Czas potwornie szybko leci! Dopiero co ogłosiliśmy nasze plany na najbliższy sezon, a tu już powoli kończy się wrzesień i plany stopniowo trzeba wdrażać w życie. Zawsze wszystko jest piękne, ładne i uduchowione na etapie planowania. Wtedy wszystko wydaje się proste i układające według naszych planów. W "praniu" już takie nie bywa.
Mnóstwo spraw jest też do załatwienia i zorganizowania. Wyjazd z szesnastką psów to dość skomplikowane przedsięwzięcie. O wielu rzeczach nie wolno zapomnieć, aby nie narobić sobie poważnych kłopotów.
Psy muszą wyjechać zdrowe, zaszczepione i odrobaczone. Muszą być w jak najlepszej kondycji. My także. Co komu po najlepszym nawet zaprzęgu jeśli człowiek , nawiązując do pewnej piosenki przypomnianej w ostatnich miesiącach, będzie dupa? Nic nikomu. Maszerowi i psom najbardziej :)
Wracając do spraw do załatwienia, to ich lista jest całkiem spora. Przedstawimy Wam tutaj część z nich, abyście mieli ogląd co nas czeka w ciągu dwóch miesięcy jakie pozostały do wyjazdu.
1. Szczepienia. Właśnie zbliża się czas powtórzenia szczepień. Wścieklizna, choroby zakaźne oraz donosowa szczepionka przeciwko kaszlowi kenelowemu. Od tego sezonu obowiązkowa na wielkich wyścigach. Do zaszczepienia 16 psów.
2. Odrobaczenia przed wyjazdem. Z tymi to jest niezła jazda, bo kraje skandynawskie mają różne przepisy w tym zakresie. Chodzi o terminy w jakich należy ich dokonać przed wjazdem na ich teren. W Szwecji inaczej, w Norwegii inaczej i w Finlandii jeszcze inaczej. My musimy się w to wszystko wstrzelić tak, żeby wszędzie pasowało i było dobrze, a zarazem jak najmniej truć psy chemią na robale.
3. Karma dla psów. Kiedy jeździliśmy na wyprawy na dwa, trzy tygodnie, czy nawet miesiąc, to zabieraliśmy karmę ze sobą. Na pięć miesięcy jednak nie damy rady tego zrobić. Musimy zorganizować żarcie na miejscu. Mamy kilka namiarów, a od wczoraj nawet chyba już pewność skąd ją kupimy.
4. Sprzęt. Niby wszystko mamy, ale jak znamy życie, to i tak sporo kasy pójdzie na różne duperele. Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach i te szczegóły potrafią dać popalić. Ot właśnie okazało się, że musimy kupić kilka nowych koców dla psów. Koców używanych na trasach, do spania. A to pewnie wierzchołek góry lodowej. Lin naprodukowaliśmy sporo, ale coś tam trzeba będzie dorobić.
4.A. Tu musimy stworzyć podpunkt w naszej rozpisce, bo osobnym tematem sprzętowym są buty dla psów. Potrzebujemy ich niemal w przemysłowych ilościach. A to kosztuje. Ile ich trzeba to pokazuje poniższa rozpiska:
but wytrzymuje na psiej łapie, 50, 70, 100 kilometrów. Nie da się dokładnie przewidzieć ile. To zależy od wielu czynników. Rodzaju śniegu i lodu, sposobu biegania psa itd.
Jeśli założymy, że but wytrzyma 70 kilometrów, to na każdą taką siedemdziesiątkę potrzebujemy 4 buty x 16 psów. 64 sztuki. Jeśli planujemy pokonać około 4 tysięcy kilometrów, to butów potrzebujemy ponad 3500! Po 3,50 zł za sztukę.
Buty to główny punkt programu. Tylko pięciomiesięczne zakwaterowanie za kołem polarnym i wyżywienie psów kosztuje drożej od nich.
5. Słoma. Kolejna niezbędna rzecz. Potrzebujemy jej do ścielenia psom w przyczepie i na trasach długich, dwu, trzy dniowych treningów. Musimy ją zorganizować na miejscu. Z tym nie powinno być kłopotu.
6. Weterynarz. W Skandynawii ceny usług weterynaryjnych są bardzo wysokie. Wielokrotnie wyższe niż w Polsce. Dlatego będziemy chuchać i dmuchać na psy, aby wet nie był nam potrzebny. Zabieramy ogromną apteczkę, w której muszą znaleźć się leki i medykamenty na różne przypadłości. Antybiotyki, leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, maści rozgrzewające, środki na biegunkę itd, itd.
7. Formalności. Dokumenty wywozowe psów, opłaty startowe, odprawy przedstartowe, odprawy weterynaryjne. To wszystko nas czeka i spędza sen z powiek.
Wymieniliśmy tu w punktach tylko te sprawy, które ciągle mamy na myśli. Zapewne jeszcze niemało ich pojawi się już w trakcie. Na to wszystko pozostało niewiele czasu. Dwa miesiące to jest nic. Zleci równie szybko jak czas od ogłoszenia naszych planów na ten sezon.
Aaa, jest jeszcze punkt 8. Trening. Dużo treningu!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 września 2016
Dwa miesiące
etykiety
Daleka Północ,
Femundlopet,
Finlandia,
Finnmarkslopet,
Laponia,
mushing,
nasz sprzęt,
nasze psy,
Norwegia,
psie zaprzęgi,
sport,
Szwecja,
Trylogia Norweska,
wyścig,
żywienie psów
wtorek, 13 września 2016
Tandemowe Trip Love
Tydzień temu w Klubie Podróżnika Namaste w Katowicach spotkaliśmy niezwykłych, młodych ludzi, o których wcześniej słyszeliśmy co nieco. To Klaudia Jadwiszczyk i Krzysztof Lewicki. Oboje realizują projekt Tandemowe Trip Love.
Zamierzają oni przejechać tandemem trasę ze Śląska przez Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię. Tam odwiedzić nasze ukochane Inari, potem Norwegię, Nordkapp, Altę, Tromso, itd., itd. Wjadą też do Szwecji, gdzie mamy ogromną nadzieję, wpadną i do nas. Choćby na herbatę. W tej podróży towarzyszyć im będzie pies Kadlook, rasy alaskan malamut.
Do Polski wrócą po pokonaniu 8 tysięcy kilometrów, z tak wielkim bagażem doświadczeń i przeżytych emocji, że nie wiemy w jakie plecaki i sakwy im się to pomieści.
Strasznie podoba się nam ich projekt. Wiele osób zrzędzi, że zimą jest zimno i woli ciepłe klimaty, a tu wręcz przeciwnie pchają się na rowerze w lapońską zimę, w noc polarną. Oj, dostaną po tyłkach na pewno, bo mróz, śnieg i zmęczenie zrobią swoje, a jakże, ale po to człowiek wymyśla takie wyprawy, żeby właśnie po tyłku trochę dostać i przeżyć niesamowitą przygodę.
Na dodatek pojadą przez "nasze" rejony. Cała Finlandia, Inari, Rovaniemi i wioska św. Mikołaja, Alta. Ileż my odbyliśmy wypraw w naszych marzeniach właśnie tam. Latem, zimą, wiosna i jesienią? Ileż razy marzyliśmy by znowu tam pojechać? Zbyt mało razy tam byliśmy, to pewne. Ale teraz dzięki wyprawie Klaudii i Krzyśka pojedziemy tam znowu, choćby czytając ich relacje, tak wirtualnie. No i mamy nadzieję, że zatrzymają się choć na parę dni w naszej bazie w Vuollerim, dokąd mocno ich zapraszamy.
Wyprawa zimą rowerem i na dodatek z psem, z całą pewnością wzbudzi zainteresowanie na północy. Zwłaszcza wśród Samów, którzy w życiu nie wybrali by się nigdzie zimą rowerem. Dzięki temu pewnie mogą nasi podróżnicy liczyć na życzliwe przyjęcie i pomoc. Pamiętamy jak dwa lata temu spotkaliśmy w Inari Francuzów, którzy przemierzali Laponię pieszo ciągnąć pulki. Nie używali nart, ani nawet rakiet śnieżnych. Po prostu szli z buta. Strasznie długo im to schodziło, bo w ten sposób pokonywali zaledwie 10-12 kilometrów w ciągu doby. Samowie co rusz, spotykając ich na trasie, pytali czy wszystko w porządku, czy nie potrzebują pomocy. W głowie im się nie mieściło, że ktoś może z własnej woli trzaskać z laczka przez śniegi i lody.
Podejrzewamy, że Klaudia i Krzysiek mogą liczyć na to samo. Chociaż rower to rower.
Życzymy powodzenia, dobrej zabawy i zdrowia. Trzymamy mocno kciuki.
etykiety
23 kilometr,
Daleka Północ,
Finlandia,
Laponia,
Norwegia,
opowieści,
pasja,
podróże,
prelekcja,
rowery,
spotkanie autorskie,
Szwecja,
wyprawa,
zima
niedziela, 15 maja 2016
Układanka
Światopogląd, własne zdanie na różne tematy, to wszystko jest niczym puzzle. Składamy je w całość z rozproszonych fragmentów zbieranych przez całe życie. Niektórych z nich długo nie możemy znaleźć. Niby układanka jest niemal kompletna, wszystko nam już pasuje, ale brak jednego drobnego kawałka psuje końcowy efekt. Brak tej przysłowiowej kropki nad i jest brakiem, który nie pozwala doprowadzić własnego osadu sprawy do końca.
W naszym postrzeganiu świata taki problem mamy ze Skandynawią. Powszechna opinia o tej części świata jest taka, że to kraje bardzo dbające o środowisko, wzory ekologicznego podejścia do życia. Sortownie śmieci, pozyskiwanie większości energii elektrycznej (zwłaszcza Norwegia) z odnawialnych źródeł. Cud miód, żyć nie umierać. Skandynawia wydaje się wielu osobom ideałem pod tym względem. Nam również, choć dostrzegaliśmy zawsze pewne rysy na tym wizerunku. Długo nie mogliśmy ich zdefiniować. Co właściwie jest nie tak?
Wczoraj mieliśmy przyjemność znaleźć się na spotkaniu autorskim z Adamem Wajrakiem. Człowiekiem, którego wyjątkowo cenimy za wkład w ochronę przyrody w naszym kraju oraz całościową jego pracę nad pokazywaniem piękna natury i omawianiem go w sposób, w jaki nie robi tego nikt inny. To chyba jedyny dziennikarz dużych mediów, który zajmuje się przyrodą. Nazywany przez przeciwników ekoterrorystą i lewakiem. Przez to też jest nam bliski.
W trakcie spotkania, odpowiadając na czyjeś pytanie, zahaczył o Skandynawię. Powiedział, że tam natura jest piękna, bo Skandynawów jest zbyt mało, aby zdołali ją zniszczyć. Gdyby zaludnienie Szwecji, czy Norwegii byłoby tak duże jak Polski, to nie zostałby tam kamień na kamieniu. Skandynawowie bowiem, mają niezwykle interesowne podejście do natury. Wg nich ona jest po to, by człowiek z niej korzystał. W efekcie szwedzcy, czy norwescy myśliwi uwielbiają przyjeżdżać na polowania do nas, bo u siebie nie mają już na co. Także ich lasy cięte są na potęgę.
Przyrodę szwedzką, norweską i fińską ratuje to, że na terenach mniej więcej wielkości Polski mieszka cztery a nawet niemal 10 razy mniej ludzi.
Zawsze wiedzieliśmy o tym jak traktuje się tam psy zaprzęgowe. Te stare, czy chore są zabijane. Czasem za pośrednictwem weterynarza, ale częściej za pomocą broni palnej. W końcu prawie każdy tamtejszy maszer to myśliwy i broń posiada. Jest też na to przyzwolenie społeczne.
Tam istnieją kennele, w których trzyma się 300, czy 400 psów. W takiej masie nie ma możliwości etycznego traktowania zwierząt. To są firmy, które mają przynosić zysk. Chorujące psy, czy konieczność utrzymywania psich emerytów zrujnowałaby każdą taką firmę. Więc koszty się eliminuje. Dosłownie.
Tworząc naszą własną układankę wiedzieliśmy o różnych historiach. Łudziliśmy się jednak, że to może nieliczne przypadki, a nie coś co występuje powszechnie. Jednak nadal nam to nie pasowało. Jeździmy tam przecież od kilku lat, a nigdy nie widzieliśmy w terenie innego zwierzaka niż renifera. Teraz już wiemy dlaczego. Tam nie ma innych zwierząt. Zostały upolowane. Zabite i zjedzone. W Norwegii, w 4 milionowym kraju, jest 400 tysięcy myśliwych! 10 procent społeczeństwa poluje! W Polsce myśliwych mamy około 100 tysięcy. Żeby dorównać w tym Norwegom, musiałoby u nas włóczyć się po lasach prawie 4 miliony osób z giwerami. Wtedy też nie byłoby już u nas jeleni, saren, dzików, czy zajęcy. Wszystko zostałoby wymordowane i zeżarte, a lasy rozjeżdżone samochodami i zadeptane w diabły.
Czasem trzeba usłyszeć czyjeś słowa, aby własną układankę ułożyć do końca. Dla nas jej końcowy efekt nie jest optymistyczny. Człowiek chciałby żyć w świecie idealnym. Marzy o swoistej ziemi obiecanej, o miejscu w którym będzie mógł żyć w pełnej zgodzie ze swoimi poglądami i na swój sposób, a na dodatek będzie to tam kompletnie akceptowane. W rzeczywistości okazuje się jednak to całkowitą utopią. Nie ma takich miejsc. Zawsze i wszędzie jest coś nie tak. To zmusza do wyboru jedynie mniejszego zła. Nie ma jednak na to sposobu. Wszędzie trzeba walczyć z ludźmi, którzy nie rozumieją podstawowych prawideł świata natury. Tego przede wszystkim, że my ludzie jesteśmy na planecie Ziemia tylko i wyłącznie gośćmi i to na chwilę.
środa, 2 marca 2016
Wspomnienia z Inarijarvi Expedition 2010
Tak wygląda wyprawowy poranek, kiedy jest bardzo zimno.
O piątej rano zaczęliśmy powoli budzić się do życia. Szło nam to opornie. Perspektywa wyjścia ze śpiworów i namiotu na zewnątrz, gdzie temperatura spadła do minus 40 stopni, nie była zbyt zachęcająca. Odwlekaliśmy ten moment ile tylko się dało. Powolne wynurzanie ze śpiwora to norma w takiej sytuacji. Zesztywniałe i zakwaszone mięśnie nie pomagają sprawnie i szybko się poruszać. Potrzebują trochę rozruchu. Jednak czas naglił. Kończyło się jedzenie dla psów i paliwo do kuchenek. Przed nami wciąż było ponad sto pięćdziesiąt kilometrów szlaku i bardzo chcieliśmy pokonać tę odległość tego dnia i znaleźć się wreszcie w ciepłej chacie.
Jednak zimno spowalniało nasze ruchy. Dobrze byłoby napić się gorącej herbaty, czy kawy. To jednak musiałoby zabrać wiele czasu. Trzeba by stopić śnieg, zagotować powstałą w ten sposób wodę, i tak dalej. Mieliśmy na to zbyt mało paliwa.
Dlatego postanowiliśmy najpierw ruszyć. Rozgrzać się biegiem, a postój na śniadanie, na kawę i obowiązkowe karmienie psów zrobić trochę później, kiedy słońce przegoni nieco ten wielki mróz. To był dobry pomysł. Psy zjadły duży posiłek o pierwszej w nocy, więc ich brzuchy były pełne. Mogliśmy zatem taki plan wprowadzić w życie.
Stopniowo, w miarę wykonywanych czynności, nasze mięśnie zaczynały działać. Ruch rozgrzewał. Zwijaliśmy namiot, pakowaliśmy śpiwory i gary w sanie. Psy tymczasem wciąż spały na słomie przykryte kocami. Dopiero kiedy wszystko spakowaliśmy to zaczęły się ruszać. Pozałatwiały swoje fizjologiczne potrzeby, poprzeciągały się i zaczęły kręcić. W ten sposób, tak samo jak my, szukały ciepła w ruchu.
Zebraliśmy do worków słomę spod psów. Może nam się jeszcze przydać w dalszej części trasy. Mieliśmy już jechać prosto do bazy, ale nie byliśmy do końca pewni, czy te sto pięćdziesiąt kilometrów puści nam w całości. Dlatego lepiej mieć jeszcze słomę. W razie ewentualnego biwaku.
O szóstej z minutami ruszyliśmy. Psy były zadowolone, że mogą rozgrzać się biegiem. My staraliśmy się im jak najbardziej pomagać odpychając się nogami, tak aby było nam cieplej.
Nad śniegiem unosiła się, gruba na kilkadziesiąt centymetrów mgła, niechybna oznaka wielkiego mrozu.
Płozy sań strasznie hałasowały na twardym i mocno zmrożonym śniegu. Dźwięk jaki wydawały przypominał pisk.
Kiedy jest tak zimno nie można niczego pokpić. Nie wolno nam zdjąć rękawiczek, choć podczas manewrów ze sprzętem jest tego ogromna pokusa. Jednak ich zdjęcie, choćby na kilka minut, może zakończyć się odmrożeniami. Tak samo z twarzą. Ją również musimy zasłonić tubą, kominem, kołnierzem kurtki, czy kominiarką.
Biegnąc przed siebie zbliżaliśmy się jednak do słonecznego ciepła. Około siódmej słońce wreszcie pojawiło się nad widnokręgiem. Teraz z każdą chwilą robiło się nam cieplej. Faktyczna temperatura zmieniała się znacznie wolniej niż ta odczuwalna. Jednak najważniejsze jest to jak się czujemy. A ruch i słońce robiły swoje.
Pół godziny później zatrzymaliśmy się wreszcie na śniadaniowy postój. Musieliśmy przygotować psom gęstą zupę i sami też coś ciepłego wypić i zjeść. Zapowiadał się piękny, ale też długi i trudny dzień. Od biwaku przejechaliśmy mniej więcej dwadzieścia kilometrów. Zostało nam ich jeszcze ponad sto trzydzieści. Warunki jednak były świetne. Zmrożony śnieg nie hamował sań, psy biegły po nim lekko i szybko. Jeśli tylko utrzyma się pogoda to wieczorem będziemy w bazie.
Laponia 2010
niedziela, 15 listopada 2015
Magia zorzy polarnej
Na Daleką Północ wyjeżdża się także dla zorzy polarnej. Światła Północy, jak wielu je nazywa to widowisko nie porównywalne z niczym innym. Jest w zorzy coś magicznego, jakaś tajemnica, coś co sprawia, że czujemy się przy niej inaczej. Może jest tak dlatego, że ocieramy się o niepojęte? Stajemy oko w oko z jeszcze jedną tajemnicą tego świata? Taką bardziej symboliczną tajemnicą, bo przecież wiemy o zorzy wszystko. Wiemy jak powstaje i dlaczego. Wiemy, że nie ma w tym niczego magicznego, że to czysta fizyka tylko. Ale nie zmienia to faktu, że nawet wyposażeni w wiedzę XXI wieku stajemy wobec zjawiska zorzy polarnej tak samo niepewni i lekko przestraszeni jak ludzie tysiące lat temu. I to jest w obserwacji zorzy fantastyczne.
Wiele osób tak ją postrzega i my również. Pewnie ci wszyscy turyści, nazywający siebie Aurora Hunters, też to odczuwają. Czy tłukliby się na koniec świata tylko dla fizycznego zjawiska. Wątpię. To magia Świateł Północy przyciąga ich do siebie. Choćby to była wymyślona magia.
16 marca 2015 wyruszyłem z jedenastką psów do oddalonego o 100 kilometrów Sevettijarvi. Wystartowałem późno, bo dopiero ok godziny 13. Zmrok dopadł mój zespół w połowie trasy, w osadzie hodowców reniferów Partakko. Dalej podążaliśmy już przy świetle czołówki.
Z doświadczenia wiedziałem, że zorza może się nam pokazać dopiero około godziny 21. Tak w każdym razie zdarzało się nam ją widywać najczęściej, podczas wszystkich naszych pobytów w Laponii. Tak było zarówno w różnych miejscach w Finlandii jak i w Norwegii.
Posuwaliśmy, się więc naprzód bez specjalnego wypatrywania zorzy na niebie. Mieliśmy sporo roboty nawigacyjnej na szlaku, o czym już pisałem w poprzedniej części relacji z tej wyprawy, która mocno absorbowała liderów i mnie.
Zorza pojawiła się kiedy w ogóle już o niej nie myślałem. Jadąc przed siebie, na jakimś długim, prostym odcinku, nagle wyczułem coś w powietrzu. Jeśli tak można to określić. W całym tym skupieniu nad trasą, nagle coś kazało mi spojrzeć w niebo. Nad nami, nieco w lewo, pojawiła się zielona pręga. Bardzo długa i wąska.
Zacząłem ją obserwować. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy nie zatrzymać zaprzęgu i nie robić zdjęć. Jednak byliśmy w drodze od ładnych kilku godzin, przed nami było jeszcze ze 20 kilometrów do końca. Psy musiały dostać solidny posiłek. Mnie też zresztą ssało w żołądku mocno. Zrezygnowałem ze zdjęć. Te można zrobić kiedy indziej.
Od tamtej chwili Światła Północy raz to pojawiały się, innym razem gasły. Niebo żyło swoim życiem. Zorza nigdy nie przestaje się ruszać. Wciąż się zmienia. Zawsze w takich momentach zastanawiam się, jak postrzegali ją ludzie w dawnych czasach. Wiem, że niektórzy się jej bali, wiem że widzieli w niej drogę oświetloną przez dusze zmarłych, które dotarły już na tamten świat. Wierzyli, że w pobliżu zorzy można usłyszeć dźwięki wydawane przez umarłych chcących skontaktować się ze światem żywych. Naukowcom z uniwersytetu Aalto w Finlandii, udało się nawet nagrać coś w rodzaju, klapnięcia, które mi kojarzy się zdecydowanie z westchnięciem.
W Finlandii wierzono również, że światło to ślad po lisim ogonie zagarniającym śnieg do nieba. A w Yukon Teritory widzieli w nich dusze zabitych wrogów, które pragnęły powrócić na ziemię i wziąć odwet za swoją śmierć.
Ludzie zawsze próbowali wyjaśnić sobie wszelkie zjawiska przyrodnicze. Czynili to na różne sposoby. W jednych domysłach się mylili, a w innych byli bardzo blisko prawdy.
Zorza towarzyszyła mojemu zespołowi aż do końca tego biegu. Do samego Sevettijarvi. Tam musiałem zając się psami i przygotować biwak. Nie miałem już ani czasu, ani siły na podziwianie zorzy. Dotarłem do tego miejsca o północy. Rozłożyłem psom na śniegu słomę, którą wiozłem w saniach. Rozłożyły się na niej natychmiast. Zaraz też podałem im tłuste przekąski i przykryłem je grubymi, ciepłymi kocami. Psy mają pod nimi sucho i ciepło. I zaraz po tym zająłem się przygotowywaniem ciepłego posiłku dla psów. I dla siebie.
Uruchomiłem psi cooker. Teraz musiałem już topić w nim śnieg, bo kałuże powstałe za dnia w słońcu już dawno zamarzły, było ponad 20 stopni mrozu. Dla siebie odpaliłem benzynową kuchenkę Primusa.
Czekając na gorącą wodę, sprawdzałem czy wszystkie psy są dobrze przykryte kocami. Coś tam poprawiałem, gdy nagle poczułem dosłowny przymus spojrzenia ponad siebie. Wyprostowałem się i spojrzałem w niebo. Dokładnie nade mną wisiał zielony most stworzony przez zorzę. Most rozpięty od jednego brzegu jeziora, na którym biwakowałem z psami, do drugiego brzegu. Stałem tam z zadartą do góry głową i czułem jakąś dziwną łączność ze światem, z rodziną która została w domu. Pomyślałem w tamtej chwili o Darii i Kacprze. Byliśmy oddaleni od siebie o 3 tysiące kilometrów, a ja miałem nagle wrażenie, że oni są gdzieś zupełnie blisko, niemal czułem ich obecność.
Musiałem wrócić do pracy. Woda w cookerze była gotowa. Psy czekały na ciepły posiłek. Czułem się dziwnie. Mieszałem teraz mięso, tłuszcz i karmę w wiadrze z gorącą wodą i ciągle myślałem o tym co się przed chwilą wydarzyło. Chyba tęskniłem za rodziną.
Raz po raz spoglądałem w niebo. Świetlny most zniknął, potem znowu się pojawił. Trochę mniejszy, węższy. W końcu zgasł zupełnie.
Nakarmiłem bardzo porządnie psy. Wypiłem kubek z zupą z paczki, zjadłem trochę czekolady i schowałem się wreszcie do namiotu. Była 3 nad ranem. Pełne 3 godziny zajęło mi przygotowanie biwaku i nakarmienie psów. Kiedy zapinałem namiot, na niebie nie było już nawet śladu zorzy.
Trzy godziny później byłem z powrotem na nogach. Znowu grzałem wodę. Przygotowywałem zespół do dalszej drogi. Około ósmej zadzwoniłem do domu. Daria z wielkim entuzjazmem zaczęła opowiadać, że w nocy widziała na naszym polskim niebie zorzę polarną. Mówiła, że początkowo nie mogła w to uwierzyć, ale przypomniało się jej, że czytała wcześniej, ze jest mega aktywność słoneczna, i że zorza będzie widzialna nawet w Polsce. I była, faktycznie. Daria powiedziała jeszcze, że bardzo myślała o mnie przyglądając się zorzy.
A jednak zorza polarna to magiczne zjawisko.
sobota, 7 listopada 2015
Nocny bieg
Do Partakko dotarłem jeszcze za dnia. Dalszą drogę musiałem jednak odbyć już nocą. Dlatego w tej osadzie hodowców reniferów spędziłem zaledwie kilkanaście minut. Tyle ile potrzeba, aby psy zjadły przekąskę, a ja kawałek czekolady. Wypiłem jeszcze nieco herbaty, przejrzałem psy i sprzęt.
Psy biegły od Inari w butach naszej własnej produkcji. Uszyła je dla nas zawodowa krawcowa. Wszystkie były jeszcze w dobrym stanie po 50 kilometrach biegu. To bardzo dobry wynik.
W Partakko założyłem już na głowę czołówkę, aby potem jej nie szukać. Za wsią początkowo biegliśmy terenem znanym już nam, jednak około 10 kilometrów później wkroczyć mieliśmy na ziemię wcześniej przez nas nie odwiedzaną. Uwielbiam eksplorować nowe tereny.
Jazda zaprzęgiem w nocy to zupełnie metafizyczne doznanie. Jest noc, normalni ludzie siedzą w domach, oglądają telewizję, jedzą kolację, albo śpią. A ja w tym samym czasie gnam zaprzęgiem gdzieś na końcu świata. W nocy odnoszę wrażenie jakbym był sam na świecie. Zresztą mój świat kurczy się wtedy do rozmiarów mieszczących się w snopie światła czołówki. Jest on dość wąski, a długi tylko na tyle, aby zmieścił się w nim zaprzęg. To cały świat, na którym muszę się skupić. Reszta nie ma wtedy znaczenia. Muszę wpatrzeć się w ten wąski fragment świata i uważać, aby nie wpaść na jakąś przeszkodę. Jednocześnie staram się kontrolować decyzje podejmowane przez liderów. Szlak niekiedy krzyżuje się z innymi szlakami, czy drogami, o pomyłkę więc nietrudno. Kiedy skręcimy gdzieś w niewłaściwą stronę, to możemy mieć potem spore problemy. Na pewno nadrobimy drogi. Problemy zależą od tego jak długo pojedziemy w niewłaściwym kierunku. Im dłużej tym gorzej.
Jednak kiedy zaprzęg prowadzi Zuza z Kleinem, czy z Dante, to pomyłki się nie zdarzają. Zwłaszcza Zuza jest mistrzem nawigacji. Podejmuje szybkie decyzje, jest w tym bardzo zdecydowana i zawsze ma rację.
60 kilometrów od startu Klein miał jakiś kryzys. Zatrzymałem zaprzęg. Wbiłem w śnieg kotwicę, aby zabezpieczyć się przed odjechaniem sań beze mnie. Podszedłem do Kleina. Był trochę zmęczony, ale to w jego przypadku zdarzało się już w przeszłości. Ten pies posiada jednak zdolność do nieprawdopodobnie szybkiego regenerowania się podczas wysiłku. Wiedząc o tym dałem psom ok. 30 minut odpoczynku. Podałem im przekąski, miałem jeszcze trochę zupy w lodówce, więc rozdzieliłem ją miedzy psy.
Trochę się pokręciłem dookoła. Czekałem na zorzę polarną, ale było na nią jeszcze za wcześnie. Ona pojawia się zazwyczaj dopiero około 21. Brakowało jeszcze godziny.
Po 30 minutach ruszyliśmy dalej. Klein biegł teraz spokojniej, ale rozkręcał się z każdym kolejnym kilometrem. Po 65 wróciła mu całkowicie energia. Znowu aktywnie prowadził zaprzęg równo z Zuzą.
Mijały kolejne kilometry, a ja czekałem na ląd. W ostatnich dwóch latach zacząłem zdecydowanie bardziej lubić jazdę po krętych drogach na lądzie niż na długich prostych zamarzniętych jezior. Tam wtedy jednak nie było zbyt wielu odcinków lądowych.
Opuściłem już jezioro Inari. Teraz szlak wił się po mniejszych zbiornikach wodnych, a czasem wpadał na ląd. Psy na lądzie natychmiastowo przyspieszają. One też lubią bieg w miejscach, gdzie nie widać drogi dalej niż na góra kilkaset metrów przed sobą.
Trafialiśmy na coraz więcej skrzyżowań szlaków. Zuza jednak podejmowała bezbłędne decyzje. Skąd ona wie, którędy należy pobiec, kiedy szlak krzyżuje się z czterema innymi? Nie ma tam żadnych drogowskazów. Żadnych wskazówek. Kompletnie nic. Dopiero sto, sto pięćdziesiąt metrów za skrzyżowaniem trafia się na znak potwierdzający, że jesteśmy na właściwym szlaku. Dlatego nigdy nie należy zbyt długo czekać na takie potwierdzenie. Jeśli przejedziemy 200 metrów i nie ma znaku, to znaczy, ze zgubiliśmy drogę i trzeba zawrócić do skrzyżowania i tam znaleźć właściwą drogę. Jednak my takiej potrzeby nie mieliśmy. Zuza jakby biegała tam każdego dnia. Tak była pewna swego. Psy dobiegały do skrzyżowania. Nasza droga szła gdzieś za nim dalej. Jednak, w którą stronę? Miałem wątpliwości. Próbowałem znaleźć jakąkolwiek wskazówkę. Zaprzęg zbliżał się do miejsca, w którym już nie będzie czasu na domysły. Widzę wyraźny szlak biegnący prosto, za skrzyżowaniem. Mam pewność, że to właśnie tam musimy podążać. Jaka inna trasa może być tak ewidentna tutaj? Przecież tu nie ma żadnego ruchu. Od godziny 14 nie spotkałem absolutnie żadnego człowieka. Nikt nie jechał skuterem śnieżnym, nie szedł na nartach. Nikt. Absolutne odludzie.
Docieramy do krzyżówki i nagle Zuza prowadzi psy w lewo. Nie prosto! Bez cienia wątpliwości. Ja mam je za to. Kolejne 150 metrów jadę w napięciu. Czy będzie znak potwierdzenia? Jeden zakręt, drugi, znaku nie ma. Podjazd, dość stromy, biegnę teraz za saniami, zaraz potem stromy zjazd, znów wskakuję na płozy. Jeszcze seria kilku zakrętów. Zaczynam się powoli nastawiać na zawracanie zaprzęgu. I nagle jest znak. Stoi sobie i najnormalniej w świecie mówi "jesteście na dobrej drodze". Głupio mi teraz, ze miałem wątpliwości. Psy są nieomylne w takich sytuacjach i należy im ufać. A Zuza jest w tym najlepsza. Nawet Klein przestał się wtrącać w jej prowadzenie i posłusznie szedł za nią. Cała reszta robiła tak samo. Dawno już nauczyłem się nie dyskutować z psami. Nauczył mnie tego Dante. Moi liderzy wiedzą gdzie są i jak biec dalej, więc nie mam co się wtrącać w ich pracę. Zawsze się to sprawdza w moim zaprzęgu. Zuza i Dante to geniusze, mistrzowie orientacji w terenie.
Tak właśnie było na tamtym odcinku. 40 kilometrów Zuzia bezbłędnie odnajdywała drogę. Aż do samego Sevettijarvi, gdzie zatrzymaliśmy się na biwak po 100 kilometrowym biegu trwającym 7 godzin i 20 minut. Mam naprawdę wspaniałe psy.
Takie nocne biegi są bardzo emocjonujące, ale też trudne i jednocześnie piękne. Są też nieodzowną częścią mushingu. Długie trasy przebywa się systemem non stop, czyli kilka godzin biegu, kilka godzin odpoczynku. Jedzie się niezależnie od pory dnia, podporządkowując wszystko temu systemowi. Można oczywiście jechać normalnie biwakując od zmierzchu do świtu. Jednak wtedy bardzo wydłuża się czas potrzebny do pokonania trasy, a z tym wiążą się kolejne sprawy. Musimy wtedy zabrać więcej żywności i dla psów jak i dla siebie. Musimy zabrać więcej paliwa do kuchenek itd. To wszystko zwiększa wagę sań i tym samym wydłuża czas, bo cięższe sanie pojadą wolniej.
Nocna jazda ma jeszcze jeden niezaprzeczalny atut. Jest nim zorza polarna. Fantastycznie jest jechać zaprzęgiem w jej blasku.
O tym już następnym razem.
środa, 14 października 2015
Jeden z tych wielkich
Robimy bardzo dużo treningów. Przez 15 lat uzbierało się tych biegów całe mnóstwo. Różne psy, różne trasy, rejony Polski i Europy. Ogromna ilość wspomnień i przeżyć o rozmaitym zabarwieniu. Od szczęśliwych do tragicznych.
W tym ogromie na czoło wybijają się jednak biegi, które pozostawiają w pamięci ślad na zawsze. Te Wielkie Biegi, podczas których intensywność przeżyć była tak ogromna, że na zawsze wryły się w naszą pamięć.
Nie ma dla nich reguły, miały one miejsce w różnych okolicznościach, najczęściej w trakcie treningów, bo takich biegów jest najwięcej. Tak jak 4 lata temu. Listopad, deszcz, noc. Ciepło, jak na tę porę roku. Gdzieś w Borach Tucholskich. Psy pracujące w całkowitej ciszy. Równy, miarowy bieg. 70 kilometrów zrobionych w warunkach, w których 20 miało być wyczynem. Coś się jednak zacięło w głowach psów i szły naprzód i szły. Też się zaciąłem. Bez widoczności, czołówka wariowała w nocnej mgle i deszczu. To był okres szczytowej formy Dantego. Żaden znany nam pies nie prowadził tak zaprzęgu jak on.
Albo z dziesięć lat temu bieg z 10 syberianów, Na prowadzeniu Adja z Whisky. 26 grudnia, drugi dzień świąt. W pewnym momencie z mgły wyłoniła się pojedyncza sarna. Stanęła przed zaprzęgiem i zaraz potem zniknęła. Po kilkunastu minutach pojawiła się znowu. Zatrzymałem zaprzęg. Stoję i patrzę na nią. Ona na nas. Psy stoją spokojnie, nie szczekają, nie szarpią. Sarna znowu wbiegła w las. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze ze trzy razy. Co to było? Jakiś znak?
Jezioro Inari. Luty dwa lata temu. Idziemy dwoma zaprzęgami przez świeży śnieg. W takich momentach należałoby zwolnić, zejść z tempa, przetrwać ciężki odcinek, aby zachować po nim jak najwięcej sił na dalszą część drogi. Nic z tego. Psy walą do przodu jakby coś je goniło. W takich momentach można poczuć się nieswojo. Wielkie, zamarznięte jezioro, jesteśmy jakiś kilometr od brzegu, a psy jakby uciekały przed czymś. Z boku widzimy potężną sylwetkę świętej wyspy Ukko. Samowie wierzyli, że mieszka tam ich bóg.
Oddalamy się od wyspy. Nagle, w kompletnie zaciągniętym chmurami niebie robi się dziura i pokazuje przez nią słońce, tworząc fantastyczne smugi światła. Psy zwalniają, w końcu zatrzymujemy się i gapimy w tę dziurę. Oko boga Ukko? Dalsza droga odbywa się spokojnie, nie licząc spotkanych już na lądzie reniferów.
Te wielkie biegi zostały w pamięci nie tylko ze względu na wyjątkowe okoliczności. Są to też fantastyczne "przeloty" na długich dystansach z nieprawdopodobną prędkością. Tak jak 3 lata temu z ósemką alaskanów w trakcie przygotowań do Finnmarkslopet 54 kilometry w 2 godziny 50 minut. W tym pierwsze 30 km w półtorej godziny. Takie biegi robi się bez rozmawiania z psami, bez wydawania komend. Dante prowadził całą trasę z pamięci, ani razu się do niego nie odezwałem. To najlepszy bieg pod względem sportowym w całej karierze.
Drugi w tym rankingu odbył się w marcu tego roku między Inari, a Sevettijarvi ponad 300 kilometrów za kołem polarnym w Finlandii. 100 kilometrowy odcinek z pełnymi saniami zrobiony w 7 godzin 20 minut. Większość dystansu w nocy. Popis orientacji w terenie liderów. Zuzy i Kleina. Też bez gadania z psami. Liderzy sami znajdowali szlak nie rzadko krzyżujący się z innymi ścieżkami.
Podobnie było w Gargii, na płaskowyżu Finnmark w Norwegii. Tam było co prawda w dzień, ale z powodu burzy i chmur, w które wjechaliśmy, widoczność spadła do zera. Nie widziałem psów przed saniami. Gorzej niż w nocy.
Nazbierało się tych wielkich biegów przez te wszystkie lata. Pewnie jeszcze wiele ich przed nami, jeśli będzie do nich okazja.
Ta była wczoraj. Zwykły normalny trening, jakich wiele o tej porze roku. Zimno i mokro. Bardzo dobre warunki dla długiego biegu. Już w trakcie zapinania psów stało się coś niesamowitego. Psy zawsze szaleją przed biegiem. Nie chcą czekać na resztę podpinanych psiaków. Chcą biec od razu. Podpinam kolejne psy, i nagle zauważam, że Henia przypięta z przodu, jest przecież liderem, spokojnie siedzi sobie i spogląda na mnie jak latam z innymi psami od przyczepy do liny. Spokojnie siedzi na tyłku! To nie zdarza się często zaprzęgowcom.
Potem ruszamy. Szybkie tempo od początku, hamuję często ze względu na 10 latków w tym zaprzęgu, ale oni tego nie potrzebują. Henia z Zuzą bezbłędnie reagują na komendy dotyczące kierunku biegu. Mija 10, 20, 30 kilometrów i wciąż utrzymuje się równe, bardzo szybkie tempo. Zrobiliśmy ostatecznie 35.
Znakomity bieg, prowadzony płynnie i bez zgrzytów. Młodzież równo z seniorami. Ten zaprzęg prowadzi 10 letnia Zuza z 3 letnią Henią.
Takie biegi czynią z mushingu coś więcej niż tylko sport. To one są jego solą. kwintesencją. Przenoszą tę aktywność z fizyczności do duchowości. Do innego świata, pełnego wielkich, duchowych przeżyć. Oby w przyszłości czekały nas jeszcze takie. .
etykiety
alaskan husky,
Finlandia,
Finnmarkslopet,
Laponia,
mushing,
nasze psy,
natura,
Norwegia,
opowieści,
pasja,
psie zaprzęgi,
psy,
siberian husky,
sport,
treningi,
wyprawa,
zima,
zwierzęta
środa, 26 sierpnia 2015
Ostatnia taka wyprawa
19 marca 2015 o godzinie 17.40, a więc niemal dobę po dotarciu do bazy z trasy wyprawy Laponia 2015, wiedziony potrzebą spisania wyprawowych przemyśleń, napisałem na smartfonie taki krótki tekst:
"Ostatnia taka wyprawa.
Prawdopodobnie nie będzie już możliwości powtórzenia wyczynu jakim była wyprawa Laponia 2015 w takim samym składzie. Mój zespół dobiegł już chyba do swojej mety. Chyba w końcu i dla niego nadejdzie czas nieuchronnej emerytury. Dante i Szajen to 11 letnie psy. Zuzia, Tanda, Pips i DeDee za kilka miesięcy skończą 10. A to one stanowiły o sile tej wyprawy. To Zuza i Klein prowadzili na najtrudniejszych nocnych odcinkach. To te psy nadawały tej wyprawie tempo od początku do końca. Jednak ich wiek jest poważny i trudno myśleć o kolejnych takich wyczynach w ich wykonaniu.
Obok nich jednak biegły też młode psy. Wielką szkołę zaprzęgowego życia przeszła niespełna 3 letnia Henia. Ona wyjdzie z tej wyprawy jako zupełnie inny już pies. Tak samo będzie z Brią i małą Sofie, która jest największym bohaterem tej wyprawy. No i oczywiście Arina. Niezłomny i niestrudzony biegacz. Jak zwykle pracowała nieprawdopodobnie mocno i jak zwykle ukończyła bieg w najlepszej kondycji. Arina to wielki mocarz!
Pierwszy też raz zobaczyłem zmęczenie u Dantego. Choć nie było to wyczerpanie.
Za rok, może jeszcze za dwa, wszystkie moje dziadki z chęcią pewnie pobiegną jeszcze w zaprzęgu, ale już nie wyczynowo. Dlatego właśnie była to ostatnia taka wyprawa. Ostatnia z Dante, DeDeem, Pipsem, Szajen.
Zuza natomiast jeszcze za rok pewnie poprowadzi mój zaprzęg. Na długich wyścigach przyszłego sezonu. W tamtym zespole będzie Henia, Arina, Tanda, Bria, Sofie, może Klein, może Ixi i Xanto, może też Findus."
Tak pisałem na gorąco, po odespaniu trudów długiej trasy. Dzisiaj mogę te słowa potwierdzić. Czas płynie nieubłaganie i nie pozostawia wiele miejsca na jakieś manewry. Zawsze jednak trzeba zostawić sobie i psom jakąś furtkę. Zawsze też warto sprawdzić wszystko w realu. Marzec był pięć miesięcy temu, a my dzisiaj znajdujemy się u progu nowego sezonu. Czy dziadki faktycznie wybiorą emeryturę? Pierwsze nam o swoich decyzjach powiedzą
Nam trudno jest wyobrazić sobie wyprawę, czy wielki wyścig bez nich, ale na upływ czasu nic nie poradzimy. Możemy jedynie jego wyroki z pokorą przyjąć.
Bardzo natomiast cieszymy się, że wyprawa Laponia 2015 się odbyła, że zrobiliśmy ją w takim właśnie psim składzie. Nawet, gdyby nie można jej było już powtórzyć w przyszłości. Jeśli tak to było to piękne pożegnanie z wyczynem naszych dziadków. Bardzo piękne.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Wyprawa Laponia 2015
Ekipa pokonała 350 km. Największe podziękowania należą się wspaniałym, niezwykle kochanym psiakom. Jesteście cudowne, kochamy Was mocno!
Psy bez najmniejszego problemu potrafiły przebiec 100 km w 7 godzin. I to psiaki, które większość weterynarzy widziałaby jedynie na emeryturze i kanapie. Dlaczego? Ze względu na ich wiek:
- Dante i Szajen 11 lat
- Zuza, Klein, Pips, DeDee, Tanda 10 lat
- Arina i Sofie 8 lat.
Najmłodsze to 5-letnia Bria i 3-letnia Henia.
A wszystko to za sprawą odpowiedniego treningu, jedzenia, opieki oraz uwarunkowań genetycznych alaskan husky.
Dziadki rządzą i mają z tego wielką frajdę. Pamiętajcie nie można skreślać starszych zwierzaków.
Sezon wydawał się już stracony, a tymczasem zakończył się wielkim sportowym sukcesem.
Bardzo wiele to dla nas znaczy. Podnieśliśmy się po śmierci Vilego i innych paskudztwach, których doświadczyliśmy w zeszłym roku. I to jak się podnieśliśmy!
Nie wolno się poddawać. Przynajmniej nie tak łatwo.
niedziela, 22 lutego 2015
Lapońska Odyseja
Pięć lat temu rozpoczynaliśmy naszą Lapońska Odyseję. Jej pierwszym aktem była wyprawa Inarijarvi Expedition 2010. Kolejnym miał być start w pięćsetkilometrowym Finnmarkslopet. Wyprawa się udała, start już mniej.
Kolejne lata upływały na próbach ukończenia wyścigu, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie. Los rzucał kłody pod nogi, nie szczędził przeciwności. Mijały lata, przybywało doświadczeń, ale w sprawie wyścigu nic nie szło do przodu. Zbyt dużo było w naszych działaniach chaosu i przypadkowości. Zaplanowany i zrealizowany był tylko zawsze trening. Na tym znamy się najlepiej, więc to nam wychodziło. Cała reszta, czyli pozyskiwanie funduszy na realizację planów, leżało kompletnie. I to musi się zmienić! Radykalnie.
Postanowiliśmy, że albo wejdziemy z naszym sportowym mushingiem na całkowicie profesjonalne tory, albo kończymy przygodę z nim. I to definitywnie. Nie jesteśmy ludźmi stworzonymi do działania na pół, czy właściwie na ćwierć gwizdka. Interesują nas wyłącznie najwyższe cele. Dość się już bawiliśmy w mushing. Chcemy być w nim najlepsi! A przynajmniej mieć na to szansę.
Wyprawa z 2010 roku miała być kamieniem milowym naszej kariery zaprzęgowej. Nie stała sie nim z różnych względów. Madialną klapę spowodowała tragedia smoleńska, która wydarzyła się wtedy, kiedy naszą wyprawą miały zająć się media. Nie zajęły, z oczywistych powodów.
Teraz, po pięciu latach, zaczynamy jakby wszystko od nowa. Jeszcze raz organizujemy wyprawę. Jeszcze raz w ten sam rejon Laponii. Jeszcze raz nagłośnimy wyprawę w mediach. Może tym razem nie wydarzy się nic, co mogłoby nasze plany przekreślić.
13 marca 2015 rozpoczynamy raz jeszcze naszą Lapońską Odyseję. Choć raczej to dalszy jej ciąg. Ona trwa już od pięciu lat, a plany mamy jeszcze co najmniej na cztery kolejne. Jak u Odysa. On też błądził 9 lat zanim wrócił do domu. Nie był to niestety powrót szczęśliwy. Może jednak nasz będzie?
Jakie będą te następne cztery lata? Projekt na nie ogłosimy zaraz po powrocie z wyprawy. Jej, mamy nadzieję, sukces będzie znakomitym otwarciem projektu, który chcemy realizować z maksymalnym rozmachem. No, ale o tym zaraz po wyprawie.
sobota, 5 lipca 2014
Autopromocja
Piszę, liczę koszty, sprawdzam na ile mogę sobie pozwolić. To znaczy na jaki nakład będzie mnie stać. Mam nadzieje, że na 1000 egzemplarzy wystarczy na początek. Rozmawiałem z drukarnią i wiem, że nie powinno być problemu z ewentualnym dodrukiem.
Tymczasem poniżej kolejny fragment mojej opowieści.
(...) Wróciliśmy z wyprawy do domu. Pełni nadziei na lepsze jutro.
Mieliśmy umówione spotkania z mediami. Znowu, tak jak i przed wyprawą,
wydzwaniali do nas dziennikarze. Drugi raz zajęły się nią lokalne
dzienniki.
Tymczasem poniżej kolejny fragment mojej opowieści.
Najwięcej jednak emocji budziła telewizja. TVN zamierzał
zrobić o nas duży materiał. Byliśmy umówieni z ich ekipą na piątkowe nagranie
realizowane u nas w domu.
Kilka godzin spędziliśmy tamtego dnia przed kamerami.
Opowiadaliśmy o wyprawie, o przygotowaniach do niej, o psach, o mrozie. O
wszystkim tym co mogło interesować widzów.
Prawdziwą "medialną bombę" mieliśmy jednak
zaplanowaną na następny dzień. W sobotę przed południem miała się pojawić u nas druga
ekipa TVN-u, tym razem z wozem transmisyjnym. Ten wóz miał zapewnić możliwość
wejścia na żywo w trakcie śniadaniowego programu. Co jakiś czas mieliśmy
pojawiać się w programie prosto z naszego kennelu.
Wiązaliśmy z tym wszystkim wielkie nadzieje. Dzięki
telewizji mogliśmy dotrzeć do wielu ludzi. Tysiące Polaków mogły dzięki temu
programowi dowiedzieć się o nas. A kto wie, czy wśród nich nie znaleźliby się
także nasi przyszli sponsorzy. Szczerze mówiąc właśnie na to liczyliśmy. TVN
oferował nam bardzo duży rozgłos, a ten jest przecież podstawą sukcesu w
szukaniu sponsorów.
Jednak okazało się, że wszystkie nasze nadzieje i plany
wzięły, mówiąc krótko i niezbyt ładnie, w łeb. Nasz pech objawił się z całą
mocą. "To nie tak miało być" - mogliśmy jedynie krzyczeć po fakcie.
Dlaczego? Co było powodem naszej medialnej klęski? Choć
poprawniej trzeba by powiedzieć, kompletnego braku zainteresowania naszym
tematem w tamtym momencie.
Otóż owa sobota to był 10 kwietnia 2010 roku. Kilkanaście minut przed godziną dziewiątą, szlag jasny trafił wszystkie nasze medialne plany i nadzieje. Razem z prezydenckim samolotem rozbitym pod Smoleńskiem.(...)
czwartek, 22 maja 2014
Trekking w wąwozie Kevo
fot. Wikipedia
Od dawna ciągnęło nas do Laponii latem. Marzył nam się trekking na odludziu. Chcieliśmy po prostu iść przed siebie, nie martwiąc się o nic. W plecaku mieć wszystko co potrzebne. Wędrować całymi dniami, a kiedy się zmęczymy to rozbijać obóz. Zero pośpiechu, stresu i patrzenia na zegarek.
Z tych marzeń wziął się pomysł organizacji trekkingu na Dalekiej Północy. Laponia daje olbrzymią ilość możliwych do przejścia tras. My na pierwszy ogień wybraliśmy jednak wąwóz Kevo. Zrobiliśmy tak z kilku przynajmniej względów. Po pierwsze leży on w okolicach naszego ukochanego Inari, a każda okazja żeby to miejsce odwiedzić jest dla nas nie do pominięcia.
Po drugie znamy ten rejon bardzo dobrze, wiemy gdzie nocować, gdzie robić zakupy, co odwiedzić i co warto zobaczyć. Znamy doskonale okolice lotniska, wiemy gdzie wsiąść w autobus i gdzie z niego wysiąść.
Taka wiedza znacznie ułatwia życie w dalekim kraju.
Wąwóz Kevo to jeden z najdłuższych wąwozów w Europie. Przecina on lapońskie przestrzenie na północy Finlandii, blisko norweskiej granicy. Jakieś 360 kilometrów za Kołem Podbiegunowym. Kawał drogi z Polski.
Można tam jednak wygodnie dotrzeć samolotem do miasteczka Ivalo, a potem trzeba wsiąść w autobus zmierzający do Karasjok,a nawet dalej, na sam Nordkapp. Autobusów odchodzi z Ivalo kilka w ciągu dnia. Trzeba tylko pilnować, aby wsiąść do odpowiedniego. Problemu wielkiego jednak w razie pomyłki nie będzie. Najwyżej przejdziemy wąwóz w inną stronę niż wczesniej planowaliśmy. My zamierzamy, w każdym razie, dojechać do Sulaoja, tam wysiąść z autobusu i wkroczyć na szlak Kevo. W drodze powrotnej, po przejściu wąwozu, wsiądziemy w powrotny autobus do Ivalo, w miejscowości Kanesjarvi.
Od dawna ciągnęło nas do Laponii latem. Marzył nam się trekking na odludziu. Chcieliśmy po prostu iść przed siebie, nie martwiąc się o nic. W plecaku mieć wszystko co potrzebne. Wędrować całymi dniami, a kiedy się zmęczymy to rozbijać obóz. Zero pośpiechu, stresu i patrzenia na zegarek.
Z tych marzeń wziął się pomysł organizacji trekkingu na Dalekiej Północy. Laponia daje olbrzymią ilość możliwych do przejścia tras. My na pierwszy ogień wybraliśmy jednak wąwóz Kevo. Zrobiliśmy tak z kilku przynajmniej względów. Po pierwsze leży on w okolicach naszego ukochanego Inari, a każda okazja żeby to miejsce odwiedzić jest dla nas nie do pominięcia.
Po drugie znamy ten rejon bardzo dobrze, wiemy gdzie nocować, gdzie robić zakupy, co odwiedzić i co warto zobaczyć. Znamy doskonale okolice lotniska, wiemy gdzie wsiąść w autobus i gdzie z niego wysiąść.
Taka wiedza znacznie ułatwia życie w dalekim kraju.
Wąwóz Kevo to jeden z najdłuższych wąwozów w Europie. Przecina on lapońskie przestrzenie na północy Finlandii, blisko norweskiej granicy. Jakieś 360 kilometrów za Kołem Podbiegunowym. Kawał drogi z Polski.
Można tam jednak wygodnie dotrzeć samolotem do miasteczka Ivalo, a potem trzeba wsiąść w autobus zmierzający do Karasjok,a nawet dalej, na sam Nordkapp. Autobusów odchodzi z Ivalo kilka w ciągu dnia. Trzeba tylko pilnować, aby wsiąść do odpowiedniego. Problemu wielkiego jednak w razie pomyłki nie będzie. Najwyżej przejdziemy wąwóz w inną stronę niż wczesniej planowaliśmy. My zamierzamy, w każdym razie, dojechać do Sulaoja, tam wysiąść z autobusu i wkroczyć na szlak Kevo. W drodze powrotnej, po przejściu wąwozu, wsiądziemy w powrotny autobus do Ivalo, w miejscowości Kanesjarvi.
wtorek, 11 maja 2010
Czas na podsumowanie
Na jeziorze spędziliśmy równe trzy doby. Zaczęliśmy w sobotę 20 marca około godziny 15-tej, i zakończyliśmy około 15-tej we wtorek 23 marca.
Pokonaliśmy w tym czasie 260 km jadąc po zamarzniętej powierzchni jeziora i zataczając wokół niego pętlę. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy, pierwsi maszerzy z Polski.
Wyprawa stała się dla nas ogromnym źródłem doświadczenia i wiedzy, doskonałym sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności, czyli dokładnie tym, czym miała być.
To był jej główny cel, który zrealizowaliśmy w 100 procentach.
Znakomicie sprawdziły się psy. Dały sobie świetnie radę z trudnymi warunkami, z którymi nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Rozwiały tym samym nasze wszystkie obawy, które spędzały nam sen z powiek przed wyprawą.
Także my sami stanęliśmy na wysokości zadania. W zasadzie nie mieliśmy żadnych problemów kondycyjnych, zdrowotnych i motywacyjnych, o które nie trudno na takim dystansie.
Na pewno ogromny wpływ miał na to sprzęt, którego używaliśmy, a który spisał się bez zarzutu.
Był to
- namiot FIGHTER i śpiwory ANAPURNA firmy HUSKY
- buty Glacier firmy Sorel
- puchowe kurtki PANDA, rękawice, polary ICY oraz bieliznę termoaktywną SCORPION firmy YETI
- karmę dla psów SUPREME ADULT SPORT firmy HAPPY DOG
Podsumowując bardzo udana wyprawa, świetna przygoda i cała masa wrażeń, które pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Pokonaliśmy w tym czasie 260 km jadąc po zamarzniętej powierzchni jeziora i zataczając wokół niego pętlę. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy, pierwsi maszerzy z Polski.
Wyprawa stała się dla nas ogromnym źródłem doświadczenia i wiedzy, doskonałym sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności, czyli dokładnie tym, czym miała być.
To był jej główny cel, który zrealizowaliśmy w 100 procentach.
Znakomicie sprawdziły się psy. Dały sobie świetnie radę z trudnymi warunkami, z którymi nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Rozwiały tym samym nasze wszystkie obawy, które spędzały nam sen z powiek przed wyprawą.
Także my sami stanęliśmy na wysokości zadania. W zasadzie nie mieliśmy żadnych problemów kondycyjnych, zdrowotnych i motywacyjnych, o które nie trudno na takim dystansie.
Na pewno ogromny wpływ miał na to sprzęt, którego używaliśmy, a który spisał się bez zarzutu.
Był to
- namiot FIGHTER i śpiwory ANAPURNA firmy HUSKY
- buty Glacier firmy Sorel
- puchowe kurtki PANDA, rękawice, polary ICY oraz bieliznę termoaktywną SCORPION firmy YETI
- karmę dla psów SUPREME ADULT SPORT firmy HAPPY DOG
Podsumowując bardzo udana wyprawa, świetna przygoda i cała masa wrażeń, które pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






