i idzie z nią wytrzymać.
Kumpluje się z coraz większą ilością naszych psów. Najbardziej z Henią, z którą uwielbia się bawić. Henia na szczęście jest delikatna i nie ma obawy, że zrobi małej krzywdę przed przypadek. W końcu między nimi jest dwadzieścia kilogramów różnicy masy.

Bawi się też z Pipsem i DeDeem. Trzydziestokilogramowymi psiurami, które też w zabawie bardzo uważają żeby jej nie stratować :) Wszyscy generalnie obchodzą się z nią jak z jajkiem. Nie licząc Sami, która ma jakieś dziwne zamiary. Sprawia wrażenie jakby polowała na malucha.

Część psów, jak Nikola, Klein, Arina, zachowują się jakby jej w ogóle nie zauważali. traktują Finkę jak powietrze. Ciekawe o co chodzi.

Stopniowo wypuszczamy z nią na wybieg kolejne, nowe psy i pewnie w końcu nadejdzie taki dzień, że będzie chodzić po wybiegu z całym stadem.



Wciąż dla nas jest dziwne, i takie to już pozostanie, że nikt nie przygarnął tego małego zwierza wcześniej. Błąkało się to po rynku, wśród ludzi, pod oknami i między samochodami. I nie znalazł się nikt, kto dałby jej dom. Je ten zwierz tyle co kot, miejsca nie zajmuje wcale, jest grzeczna i słucha co się do niej mówi. Chodzi wszędzie za nami, bo strasznie potrzebuje człowieka. Nie jest agresywna do kotów i innych psów, jeszcze na żadnego zwierzaka nie warknęła. O ludziach to nawet nie wspominamy, bo to czysta psia miłość do człowieka. Tylko żaden ludź wcześniej nie chciał tej miłości przyjąć.
Dziwne to. Czyżby ludzie już tak otępieli? Jaki los czekał ja na ulicy? Kopniak żula? Koła samochodu? Ciąża przy pierwszej cieczce i umierające szczenięta? Nawet nie chcemy o tym myśleć.
Na jej szczęście my się tam znaleźliśmy i przerwaliśmy w porę ten zły wariant jej historii.

środa, 27 lipca 2016

Nowe prawo łowieckie

Ministerstwo Środowiska szykuje zmiany, które mogą postawić w zupełnie innym świetle nasze prawa do natury, do przebywania w lesie. Odsyłamy po kompleksowe informacje do artykułów choćby Adama Wajraka w Gazecie Wyborczej. My dzisiaj opowiemy Wam co czeka sport zaprzęgowy w kontekście zmian prawa łowieckiego, które nadchodzą.

Otóż nowela tego prawa pozwoli myśliwym pod byle pretekstem zamykać wstęp do lasu niemyśliwym. Na dowolny czas!
Dzisiaj, kiedy odbywa się polowanie zbiorowe, to czasem stawiane są tablice, że takie polowanie się odbywa, czasem na tych tablicach, bezprawnie zakazuje się wstępu do lasu. Teraz te zakazy są bezprawne. Po nowelizacji prawa łowieckiego już nie będą.
Jeśli gdzieś takie polowania odbywają się często, to zakaz może być permanentny. Dla nas jest oczywiste.
Mamy jakiś tam konflikt z myśliwymi w "naszym" lesie. Od czasu do czasu słyszymy, że mamy "sp...lać" (cyt.) z psami i w ogóle. Tyle, że dotychczas mogli oni sobie gadać, a my mieć to gdzieś. Teraz to się zmieni. Prawo będzie po stronie kół łowieckich. A my, jeśli nie będziemy respektować ich zakazów staniemy się przestępcami! Ogarniacie to?
Być może sprinterzy, którzy nie potrzebują dużego leśnego obszaru do treningów dadzą radę jakoś się dogadać i wyznaczyć jakieś trasy do treningu. My z naszymi potrzebami terenowymi nie mamy na to żadnych szans. Co z tego, jeśli dogadamy się z jednym kołem, skoro działamy na terenie czterech? Jeśli zostaniemy zepchnięci do tego jednego, to będziemy w trakcie jednego treningu wszędzie w nim. Ucierpi na tym zwierzyna leśna, bo co chwila będziemy się pojawiać w tych samych miejscach. Częstsze też staną się spotkania z polującymi myśliwymi. Konflikt murowany. No i zakaz wstępu do lasu wraz z nim.
Na to nie znajdziemy sposobu. Znamy doskonale tych ludzi i wiemy jak wszyscy im przeszkadzają, jak uzurpują sobie prawa do własności niemal lasów, jak się wspierają w takich sprawach. Nas nie wesprze nikt, bo kto miałby to zrobić. Jesteśmy jedynymi maszerami w okolicy, a długodystansowymi to jedynymi w ogóle w tej części Polski. Sprawa z góry przegrana.

To nowe prawo to ogromna niepewność co do dalszego losu. Dlatego nie zamierzamy biernie czekać i liczyć na to, że może nie będzie tak źle. Będzie! Albo jeszcze gorzej. Dlatego musimy poszukać innego miejsca dla naszej działalności. Na Północy. Tym razem to nie kwestia pracy i trenowania w dobrych warunkach, tylko kwestia przetrwania naszego kennelu. Zrobiło się bardzo poważnie.

niedziela, 10 lipca 2016

Nie ma końca

Trzyletni pobyt w Śliwiczkach i walka o los koni tam mieszkających wciąż tak naprawdę trwa. Ciągle nie sposób zapomnieć o tamtych sprawach. Zwłaszcza, że wciąż docierają do nas jakieś informacje. Niestety złe.
Konie żyły tam od niemal dwudziestu lat w warunkach skandalicznych. Ludzie we wsi mówili o "obozie koncentracyjnym", jaki konie tam miały.

Trzy lata szarpaliśmy się z właścicielką tych zwierzaków, wykłócaliśmy się o każdą kostkę siana, o słomę do ścielenia, o materiał do naprawy boksów i wybiegów. O wszystko. O odseparowanie ogierów od klaczy w rui, o kastrację, by zakończyć niekontrolowany rozród i cierpienia źrebiąt.
Trzy lata!!! Oszukano nas, wykorzystano, a na koniec wyrzucono z gospodarstwa, kiedy wokół koni zrobiło się "gorąco". Ponad rok włóczyliśmy się po sądach, ponieważ próbowano zwalić na nas winę za dwudziestoletnie zaniedbania!
Sprawa w sądzie jest warunkowo zawieszona, bo sąd nie potrafił jednak obarczyć nas winą. Z drugiej natomiast strony zostaliśmy poinformowani, że właścicielka tych koni nie będzie już za nic odpowiadać, bo sprawa się przedawniła. Baba wywinęła się od jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Większość koni sprzedała. Przeważnie do rzeźni, czyli miejsca przed którym je broniliśmy z całych sił. Zamordowała konie, które dla niej pracowały przez wiele lat!

Weronka ze swoim synkiem Wezyrem. Cudowna, mądra klacz, która niestety trafiła do rzeźni
Dzisiaj natomiast przeczytaliśmy na facebooku fundacji, która wtedy wtargnęła do gospodarstwa i zepsuła naszą robotę, takie coś:

"Dawno niczego nie napisałam, ciągły brak czasu. Przedwczoraj byliśmy na kontroli u koni, o których pisaliśmy w ubiegłym roku, a także dwa lata temu. Niestety, miało być inaczej, jest pewna poprawa (nie było opiekującego się 6 końmi), konie nie są zabiedzone, widać, że mają odpowiednią ilość pożywienia, ale końskie kopyta nie widziały kowala od , co najmniej, zeszłego roku. Niektóre wyglądają okropnie; zadzwoniliśmy do właścicielki, tłumaczyła się, że wzywany kowal nie przyjechał! Ale to nie jest tłumaczenie! Ona musi tego dopilnować, bo niektóre z tych koni juz nie mogą normalnie chodzić. Zagroziliśmy, że jeśli w tym tygodniu kopyta nie będą doprowadzone do porządku- zgłosimy sprawę do organów ścigania, bo to jest zadawanie bólu zwierzętom. Jeśli chce się mieć konie, to trzeba o nie dbać. Sami rozmawialiśmy z kowalem, ma przyjechać w poniedziałek. Zobaczymy."

To jest ostateczny dowód na to, że mieliśmy rację. Konie miały tam zawsze przerąbane. Zawsze były na ostatnim miejscu. Okres, kiedy my nimi się zajmowaliśmy, był najszczęśliwszym w ich życiu. Wtedy miały przy sobie człowieka, który o nie dbał. Nie zdołaliśmy co prawda zniwelować zaniedbań. Nie udało się to mimo ogromu pracy jaki wykonaliśmy. W pół roku, bo tyle czasu spędziły one pod naszą wyłączną opieką, nie da się nadrobić w dwie osoby karygodnych zaniedbań z dwudziestu lat. Piszemy pół roku, bo tyle z trzech lat, konie znajdowały się całkowicie w naszym zarządzie. Nie zdążyliśmy, bo to było niewykonalne.

Teraz po dwóch latach, znowu jest duży problem. Znowu fundacja rozważała powiadomienie prokuratury. Nam w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak wrócić na drogę prawną, by do końca oczyścić swoje dobre imię, a także zawalczyć jeszcze o nasze zmarnowane trzy lata, a następnie kolejne dwa, gdzie wciąż walczymy o przetrwanie w dziadoskich warunkach, zamiast się rozwijać i kreatywnie działać.  
W Śliwiczkach konie zawsze miały źle i nic się z tym nie zmieni dopóki ta osoba i jej rodzina będzie miała prawo posiadać konie. Ohydne w tym jest jeszcze to, że te same konie pracują potem z dziećmi na obozach i tam tym dzieciom opowiada się banialuki o ekologii i przyrodzie. I to jest skandal.

wtorek, 31 maja 2016

Malina


I co począć z psem, który mimo wyroku śmierci, chce nadal żyć? Co zrobić z psem, który gdzieś ma raka i żyje, jakby nigdy nic? Nie krzyczy, nie jęczy, nie marudzi. Nie umiera też. Owszem cierpi w milczeniu, po cichu. Nie daje poznać po sobie, że coś jest nie tak. To, że jest nie tak jednak widzi Agnieszka, opiekunka Maliny. O tych dziewczynach dzisiaj napiszemy.

Jakiś czas temu okazało się, że Malina ma raka. Złośliwego cholerę, który prędzej czy później zwyczajnie ją zabije. Sęk w tym, żeby było to właśnie później, jak najpóźniej. Malina przeszła w swym życiu przez piekło. Kiedyś jakiś zwyrodnialec pobił ją tak mocno, że straciła wzrok. W wyniku pobicia zachorowała na jaskrę, Przy jaskrze rośnie ciśnienie w oczach. To powoduje uszkodzenia nerwów wzrokowych i utratę wzroku. Malina, po długim leczeniu, w fundacji, która ją uratowała, zaczęła w miarę normalnie żyć. Choć to naprawdę normalne życie zaczęło się od momentu, kiedy pojawiła się w nim Agnieszka. To ona dała Malinie prawdziwy dom, cichą przystań i bezkompromisową opiekę. Agnieszka leczyła Malinę, biegała z nią po lekarzach, nie spała po nocach. Podawała leki i z troską nasłuchiwała, czy w wszystko z suczką jest w porządku. A nie zawsze było. Pojawiały się też rożne inne dolegliwości. Agnieszka radziła sobie z tym jednak i uczyła Malinę normalnego życia. Dzięki temu niewidomy zwierz radzi sobie w Warszawie, w tłoku, w metrze, w tramwaju, czy autobusie, tak że nikomu nie przychodzi do głowy, że Malinka nie widzi. To zasługa Agnieszki, jej determinacji i wielkiej cierpliwości. Uparła się, że zrobi normalnym życie psa poturbowanego przez los. I to jej się doskonale udało! Niestety problemy zdrowotne Maliny się powiększyły. Straciła nerkę zaatakowaną przez złośliwy nowotwór. Żyje z jedną. I nadal żyje normalnie. Nie licząc tego, że nowotwór postanowił ją zabić. Ona ma to jednak gdzieś. Żyje. Mimo negatywnych opinii lekarzy.
Dawali jej ileś tam miesięcy życia. Z tego przeżyła już kilka. I to nie koniec. Od czasu do czasu widać jednak jakieś problemy. Coś ją boli, coś męczy. Nie wiadomo co, bo skończyły się pieniądze na jej leczenie. Fundacja, która Malinę ratowała nie potrafi ich teraz zdobyć, Agnieszka nie ma, bo życie też się z nią nie pieści. Dziewczyna walczy sama o byt i własne zdrowie.

Jednym słowem trzeba im pomóc. Trzeba Malinę solidnie przebadać, odkryć co ją męczy i znaleźć na to najlepszą terapię. Badania i wstępne leczenie to około 600 zł. My oddajemy do dyspozycji nasze książki. Nie jesteśmy w stanie wesprzeć dziewczyn gotówką, bo z tą u nas słabo, sami ponadto leczymy własne psy. Ale książkę oddajemy do dyspozycji. Napisaliśmy, że sześć, ale jak trzeba będzie dać więcej, to damy więcej. Do skutku, bo Malina chce żyć i ma do tego prawo. Wiemy coś o psach chorych, z wyrokiem śmierci.
W marcu umarła Juma, którą trzech lekarzy skazało na śmierć dwa lata wcześniej. Dwa lata! Wiecie co znaczą dwa lata w życiu psa? To tak jak dla człowieka piętnaście, albo i dwadzieścia. O tyle wydłużyliśmy Jumie życie. Daliśmy jej szansę, ona ją wykorzystała. Żyła bez cierpienia i wśród przyjaciół do ostatnich swoich dni. A zmarła w domu, wśród psów, z którymi spędziła życie. Dajmy Malinie taką samą szansę. Jej rak nie jest taki mocny, jak się mu wydaje! Gdyby łajza był, to załatwiłby Malinę już dawno. To cieniak! Nie pozwólmy, żeby taka łajza zabiła Malinkę!


czwartek, 26 maja 2016

Spotkania z niedźwiedziami

Wrzesień Roku Pańskiego 1997 był miesiącem wielkiej aktywności niedźwiedzi w okolicach Morskiego Oka. Ciągle też natykałem się na ich ślady, albo i wręcz na nie same. Zwłaszcza na dwa niedźwiadki, które przebywały tam wtedy ze swoją mama. Był też duży samiec, ten oczywiście był sam.
Na Taborze nie raz słyszeliśmy jak niedźwiedzica odganiała go od śmietnika na Włosienicy. Stał tam taki duży kontener na śmieci, do którego regularnie dobierały się niedźwiedzie. Wyrzucano do niego zużyte opakowania po hamburgerach, frytkach, naczynia jednorazowe, pewnie i resztki jedzenia. Dla niedźwiedzi zapachy żywności były wyczuwalne zapewne z kilku kilometrów.
Niedźwiedzica często się tam stołowała. Zwłaszcza, że jej maluchy nauczyły się, mimo zamknięcia na zasuwę, otwierać włazy kontenera. Samiec także próbował z niego korzystać, więc kiedy spotykał tam matkę z dziećmi, to dochodziło do przepychanek.

Niedźwiedzie zaglądały do śmietników, kręciły się po Taborze. Nie raz było słychać chrzęszczący pod ich łapami żwir pokrywający ścieżki między namiotami. Żyły obok nas ludzi, a nawet między nami czasami.
Któregoś wieczoru, dochodziła dwudziesta druga, siedziałem z kumplem na werandzie Moka, schroniska nad Morskim Okiem, i piłem piwo. Odpoczywaliśmy po jakiejś wspinaczce. Nagle usłyszałem rumor za oknem. Odwróciłem się i ujrzałem taką oto scenkę: mały miś wszedł na kontener na śmieci i otworzył jeden z jego włazów. Nie od razu mu się to udało, więc hałasował chwilę blaszaną klapą, którą podważał pazurami. Kilka razy wyślizgnęła mu się i stąd pochodził ów rumor. W końcu, chyba za czwartym razem, klapa otworzyła się na dobre i miś mógł dobrać się do wnętrza kontenera. Dosłownie zanurkował w nim tak, że na zewnątrz wystawało jedynie jego dupsko. Cała reszta misia była w środku.
Nie tylko ja zwróciłem swą uwagę na to widowisko. Kilkanaście osób przebywających w jadalni schroniska również. Niestety osoby te poczuły nieodpartą konieczność wyjścia za zewnątrz i przyglądania się niedźwiadkowi z małej odległości oraz zrobienia mu kilku zdjęć. Ja z kolegą obserwowałem natomiast wszystko przez okno.

Miś na ich widok wychynął z kontenera i zaczął ich obserwować. Po chwili jednak wrócił do swych zajęć. Znów pokazał wszystkim jedynie tyłek. To jednak ośmieliło kilka osób do podejścia jeszcze bliżej. Początkowo nie działo się nic. Miś miał ich wszystkich gdzieś. Jednak kiedy jedna z dziewczyn znalazła się niemal dwa metry od śmietnika, to zwierz postanowił jej pokazać, że postępuje niewłaściwie. Wyskoczył błyskawicznie na górę kontenera, uniósł przednią część ciała i grzmotnął przednimi łapami w blachę. Dziewczyna tak gwałtownie rzuciła się do tyłu, że padła jak długa. Szybko wstała i już do końca przedstawienia trzymała odpowiedni dystans. Miś natomiast ponownie zajął się grzebaniem w śmieciach.

Po jakimś czasie pojawił się leśniczy z Wanty, czyli leśniczówki położonej kilka kilometrów od Moka. Nikt jak on nie znał tutejszych niedźwiedzi i wiedział jak je pogonić z okolic schroniska. Najpierw jednak opierdzielił ludzi, którzy wyleźli z bliska podziwiać zwierzę. Zrobili to wyjątkowo bezmyślnie. Zapominając całkowicie o niedźwiedzich zwyczajach. Albo w ogóle ich nie znając. Otóż misia mama zawsze ma swoje dziecko na oku. Jeśli jej młody był na kontenerze, to ona sama musiała być w pobliżu i na pewno obserwowała całą sytuację. Zwłaszcza od momentu kiedy na zewnątrz wyleźli ludzie. Gdyby w jej mniemaniu cokolwiek zagroziło jej dziecku, to z całą pewnością napędziłaby obserwatorom znacznie większego strachu niż jej mały waląc łapami w kontener.
Ludzie jednak mieli jak to zwykle bywa, więcej szczęścia niż rozumu i nic się nie stało.

Leśniczy próbował zgonić miśka z kontenera klaksonem samochodu. Kilka razy trąbił oraz zapalał i gasił światła. Bezskutecznie. Niedźwiadek niewiele sobie z tych zabiegów robił. Zrezygnowany leśniczy zgasił silnik i zaczął zastanawiać się jakie kroki podjąć dalej. W pewnym momencie postanowił ponownie odpalić silnik. Nie wiadomo co przyszło mu do głowy i po co uruchomił samochód. Okazało się jednak, że na zwierzaka działa dźwięk rozrusznika. Musiało być w nim coś przerażającego dla miśka. Po pierwszym razie wychynął ze śmietnika i zaczął się bacznie przyglądać samochodowi. Leśniczy zgasił silnik i zaraz odpalił go ponownie. Miś stał teraz na kontenerze wyraźnie już przestraszony, cała jego pewność siebie uleciała. Po trzecim gwiździe rozrusznika maluch zeskoczył na ziemię i pognał w gąszcz kosodrzewiny, pewnie do swojej mamy. I tyle go widzieli. Wszyscy, którzy stali przed schroniskiem, po raz drugi wysłuchali gorzkich słów od leśniczego i było po wszystkim. Ja z kumplem dopiliśmy piwo i ruszyliśmy przez las na Tabor. Szliśmy ze świadomością, że kroczymy tak naprawdę wśród niedźwiedzi kręcących się właśnie w tym lesie. Nie czuliśmy się jednak jakoś specjalnie zagrożeni. Na głowach mieliśmy włączone czołówki, całą drogę rozmawialiśmy normalnymi głosami. Wszytko po to, żeby nie wyjść gdzieś na zaskoczonego misia. Dzięki rozmowie i światłu czołówek niedźwiedzie wiedziały gdzie się znajdujemy i mogły nas omijać.
Wielokrotnie w tamtym okresie chodziliśmy nocą po lesie. Nieraz słyszeliśmy kroki niedźwiedzi, czasem spotykaliśmy je oko w oko, ale nigdy nie dochodziło do żadnych niebezpiecznych sytuacji.
Opowiadam tu o jednym wrześniowym pobycie w Tatrach, ale spędziłem tam osiem lat i spotykałem niedźwiedzie każdego roku, nawet zimą, bo one czasem przerywają zimowy sen i na chwilę wychodzą z gawry. 
 

wtorek, 24 maja 2016

Opowieść taternicka. Dzikie zwierzęta.

Dawno, dawno temu, w pięknej górskiej krainie.... Tak mógłby się zaczynać ten post, gdyby miał być bajką. Ale nie będzie. To historia jak najbardziej prawdziwa. Co prawda wydarzyła się dawno temu, ale jednak miała miejsce.

Około czwartej rano wyruszyłem z kolegą na wspinaczkę w Tatry. Siedzieliśmy tam już od niemal miesiąca, biwakując na Taborze pod Morskim Okiem. Pogoda była tamtego lata zwyczajnie paskudna. Ciągle przewalały się przez Tatry ciężkie chmury, co i rusz sprowadzając długie ulewy. Najdłuższa z nich trwała cztery doby. Mimo niemal trzydziestu dni spędzonych wtedy w górach, niewiele udało nam się powspinać. Za to kwitło życie towarzyskie. Wiadomo, kiedy alpinista nie może się wspinać, to.... wiadomo co.
Niemniej od czasu do czasu jednak udawało się wyjść w góry. Tak jak tamtego wrześniowego poranka.
Pogoda wyjątkowo była bardzo słoneczna, co zamierzaliśmy wykorzystać.
Wyszliśmy z chatki o świcie. To była pierwsza połowa września, więc poranek był bardzo rześki. Przekroczyliśmy ogrodzenie Taboru, zeszliśmy nieco niżej nad potok, przeskoczyliśmy go i poszliśmy wąską ścieżką wśród kosodrzewiny. W oddali widać było mur Mięguszowieckich Szczytów. Szliśmy wpatrzeni w nie, gdy nagle coś znacznie bliższego przykuło naszą uwagę. Coś mocno parowało, ba wręcz dymiło, na naszej ścieżce, kilkanaście metrów przed nami. Jakiś tajemniczy kopiec. Im jednak bardziej zbliżaliśmy się do niego, tym jego tajemnica stopniowo się rozwiewała. Po chwili mieliśmy już pewność. Na ścieżce, w formie nieregularnej piramidy wysokiej na około dwadzieścia centymetrów, parowała kupa niedźwiedzia. Musiał ją dopiero co zrobić, bo była jeszcze ciepła. Świadczyło o tym intensywne parowanie.
Niewiele się zastanawiając postanowiliśmy zbadać znalezisko. Złapałem jakiś patyk i rozpocząłem przegląd misiowej kupy. Była niemal całkowicie fioletowa od jeżyn, które wtedy potężnie obrodziły. Niestety było tam też sporo fragmentów foliowych worków. Niedźwiedź szperał w śmietnikach, albo co gorsza znajdował takie woreczki po żywności gdzieś w krzakach. Czując w nich zapach jedzenia zjadał je.

W pewnym momencie tej analizy, dotarło do nas, że skoro ta kupa tak intensywnie paruje, to miś pewnie jest jeszcze gdzieś w pobliżu. Być może siedzi w kosówce i nas obserwuje. Wyprostowaliśmy się i zaczęliśmy obserwować okolicę. Oczywiście niczego nie dojrzeliśmy. Na tym historia się skończyła. Poszliśmy dalej. Trzy godziny później stanęliśmy pod Żabim Mnichem i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Wracaliśmy wieczorem, tak około dwudziestej. Na asfaltówce wiodącej do Morskiego Oka jeszcze stały śmietniki. Normalnie około siódmej wieczorem jechał samochód i zbierał worki ze śmieciami z całego dnia. Park Narodowy musiał te śmietniki wystawiać na drodze do Moka, bo inaczej "turyści" walili śmieci do lasu.
Jednak trzeba było te śmietniki opróżniać przed zmrokiem, aby nie grzebały w nich niedźwiedzie. Tamtego wieczora jednak samochód się spóźniał.
Schodziliśmy więc asfaltem w stronę Taboru, gdy na jednym z zakrętów zauważyliśmy niedźwiadka dłubiącego w śmietniku. Musieliśmy przejść obok niego. Spotykając niedźwiedzie dziecko możemy mieć pewność, że jego mama jest w pobliżu. Misiowe mamy zawsze mają swoje dzieci na oku. Dlatego w trakcie takiego spotkania trzeba zachowywać się tak, aby nie stworzyć pozoru zagrożenia dla młodego misia. Trzeba po prostu spokojnie przejść obok zachowując jak największy odstęp od zwierzaka. Wtedy byliśmy ograniczeni szerokością asfaltówki, więc trzymaliśmy się jej lewego skraju. Miś natomiast znajdował się po jej prawej stronie. Pamiętam, że kiedy zrównaliśmy się z niedźwiadkiem, ten na chwile zaprzestał przeglądania śmietnika, wyjął z niego łeb i przednie łapy i spojrzał na nas. Widząc jednak, że nie mamy żadnych złych zamiarów wrócił zaraz do swojego zajęcia.

Tak to wygląda z dzikimi, groźnymi zwierzętami. Nawet z wielkimi drapieżnikami jakimi są niedźwiedzie. Tak jest też z wilkami, czy rysiami. Chociaż tylko niedźwiedź jest na tyle pewny siebie, że wychodzi człowiekowi na widok.
Kika lat temu myśliwi "musieli" zamordować stado dzików (5 czy 6 osobników), które kręciły się przy domach w naszej wsi, bo ludzie się ich bali. Najpierw ci sami myśliwi rozbili to stado polując na przewodzące w nich zwierzaki, a potem kiedy młodzież z tego stada kręciła się, bo nie miały przewodnika, zabili je również.
Ludzki strach zabija zwierzęta. Ludzka niewiedza i brak doświadczenia. Miałem wiele spotkań z niedźwiedziami, latami włóczyliśmy się i pieszo i zaprzęgiem bo wilczych rewirach i nigdy nawet nie poczuliśmy się zagrożeni. Dlatego uważam za idiotyczne pytania, czy nie boimy się w lesie, czy jest tam bezpiecznie. Czego mielibyśmy się niby bać? To głupie pytania! 

poniedziałek, 23 maja 2016

"Wilki" Adama Wajraka


Kilka dni temu poszliśmy na spotkanie autorskie z Adamem Wajrakiem, które odbyło się w bydgoskiej Bibliotece Miejskiej. Wajrak promuje w trakcie spotkań swą najnowszą książkę pt. "Wilki".
Pełna sala słuchaczy, możliwość zakupu książki, a po odstaniu swego w długaśnej kolejce, otrzymanie dedykacji wraz z rysunkiem wilka. My staliśmy w ogonku ponad 90 minut, ale było warto, zwłaszcza, że czas oczekiwania umilaliśmy sobie rozmową z panią dyrektor jednej z filii miejskiej biblioteki w Bydgoszczy, w której to dopiero co sami mieliśmy spotkanie.

Adam Wajrak okazał się na żywo tak samo sympatycznym człowiekiem jakim postrzegaliśmy go dotąd za pośrednictwem rozmaitych mediów. Duża wiedza o przyrodzie, łatwość w jej przekazywaniu i ogromna pasja, którą czuje się doskonale. Jakże brakuje nam na co dzień kontaktu z kimś tak pozytywnie zakręconym.

"Wilki" - to powinna być lektura obowiązkowa dla dorosłych i młodzieży. Ta książka pokazuje nam wszystkim w oparach jakich absurdów żyliśmy i żyjemy, jak niewielką wiedzę ma przeciętny Polak o otaczającej go naturze. Tak naprawdę jest to przerażające. Wszelkie strachy i lęki przed lasem i dzikimi zwierzętami to czysta paranoja wywołana niewiedzą, a nawet niechęcią do posiadania tej wiedzy. Dla wielu las jest przerażający, zwierzęta i owady są przerażające, wszystko.
Starsza pani zapytała Wajraka w trakcie spotkania, czy chodzi po lesie z jakąś bronią? Czy nie boi się dzikich zwierząt? Rozumiecie? Czy nie boi się dzikich zwierząt?! Ciekawe jakich miałby się bać? Saren, jeleni, a może wiewiórek? A może wilków, które robią wszystko, aby uniknąć kontaktu z człowiekiem?

Żadne lekcje w szkole, żadne zielone szkoły i to wszystko razem do kupy wzięte, nie da ludziom tyle, ile dowiedzą się z tej książki. Ona powinna zostać przetłumaczona na jak najwięcej języków, aby i za granicą mogli ją przeczytać, bo w wielu krajach jest z wiedzą znacznie gorzej niż w Polsce. Tak naprawdę, to Polska i tak jest w absolutnej czołówce. W takiej np. Skandynawii, wbrew wszelkim pozorom, jest znacznie gorzej.

"Wilki" to najlepsza i najwartościowsza książka jaką przeczytaliśmy w ostatnich czasach. To kompletne odrzucenie mitów i szkodliwego postrzegania natury. To wstyd, że tak wiele osób trwa w umysłowym ciemnogrodzie. Co prawda nikt oprócz kilku organizacji pozarządowych i kilku pasjonatów nie mówi jak jest naprawdę. Programy szkolne nie zajmują się w ogóle tą sprawą, a jeśli nawet to niewłaściwie, myśliwi piorą ludziom mózgi od najmłodszych lat opowiadając nieprawdopodobne banialuki, minister środowiska nazywa zwierzęta leśne "surowcem do pozyskania", itd. Strach od zawsze był najlepszym narzędziem hamującym ludzi przed wchodzeniem do lasu. A kiedy ludzi tam nie ma, to też nie widzą co się tam dzieje. Myśliwi mogą spokojnie mordować zwierzęta, można łamać prawo i uprawiać prywatę.

Dlatego przeczytajcie te książkę! Przejrzyjcie na oczy. Najwyższy czas. W dwudziestym pierwszym wieku nie wypada być ciemnogrodem. Wiedza dostępna jest na wyciągnięcie ręki. Książka Adama Wajraka może być najlepszym sposobem, by zacząć tę wiedzę zdobywać.
Zerwijmy wreszcie z głupimi mitami, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Przestańmy demonizować przyrodę. Żadne ze zwierząt nie dybie na życie człowieka, ani wilk, ani niedźwiedź, ryś, czy wiewiórka. One wszystkie będą nas unikać za wszelką cenę w swym naturalnym środowisku. To człowiek jest zagrożeniem dla zwierząt. Śmiertelnym zagrożeniem, którego one panicznie się boją. I przestańmy wreszcie dzieciom wbijać do głów te beznadziejne wierszyki typu "dzik jest dziki, dziki jest zły....". W przyrodzie nic nie jest złe, ani dobre. Po prostu jest i ma do tego prawo. Natomiast my ludzie nie mamy prawa niszczyć ekosystemów dla naszej chorej ambicji, czy z durnego strachu wynikającego z głupoty i totalnej niewiedzy.
Zatrzymajmy wreszcie głupotę i niewiedzę! Pokażmy jaki to obciach - nie wiedzieć!

niedziela, 15 maja 2016

Układanka

Światopogląd, własne zdanie na różne tematy, to wszystko jest niczym puzzle. Składamy je w całość z rozproszonych fragmentów zbieranych przez całe życie. Niektórych z nich długo nie możemy znaleźć. Niby układanka jest niemal kompletna, wszystko nam już pasuje, ale brak jednego drobnego kawałka psuje końcowy efekt. Brak tej przysłowiowej kropki nad i jest brakiem, który nie pozwala doprowadzić własnego osadu sprawy do końca.

W naszym postrzeganiu świata taki problem mamy ze Skandynawią. Powszechna opinia o tej części świata jest taka, że to kraje bardzo dbające o środowisko, wzory ekologicznego podejścia do życia. Sortownie śmieci, pozyskiwanie większości energii elektrycznej (zwłaszcza Norwegia) z odnawialnych źródeł. Cud miód, żyć nie umierać. Skandynawia wydaje się wielu osobom ideałem pod tym względem. Nam również, choć dostrzegaliśmy zawsze pewne rysy na tym wizerunku. Długo nie mogliśmy ich zdefiniować. Co właściwie jest nie tak?

Wczoraj mieliśmy przyjemność znaleźć się na spotkaniu autorskim z Adamem Wajrakiem. Człowiekiem, którego wyjątkowo cenimy za wkład w ochronę przyrody w naszym kraju oraz całościową jego pracę nad pokazywaniem piękna natury i omawianiem go w sposób, w jaki nie robi tego nikt inny. To chyba jedyny dziennikarz dużych mediów, który zajmuje się przyrodą. Nazywany przez przeciwników ekoterrorystą i lewakiem. Przez to też jest nam bliski.
W trakcie spotkania, odpowiadając na czyjeś pytanie, zahaczył o Skandynawię. Powiedział, że tam natura jest piękna, bo Skandynawów jest zbyt mało, aby zdołali ją zniszczyć. Gdyby zaludnienie Szwecji, czy Norwegii byłoby tak duże jak Polski, to nie zostałby tam kamień na kamieniu. Skandynawowie bowiem, mają niezwykle interesowne podejście do natury. Wg nich ona jest po to, by człowiek z niej korzystał. W efekcie szwedzcy, czy norwescy myśliwi uwielbiają przyjeżdżać na polowania do nas, bo u siebie nie mają już na co. Także ich lasy cięte są na potęgę.
Przyrodę szwedzką, norweską i fińską ratuje to, że na terenach mniej więcej wielkości Polski mieszka cztery a nawet niemal 10 razy mniej ludzi.

Zawsze wiedzieliśmy o tym jak traktuje się tam psy zaprzęgowe. Te stare, czy chore są zabijane. Czasem za pośrednictwem weterynarza, ale częściej za pomocą broni palnej. W końcu prawie każdy tamtejszy maszer to myśliwy i broń posiada. Jest też na to przyzwolenie społeczne.
Tam istnieją kennele, w których trzyma się 300, czy 400 psów. W takiej masie nie ma możliwości etycznego traktowania zwierząt. To są firmy, które mają przynosić zysk. Chorujące psy, czy konieczność utrzymywania psich emerytów zrujnowałaby każdą taką firmę. Więc koszty się eliminuje. Dosłownie.

Tworząc naszą własną układankę wiedzieliśmy o różnych historiach. Łudziliśmy się jednak, że to może nieliczne przypadki, a nie coś co występuje powszechnie. Jednak nadal nam to nie pasowało. Jeździmy tam przecież od kilku lat, a nigdy nie widzieliśmy w terenie innego zwierzaka niż renifera. Teraz już wiemy dlaczego. Tam nie ma innych zwierząt. Zostały upolowane. Zabite i zjedzone. W Norwegii, w 4 milionowym kraju, jest 400 tysięcy myśliwych! 10 procent społeczeństwa poluje! W Polsce myśliwych mamy około 100 tysięcy. Żeby dorównać w tym Norwegom, musiałoby u nas włóczyć się po lasach prawie 4 miliony osób z giwerami. Wtedy też nie byłoby już u nas jeleni, saren, dzików, czy zajęcy. Wszystko zostałoby wymordowane i zeżarte, a lasy rozjeżdżone samochodami i zadeptane w diabły.

Czasem trzeba usłyszeć czyjeś słowa, aby własną układankę ułożyć do końca. Dla nas jej końcowy efekt nie jest optymistyczny. Człowiek chciałby żyć w świecie idealnym. Marzy o swoistej ziemi obiecanej, o miejscu w którym będzie mógł żyć w pełnej zgodzie ze swoimi poglądami i na swój sposób, a na dodatek będzie to tam kompletnie akceptowane. W rzeczywistości okazuje się jednak to całkowitą utopią. Nie ma takich miejsc. Zawsze i wszędzie jest coś nie tak. To zmusza do wyboru jedynie mniejszego zła. Nie ma jednak na to sposobu. Wszędzie trzeba walczyć z ludźmi, którzy nie rozumieją podstawowych prawideł świata natury. Tego przede wszystkim, że my ludzie jesteśmy na planecie Ziemia tylko i wyłącznie gośćmi i to na chwilę.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Za horyzontem

Tanda


Dzisiaj czeka nas prelekcja w ramach cyklu podróżniczego Za horyzontem organizowanego przez Regionalne Centrum Kultury w Kołobrzegu.
Dosłownie za chwilę się tam wybieramy.

To drugie po gryfińskim Włóczykiju spotkanie z pasjonatami podróży na północy Polski. Ponadto w Kołobrzegu jeszcze, jak dotąd, nie mieliśmy okazji się znaleźć, więc tym ciekawsza będzie to wyprawa.

Będzie to czternaste spotkanie z naszej serii, którą realizujemy od 25 lutego. Rozpoczęliśmy w Katowicach, byliśmy już we Wrocławiu, Rybniku, Gryfinie, Bydgoszczy, czy Mławie, żeby wymienić choćby kilka z odwiedzonych miast. Wybieramy się jeszcze do wielu innych.
Wszędzie tam opowiadamy o psich zaprzęgach, o życiu z pasją i humanitarnym, w najlepszym tego słowa pojęciu, traktowaniu zwierząt.
Dla nas nie istnieje mushing uprawiany kosztem zdrowia, czy życia psów. Taki mushing w naszym pojęciu nie ma prawa do egzystencji. Tylko szacunek do zwierząt i miłość do natury powinny skłaniać ludzi do uprawiania tej dyscypliny.
Dlatego w trakcie naszych spotkań zawsze padają słowa o psich emerytach, którzy nie muszą obawiać się o swój los na starość. O obowiązku dbania o psy na każdym etapie ich życia.
Powtarzamy też słowa o odpowiednim przygotowaniu psów do długodystansowego biegania i o niezbędnych zabiegach, które psom się należą w jego trakcie. Nie wszyscy maszerzy o tym pamiętają, więc tym bardziej musimy o tym mówić.
Nie inaczej będzie też dzisiaj w Kołobrzegu. Tak jak wszędzie, gdzie się pojawiamy, aby głosić dobre słowo o psich bohaterach Dalekiej Północy.

piątek, 18 marca 2016

Jeździmy po Polsce



Spotkania autorskie w toku. Każdego tygodnia gdzieś w Polsce opowiadamy o książce i pasji, z której ona się zrodziła.

Spotykamy się w różnych miejscach. Pierwsze spotkanie, a zarazem premiera książki "23 kilometr" odbyło się w Katowicach, w kinoteatrze Rialto. Następne w trakcie festiwalu podróżniczego Włóczykij. Potem była seria spotkań w bibliotekach. W Bydgoszczy, we Wrocławiu, w Łabiszynie. Teraz czas na następne miejsca i kolejne spotkania. Dzisiaj w Solcu Kujawskim, w przyszłym tygodniu w Koronowie. Potem rozpoczniemy kwietniowy maraton. 12 spotkań w tym jednym miesiącu. Znowu będzie Śląsk, Rybnik, Katowice dwa razy, Kraków, także dwa spotkania, dwa razy również Warszawa i raz Lubartów oraz Mława.
Nasz kalendarz wypełnia się stopniowo prelekcjami. Mamy już kilka umówionych w maju, w czerwcu, czekamy na terminy w lipcu. Będą także spotkania w sierpniu, wrześniu. W każdym miesiącu pojawimy się gdzieś z naszą opowieścią i filozofią. Zaprezentujemy nasze podejście do pracy z psami. Będziemy mówić o partnerstwie zwierząt i ludzi, o fantastycznych relacjach międzygatunkowych. O szacunku dla natury i ludzi. O pasji, motywacji i pewności w dążeniu do celu.
Sporo uwagi poświęcimy także psiej starości. I ludzkim obowiązkom wobec psów starych, którym tak samo jak wszystkim innym należy się opieka i troska. Tak jak sami to czynimy na co dzień w naszym Domu Psiego Seniora.

Takie są i będą nasze spotkania z "23 kilometrem". Wpadajcie na nie, zmuszajcie nas do odpowiedzi na wszelkie pytania i głośmy wspólnie ideę szerzenia dobra wobec zwierząt i ludzi. Wobec całej Natury.

czwartek, 17 marca 2016

Niech tak będzie...



Niech tak będzie, że ten świat głupieje. Skoro musi? To a propos wczorajszego wpisu.
Dzisiaj w jednej z dyskusji jakie odbyliśmy na ten temat, padło stwierdzenie, że pozostaje nam tylko robić swoje. Świat idiocieje, a my będziemy robić swoje. Będziemy pokazywać wyższe standardy ludzkich zachowań wobec zwierząt. Może choćby w ten sposób coś zmienimy w tym porąbanym świecie. Okazję mamy ku temu ogromną, przecież spotykamy się w tej chwili z wieloma osobami, jak nigdy dotąd. Wszędzie, na spotkaniach z nami i "23 kilometrem" opowiadamy o wyjątkowych relacjach pies-człowiek. Relacjach trochę innych i czasem nieco głębszych niż mają normalni właściciele psów ze swoimi zwierzakami.
Opowiadamy o osobowościach poszczególnych psów, o ich talentach, zdolnościach i możliwościach. Mówimy o tym co najbardziej one lubią robić, czy jak wypoczywać po pracy.
Czasem niektórzy są zdziwieni, że o psie można mówić jak o człowieku. A można, nawet trzeba. Nie jesteśmy maszerami, którzy swoich psów używają jak maszynek do biegania, a po biegu wstawiają je do kojców, najlepiej jak najdalej od domu, żeby ich nie widzieć, a przede wszystkim nie słyszeć.
My przebywamy z psami niemal ciągle. Kojce są pod oknami domu. Siedzimy z nimi na wybiegu, wciąż czują naszą obecność. I nie traktujemy ich jak maszyn. To partnerzy, członkowie rodziny.

Partnerstwo w mushingu jest jego największą wartością. Uczucia, piękne chwile wśród dzikiej natury także, ale to partnerstwo nadaje specjalny sens temu wszystkiemu.

Dlatego mimo zła na świecie wokół, w naszym jest empatia, jest troska i przyjaźń. Psy mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, a my na nie. I tego będziemy się trzymać poprawiając swój własny, mały świat. Może kiedyś dzięki temu zmieni się na lepszy, także ten duży?


środa, 16 marca 2016

Głupota, całe zło świata

   Nash, foto facebook.com  Jeff King


To z czym współcześnie mamy do czynienia, co dzieje się niemal każdego dnia, przyprawia wprost o dreszcz przerażenia i niezgody na taką sytuację. Mamy na myśli wzbierającą wciąż falę zła czynionego przez ludzi.
Chyba nigdy ta fala nie była tak wysoka. Dopiero co przez wszelkie media przetoczyła się sprawa zostawienia w lesie, na pewną głodową śmierć, suczki ze szczeniętami. Kilkoro z nich zmarło, a suczka przywiązana do drzewa, bezsilnie temu umieraniu się przyglądała.
Kolejna z ostatnich spraw to niewidoma na jedno oko klacz, do której jakiś zwyrodnialec strzelał z broni do paintballa. Ponad sto razy do niej strzelił z bliskiej odległości.

Dochodzą nas także wieści z polowań, czy szkoleń myśliwych. Trwa eksterminacja lisów. Wykopuje się je łopatami z nor, by zabić lisicę tą samą łopatą, a jej szczenięta rozdeptać butem. Na dodatek to wszystko jest filmowane przez sprawcę i publikowane potem w internecie. On jest z siebie dumny!
Inny myśliwy, przez siedemnaście lat trzymał w zagrodzie dzika, by jego znajomi i on sam mogli ćwiczyć na tym zwierzęciu swe psy. Przez siedemnaście lat!
Polskie lasy to miejsca niemal codziennych zbrodni. Zwierzaki zabija się na niespotykaną dotąd skalę. A będzie jeszcze gorzej.

Nie ma dnia, abyśmy nie usłyszeli o kolejnej tego typu sytuacji. Prawo się zaostrza, rośnie oburzenie opinii publicznej, sprawcy coraz częściej dostają wyroki bezwzględnej odsiadki... I niczego to nie zmienia. Fala obrzydliwych zachowań wciąż rośnie.
Nie omija także wielkich sportowych imprez. W trakcie Iditarod, jednego z dwóch najdłuższych wyścigów psich zaprzęgów na świecie doszło do nieprawdopodobnej sytuacji. Dwa prowadzące w wyścigu zaprzęgi, Aliy Zirkle oraz Jeffa Kinga, zostały zaatakowane przez osobnika na skuterze śnieżnym. Najpierw próbował rozjechać psy Aliy. Krążył wokół zaprzęgu dwukrotnie, a Aliy próbowała go w jakiś sposób odpędzić. Wyrwała nawet drewniany traser ze śniegu i zagroziła nim napastnikowi, co go zniechęciło do dalszych ataków. Jednak jeden z jej psów został potrącony. Na szczęście wyszedł z tego cało.

Psychopata jednak nie odpuścił. Dwie godziny później na ogromnej prędkości i przy całkowitym zaskoczeniu, przejechał przez zaprzęg Kinga. Zrobił to, po czym równie szybko oddalił się z tego miejsca.
Jeden z psów Kinga, Nash, zginął na miejscu. Drugi Crosby, ma złamaną łapę. Trzeci pies doznał także obrażeń.
Policja już aresztowała idiotę. Ten za wszystko przeprasza i twierdzi, że był pijany. Grozi mu solidna kara, więc obrał linię obrony wiodącą przez pijaństwo.

Ciągle podobne rzeczy mają miejsce. Świat stał się totalnie okrutny i nie widać szans na jego poprawę. Z jednej strony bardzo wzrosła świadomość i empatia dla zwierząt. Mnóstwo ludzi poprawia stale ich byt, ale z drugiej strony dochodzi do coraz częstszych zachowań patologicznych. Wzrasta też ilość ludzi prymitywnych i głupich. I ta głupota jest przyczyną wszelkiego zła. Głupota budzi lęki przed nieznanym, budzi nienawiść. Ta nienawiść stopniowo zaczyna być odczuwana wobec wszystkich i wszystkiego. Potem przychodzi czas na okrucieństwo.
Wystarczy popatrzeć co dzieje się w naszym kraju. Wybrani przez naród przedstawiciele władzy, nie robią nic innego jak tylko szerzą nienawiść. Wciąż zmuszają nas do kłótni i przepychanek. W takich warunkach do głosu dochodzą największe prymitywy. Obawiamy się, że to wprost prowadzi do katastrofy.
W okropnych czasach przyszło nam żyć i to pomimo tej niezwykle szczęśliwej okoliczności, jaką jest brak wojny od kilkudziesięciu lat. Choć obecny rząd robi co może, aby ten okres przerwać.
Trzymajmy się i nie dajmy złu.

niedziela, 18 października 2015

Fundacja nie może tak działać!



Weronka z malutkim Wezyrkiem

Od afery, która ostatecznie wywaliła nas ze Śliwiczek i wpędziła w niekończące się problemy minęło dobre półtora roku. Przypomnimy tylko, że zajmowaliśmy się tam cudzymi końmi w ramach dzierżawy gospodarstwa.
Po trzech latach pracy z końmi, opieki nad nimi i ciągłej walki z właścicielką tego miejsca o należyte traktowanie jej własnych zwierząt, dostaliśmy wypowiedzenie umowy. Bezpośrednią tego przyczyną było pojawienie się fundacji, która oficjalnie para się opieką nad zwierzętami. Stwierdzili, że konie są chude oraz, że żyją w niewłaściwych warunkach. Stwierdzili coś, z czym my walczyliśmy od 3 lat.
Zamiast załatwić tę sprawę po ludzku i z głową, zrobili pokaz totalnej amatorki i kompletnego braku wiedzy w zakresie prawa i opieki nad zwierzętami.
My naiwnie sądziliśmy, że taka fundacja pomoże nam w wyegzekwowaniu praw zwierząt w tym gospodarstwie. Stało się inaczej. Otóż okazało się po pewnym czasie, że fundacja i właścicielka gospodarstwa to znajomi, a znajomym przecież krzywdy się nie robi, więc postanowili zrobić z nas winnych całej tej sytuacji. O co chodzi pisaliśmy w czerwcu 2014 tutaj i w kolejnych postach. Nie ma na tym blogu dalszego ciągu tej historii, bo nie chcieliśmy nic pisać, póki toczy się sprawa w sądzie. Teraz sytuacja zaczyna się zmieniać ponieważ znaleźliśmy pewne informacje, które dużo zmieniają w tej sprawie.

Otóż inspektor owej fundacji ciągle powtarzał w trakcie spotkań z nami, że najważniejsze są zwierzęta i trzeba im pomóc. My mówiliśmy mu, że trzeba im pomóc z głową, bo inaczej trafią do rzeźni. Na dodatek my wylecimy z tego miejsca, stracimy pracę i możliwości utrzymania naszych ponad 40 zwierząt. Inspektor miał to w dupie. Od początku był całkowicie nie wrażliwy na przyszły los naszych psów, kotów i gęsi. Nie interesowało go, że nie mamy kojców w miejscu, do którego się wyniesiemy, że tam nie będziemy mogli pracować z psami, a w związku z tym zarabiać. Tłumaczyliśmy, że tracąc pracę i miejsce do działania w Śliwiczkach skazujemy na niepewny los nasze zwierzaki i nas samych. Jeszcze raz to napiszemy dosadnie. Miał to w dupie!

Musimy pomóc tym koniom - powtarzał jak mantrę.

No i kurwa pomógł! Jak diabli pomógł! Dzisiaj wiemy, że z 13 koni żyje tylko 5. Mamy absolutną pewność, że do rzeźni trafiła Weronka, cudowna klacz o anielskim usposobieniu. Stało się to wiosną tego roku. Na 99,9 procent taki sam los spotkał Ogara, Wezyra, Sarma, Dumkę, DeDee, Sobótkę i Felka. 5 z nich to były jeszcze dzieci, którym pomagaliśmy i z którymi pracowaliśmy od ich narodzin.

Ta "fundacja" zniweczyła 3 lata naszej pracy, 3 lata walki o te konie. Mieliśmy plan działania, wiedzieliśmy co zrobić, aby trafiły one do dobrych ludzi. Część planowaliśmy sami wykupić. Inspektor fundacji wszystko zepsuł i doprowadził do śmierci koni. A nas na skraj ruiny psychicznej, emocjonalnej i finansowej. Jego działanie także spowodowało zagrożenie dla życia i zdrowia naszych zwierząt. Przecież musieliśmy wyprowadzać się ze Śliwiczek w pośpiechu i w upałach, nie mając gdzie schronić przed nim naszych psów. Inspektor wiedział o tym, ale raz jeszcze to napiszemy, miał to w dupie.

W życiu nie spotkaliśmy się z taką amatorszczyzną w wykonaniu organizacji pozarządowej.
Kiedy mówiliśmy mu o naszych problemach, o upale, braku kojców i pieniędzy na ich budowę, to straszył nas, że do nas też przyjedzie "pomóc Pieskom".
Teraz wiemy już, że konie wysłał na rzeź.

Dzisiaj nie podamy w tym poście danych tej fundacji, bo jak wspomnieliśmy sprawa sądowa jest w toku i nie chcemy szkodzić jej przebiegowi.
Takie fundacje to zakała prozwierzęcej działalności. Przez takie fundacje ludzie tracą wiarę w możliwość sensownego działania. To jest chore, że każdy może założyć sobie organizację i szkodzić zwierzętom. Chore, że nikt nie kontroluje efektów takiej działalności.

środa, 30 września 2015

Wrzesień


Pierwszy treningowy miesiąc za nami. Takie otwarcie sezonu i wejście w niego na poważnie.
Plan zakładał rozbieganie zespołu po letnim lenistwie. I to się udało. Pogoda dosyć nam w tym sprzyjała, choć tygodniowy powrót upałów w drugim tygodniu miesiąca pozbawił nas szans na uzyskanie rekordowego przebiegu we wrześniu. Rekord wynosi od 2013 roku 350 kilometrów. Tym razem zespół pokonał jedynie 211 km. Zabrakło dużo, ale nie ma to specjalnego znaczenia w perspektywie następnych miesięcy.
Kiedy robi się ciepło, to nie da rady, za żadne skarby, podkręcić treningu bez narażenia zdrowia zwierzaków. A to, jak wiadomo, u nas nie przejdzie.

Pierwszy miesiąc pokazał, że dziadki są wciąż w formie. 11 letnie Szejen i Juma, 10 letnie Zuza, Tanda, Klein, Pips i DeDee, to wciąż mocne psiaki, którym bardzo się chce biegać.
Mocne! Dobre sobie! Zuza tak jak rok temu jest liderem nr 1. Po niej kompletnie nie widać upływu czasu. Zresztą inne tak samo. Pips wciąż wheel dog, bez którego trudno wyobrazić sobie ten zaprzęg. Tanda także znowu jest w głównym zespole.

Klein przez astmę uczestniczy tylko w treningach, ponieważ leki, które pozwalają mu normalnie żyć są na liście środków dopingujących, co eliminuje go z możliwości startu w zawodach.
Juma jest po wyleczeniu nowotworu, więc biega tylko rekreacyjnie. Wreszcie wróciła do pełni i sił i rwie się do biegania niesamowicie. DeDee też trochę choruje, więc to już nie bieganie wyczynowe, ale takie jak w przypadku Jumy. Choć DeDee to wielki mistrz i sportowiec, którego nigdy nie należy skreślać. Rok temu też miał podobne problemy, po czym wrócił do biegania i to jak. Na wyprawie Laponia 2015 biegł znakomicie.

Problemem jest z Szejen. 11 lat, a biega równo z dwu i trzy latkami. Jej wiek zdradza tylko siwa mordka. Pracuje bardzo mocno, wytrzymuje każde tempo i każdy dystans. W 2014 nie pojechała na Finnmarkslopet, bo wydawało się, że lepiej posłać tam Vilego, trzylatka, który sprawiał wrażenie bycia w ogromnej formie. 10 letnia Szejen została w domu. To był największy błąd jaki popełniliśmy w naszej karierze zaprzęgowej.
Teraz zaczął się kolejny sezon i Szejen znowu jest w wyśmienitej formie. Według tego jak biega powinna być w głównym teamie i brana pod uwagę w składzie zaprzęgu na wyścigi. Tylko ten wiek!
Zobaczymy. W paździeniku wchodzimy na wyższe obroty treningowe. Wydłużymy dystans pojedynczych treningów i zawalczymy o rekordowy dystans października. Do pokonania 520 kilometrów. W takim treningu zawsze wychodzi kto jest naprawdę mocny. W każdym razie nie skreślamy Szejenki.

Na drugim biegunie są psy młode. Tutaj nr 1 to Henia, która już regularnie prowadzi zaprzęg z Zuzą. Rośnie nam jej następca w osobie Heni. Ma dopiero 3 lata, a już jest rozważna i mądra. I do tego piekielnie mocna.
Za nią w zaprzęgu, w drugiej parze, biega Bria. Suczka nieduża, ale zdolna do każdych wyczynów. Być może w przyszłości razem z Henią będzie prowadzić ten zaprzęg. Bria ma 5 lat.
Sofi i Arina, obie ośmiolatki. To też jeszcze młodzież. Arina to mocarz absolutny, a Sofi jest psem o tak ogromnej wytrzymałości, że nie sposób tego nawet opisać. To ona, niemal bez treningu, przebiegła 350 km na wyprawie w marcu. Uczyniła to z takim luzem, że nam po prostu opadły szczęki, ręce i wszystko co tylko opaść może. To było w marcu, a tymczasem w listopadzie Sofi ledwo uszła z życiem po bardzo ciężkiej chorobie. Dlatego nie mogła trenować. Zaczęła dopiero w lutym, na krótko przed wyjazdem. A na wyprawie okazała się jej wielką gwiazdą.

No i najmłodsze z naszych psów. Ixi i Xanto. Źródło bólu głowy, rąk i nóg. Powód złego snu i nieustających rozmyślań, co z nich wyrośnie. 10 października obaj skończą 2 lata. Fajne, sympatyczne psiaki, które w zaprzęgu totalnie świrują. Biegną z całych sił, nie potrafią się zatrzymać i chwilę pooddychać spokojnie. Rozwalają cały zaprzęg swoim zachowaniem. Potem brakuje im sił. Normalnie własnie tak jest z młodymi psami na początku ich biegania. Ale oni zaczęli biegać już rok temu. Powinni się już choć trochę uspokoić. Z treningu na trening powinni się uczyć spokoju. Nic z tego. Jest właściwie coraz gorzej. A są takie młode psy bardzo nam potrzebne w tym zespole.
Ręce opadają i trudno jest z nimi pracować, ale próbujemy. Ne poddamy się łatwo i będziemy próbowali z tych wariatów zrobić porządne psy długodystansowe. Mamy nadzieję, że się uda.

piątek, 28 sierpnia 2015

Człowiek potrzebny na wyłączność

Wspominaliśmy już, że robiliśmy dla dzieci imprezę z psimi zaprzęgami w Ostoi Biały Wilk. Tam spotkaliśmy też psy, które na co dzień mieszkają w schronisku. Dzięki temu psiaki mają namiastkę normalnego, nie schroniskowego życia, a dzieci okazję poznać co to odpowiedzialność za zwierzę i jak należy się nim opiekować. 
Taki wakacyjny pobyt psów w Ostoi to także okazja dla nich na znalezienie domu. Niektórym psom się to udaje i zostają zaadoptowane przez któregoś z uczestników obozu. Inne nie mają tyle szczęścia.
Wśród tych drugich znalazła się Belzebuba. Suczka, która zdobyła nasze serca.

Ten całkiem spory, jak widać na zdjęciach, pies to uosobienie łagodności. Obecnie przebywa wśród dzieci, które na dodatek zmieniają się co dwa tygodnie. To najlepszy sprawdzian dla jej charakteru. Pozwala dzieciakom się tarmosić, wyprowadzać na spacery, tulić i głaskać.
Naprawdę jej imię brzmi inaczej, jednak w Ostoi została nazwana Belzebubą ze względu na iście diabelski wygląd. Ale na wyglądzie się kończy. Jej charakter jest bardziej anielski w stosunku do domowników.

Belzebuba to typowy domowy pies, który ukochał sobie człowieka i przy nim jest szczęśliwy. Ma tam teraz kojec, ale ucieka z niego. Przychodzi wtedy pod dom, siada, albo się kładzie na schodach i tam się uspokaja. Musi czuć bliskość człowieka. Od domu się nie oddala nawet puszczona luzem. Na zdjęciach jest na łańcuchu, ale tylko ze względu na inne psy, a zwłaszcza nasze. Z psami bowiem Belzebuba ma ogromny problem. Krótko mówiąc jest do innych psiaków agresywna. Nie odpuszcza żadnemu. Jej silny, dominujący charakter zawsze daje znać o sobie, a zwłaszcza przy karmieniu.
To między innymi jest powodem jej bezdomności. Ostatnio zaadoptowali ją rodzice uczestnika obozu. Zabrali do domu. Niestety Belzebuba nie była w stanie dogadać się z ich psem. Atakowała go i dominowała na każdym kroku.
Dlatego musi ona mieć człowieka na wyłączność. Musi trafić do domu, w którym będzie jedynym psem. Gdzie nie będzie musiała rywalizować o uczucie. 

Irina, organizatorka obozów, kobieta która wyciąga różne bezdomne psy ze schroniska, aby choć przez dwa miesiące wakacji miały namiastkę domu i normalnego życia, ma łzy w oczach kiedy mówi o konieczności odstawienia psiaków po obozach z powrotem do schroniska. Zżyła się z nimi niesamowicie i mówi, że drugi raz takiego rozstania nie wytrzyma. Kiedy rozmawiamy o Belzebubie, Irina płacze. Cieszyła się kiedy została na koniec lipca zaadoptowana, ale niestety wróciła. 
Irina sama adoptowała już dwa psy, które u niej spędziły wakacje. Trzeciemu, Rudzikowi znalazła dom. Ale ze względu na te psy nie może pod dach przyjąć Belzebuby. 
Pomóżmy Belzebubie. Może wśród Was, albo Waszych znajomych jest ktoś, kto dałby tej pięcioletniej suczce dom. Ona odda Wam w zamian całe swoje serce. A przy okazji, swoim diabelskim wyglądem odstraszy intruzów :)

Kiedy nie ma innych psów obok, to jest ona bardzo łagodna i grzeczna. Zresztą może z tymi psami też da się coś zrobić. W końcu z Rudzikiem przesiedziała całe wakacje obok siebie przy tych schodach, a nawet razem leżeli i spali pod nimi. Nie wszystko więc chyba stracone i pod tym względem.

Jeśli chcecie mieć prawdziwego przyjaciela bierzcie Belzebubę!
Jeśli nie możecie to powiedzcie chociaż o niej znajomym, może ktoś z nich chce takiego kumpla. Gwarantujemy, że nie ma drugiego takiego stwora jak ona.



wtorek, 18 sierpnia 2015

Nowe koszulki dla ważnej sprawy

Jakieś 5 lat temu zrobiliśmy koszulkę z nadrukiem przedstawiającym jeden z naszych zaprzęgów biegnących na zamarzniętym jeziorze Inari w fińskiej części Laponii. Sprzedaż tamtych koszulek miała pomóc nam zebrać środki na pierwszy start w wielkim wyścigu Finnmarkslopet odbywającym się rokrocznie w północnej Norwegii.

                                                                   Koszulka nr 1

Nie pamiętamy ile wtedy koszulek się sprzedało, ale pamiętamy za to dokąd one trafiły. Część tamtej "produkcji" znalazła chętnych w Polsce, ale kilka poleciało nawet do Australii, USA, czy Wielkiej Brytanii. Było to dla nas niesamowite doświadczenie. Nasz wyrób będzie nosił ktoś na drugim końcu świata! Ta świadomość robiła na nas wrażenie.
Wtedy też zupełnie inne było nasze postrzeganie celów i problemów. Firma się rozwijała, właśnie wzbogaciliśmy ofertę o wyjazdy do Laponii. Wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze do spokojnego utrzymania psów i siebie oraz czerpania satysfakcji z prężnie działającego biznesu.

Dzisiaj mamy nowe projekty grafik, tak jak mamy nowe spojrzenie na naszą działalność. Na tych grafikach są inne już psy niż wtedy, na pierwszej koszulce. Inny trochę też jest cel ich sprzedaży. Wtedy chodziło o sportową działalność, a dzisiaj chodzi jeszcze o naszych psich dziadków, którym staramy się zapewnić godną emeryturę.
Zauważyliśmy też, uprawiając kilkanaście lat mushing, jego spore problemy. Sam sport jest wspaniały. Jest wielowątkowy, że tak powiemy. Jest bardzo skomplikowany i kosztowny. Skomplikowany również moralnie. Jak uprawiać taki sport na najwyższym poziomie nie wyzyskując zwierząt? Czy można być czystym moralnie mając ambicje bycia najlepszym na świecie w tej dyscyplinie? Czy to w ogóle jest możliwe?
Jest. My wiemy, że to jest możliwe. Można zbudować doskonały psi zespół postępując etycznie. Jesteśmy tego najlepszym przykładem. Co prawda nie dane nam było udowodnić to czarno na białym, czyli uzyskać dobry wynik na mecie któregoś z wielkich wyścigów, ale mamy świadomość posiadania takiego potencjału. Dowodem na te słowa jest oczywiście wynik marcowej wyprawy. Rekordowy wynik jeśli chodzi o polską wyprawę.
Tylko, że to wszystko dotyczy nas samych i naszego kennelu. My postępujemy etycznie. Dbamy o psy, tworzymy z nimi jedną rodzinę. Problemy psów są naszymi problemami i niestety nasze są także problemami psów, choć na szczęście one nie zdają sobie z tego sprawy.
Nie wszędzie jednak jest tak samo. Świat jest pełen brudu i złych ludzi. Nie inaczej jest w mushingu. Także w Polsce. Sport ten w naszym kraju obiera fatalny kurs. Niektórzy ludzie zajmujący się nim profesjonalnie mają ogromne zakusy, żeby "iść po bandzie". Czerpać własną satysfakcję kosztem psów. Psy są wymieniane w kennelach, kiedy tylko zaczynają wolniej biegać. Wymieniane, czyli właściciel pozbywa się ich. W najlepszym wypadku znajduje im inny dom. Ile jednak psów może taki dom znaleźć. Jaka zatem jest dla tych zwierząt perspektywa? Schronisko na koniec zaprzęgowej kariery, czy śmiertelny zastrzyk u weterynarza? To niewyobrażalne! Tak nie może się to kończyć.

Dlatego powstał Dom Psiego Seniora. Edukować trzeba wszystkich, ale jak się okazuje zacząć należy od tych, którzy mają największe stada psów. Tam zwierzaki zagrożone są najbardziej. Trzeba edukować, pokazywać, że stary pies ma swoje prawa, i że człowiek, który ileś tam lat z nim pracował jest mu winien przyzwoitą jesień życia. I nie ma to tamto! Jeśli maszer tego nie rozumie, to nie ma prawa zajmować się psami. I o tym będziemy też mówić przy okazji prowadzenia Domu Psiego Seniora.

Rozpisaliśmy się trochę teraz, choć miało być nieco inaczej w tym poście. Jednak ładunek emocjonalny jaki niosą wyżej wspomniane problemy jest tak duży, że czasem trudno jest nie zabrać głosu. Ten problem jest bardzo duży i trzeba będzie o nim napisać osobny tekst. Pewnie nawet nie jeden.
Jesteśmy jednymi z tych, którzy w Polsce psimi zaprzęgami zajmują się najdłużej, więc mamy pewne obowiązki z tym związane.

Koszulki robimy po to, abyście mogli wesprzeć działalność Domu Psiego Seniora. Wesprzeć jego ideały i pomóc psom w naszym kraju. Dom będzie organizował edukacyjne imprezy, będzie pokazywał jak można działać etycznie, tak aby i psy i ludzie byli ze sobą szczęśliwi.
Potrzebujemy jednak na taką działalność pieniędzy, które możemy pozyskać sprzedając koszulki. Możecie je zamawiać wysyłając wiadomość na adres info@syberiada-adventure.com

Oto wspomniane koszulki, oprócz tej na górze posta, również dostępnej w sprzedaży. Nr 1 wykonywana jest na kulkach ciemnych, numery 2, 3, 4, 5, 6 na jasnych, numery 7 i 8 na dowolnym kolorze koszulki.
Cena koszulki to 45 zł plus 10 zł koszt wysyłki.
Kolory dostępne wg palety Fruit of the Loom. Na takich właśnie koszulkach wykonujemy nasze nadruki.



                                                                          Nr 2


                                                                          Nr 3

                                                                         Nr 4

                                                                          Nr 5

                                                                            Nr 6


Nr 7


Nr 8


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...