Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 października 2017

Trudne czasy

Do szału doprowadza mnie to, co dzieje się obecnie w sprawach przyrody. Mordowanie łosi, eksterminacja dzików, zagłada Puszczy Białowieskiej, Bukowej, czy Karpackiej oraz ciągłe zbliżanie się do rozpoczęcia polowań na wilki. Już trwa stopniowe budowanie histerii i atmosfery strachu. To gdzieś wilki gapią się na dzieci wracające z kościoła, to gdzieś zagryzły psa, a to znów mogące zaatakować ludzi. Wiadomości, które łykają prości ludzie, pozbawieni elementarnej wiedzy o czymkolwiek, a które budują w nich lęk i poczucie, że bohaterscy myśliwi wymordują te dzikie bestie nim one pożrą ludzi. To wszystko nie daje mi spokoju. 

Pisowski minister i siedzący mu w dupie leśnicy i myśliwi, chcą zniszczyć polską przyrodę. Wyssać z niej, jak wampir, wszystko, co może przynieść dochód.  Nie zgadzam się na dyktaturę tych chamów, nie zgadzam się na takie traktowanie naszego wspólnego dobra. Nie zgadzam się na pychę myśliwych, z jaką opowiadają bzdury o konieczności strzelania do zwierząt, dla ich własnego dobra. Ich argumenty są tak obrzydliwe, że aż nie chce mi się z nimi dyskutować. Podpisuję wszelkie petycje w tych sprawach, ale to nie działa. Te gnoje robią co chcą i nie mają najmniejszego zamiaru przestać. Straszna jest ta bezsilność. Za chwilę dostaniemy potężne kary za wycinkę w Puszczy i my, społeczeństwo będziemy je płacić. Nie te dziady w zielonych mundurkach i ich szef szyszko, czy nadszef rydzyk. Tylko my wszyscy.

Nie ma słów dość obelżywych w słowniku ludzi kulturalnych, aby wyrazić co czuję wobec pisowskich polityków, leśników i myśliwych. Mam tylko nadzieję, że któregoś pięknego dnia po was, skurwysyny przyjdziemy! I też nie będzie litości, tak jak wy jej nie macie.
Tylko, czy wtedy jeszcze coś pozostanie do uratowania. Czy zachowa się choćby skrawek Puszczy Białowieskiej? Czy po lesie hasać będą jeszcze jakieś dzikie zwierzęta? Czy będą w ogóle jeszcze jakieś prawdziwe lasy? No i pytanie najważniejsze - czy będzie miejsce w takim kraju dla nas, ludzi myślących i odczuwających wspólnotę z naturą i rozumiejących jej prawa i potrzeby? Mam spore wątpliwości. Możemy skończyć w kryminałach,ścigani przez prawackie bojówki, które już się rozkręcają i jak możemy zauważyć, nie przebierają w środkach. Może któregoś dnia wpadną do naszych domów uzbrojeni w pałki i kastety oenerowskie bojówki, by wybić nam lewactwo z głów razem z zębami. Taka przyszłość pewnie nas czeka.

Widzieliśmy ich już w akcji. Potrafią atakować i obrażać bez żadnej żenady wszystkich, niezależnie od wieku i płci. Każdy jest ich wrogiem, kto myśli inaczej niż oni. Raczej każdy, kto w ogóle myśli, w przeciwieństwie do nich.
Tak oto wyszliśmy z tematu ochrony środowiska i znaleźliśmy się w polityce, ale tego w dzisiejszych  czasach nie sposób uniknąć. Polityka wlazła brudnymi buciorami we wszystkie dziedziny życia i skalała je swoim cuchnącym oddechem, bo na to jej pozwoliliśmy. Daliśmy władzę wariatom i prymitywom. Owszem, to daliśmy to nie do końca tak. Ja nie głosowałem na tę bandę, i wiele znanych mi osób także nie. Daliśmy ją jako naród, jako całość. Pozwoliliśmy ludziom tępym i fanatycznym wybrać równych sobie. Pozwoliliśmy bawiąc się w różne wątpliwości, nie idąc na wybory. Zbyt mało nas poszło, w każdym razie. Ja poszedłem. Nie ważne. Istotne,że stanęliśmy dzisiaj na krawędzi przepaści i nie mam pewności, czy damy radę się znad niej cofnąć.

Będziemy musieli się bardzo postarać. Jednak może nam zabraknąć determinacji i odwagi. Jesteśmy dzisiaj strasznie miękcy i słabi. Boimy się byle czego, wmówiliśmy sobie sami, jak to wiele mamy do stracenia. Samochody, mieszkania, domy, kredyty przecież. To nas blokuje? To hamuje nas przed demonstracją siły? Przez to na protestach bywa coraz mniej ludzi? Przez to pozwalamy na coraz więcej rządzącym bandytom? Nie potrafimy się im przeciwstawić? Pewnie, że strach, bo teraz to już jedynie pozostała nam agresja. Dawno było dla mnie jasne, że trzeba rwać bruk i walić nim w tych co próbują dokonać kolejnego rozbioru Polski i wyrzucić nas na margines cywilizacji. Musimy stanąć z nimi do walki. Nie wymachując białymi różami, tylko kijami. Różą jeszcze nikt nie przepędził szkodnika, kijem wielokrotnie. 
Zostało nam już niewiele naprawdę czasu. Jeśli zrozumiemy to o czym piszę, to możemy jeszcze się uratować, to ostatnie chwile, kiedy oni jeszcze czegoś się boją. Potem będzie już tylko prokurator i wiezienie dla takich jak my.


poniedziałek, 11 września 2017

Zbyt późno na opamiętanie

My ludzie wyrządzamy straszną krzywdę Ziemi, Matce Naturze i samym sobie. Jesteśmy strasznie tępi i nie potrafimy wyciągać logicznych wniosków. Zamiast tego brniemy w nadmierny konsumpcjonizm i chciejstwo posiadania przyrody na własność.
Lasy Państwowe wraz z Ministerstwem Środowiska niszczą sanktuaria polskiej przyrody. Wycinają Puszczę Białowieską, Puszczę Karpacką i Bukową. Wycinają drzewa gdzie popadnie w miastach i na wsiach, by w ich miejscach wybudować betonowe domy. Ludzie rozpełzają się po świecie wypierając z niego naturę. Myśliwi mordują bez opamiętania zwierzęta, a rząd pozwala im to robić, a wręcz zachęca ich do eskalacji tego procederu, rozszerzając wciąż listę gatunków, na jakie wolno polować. Za chwilę wróci na nią łoś, bobry, żurawie!, a nawet ptaki krukowate, czy wydry.
To jest celowe niszczenie przyrody.

Ona jednak prędzej czy później pokaże gdzie nasze miejsce w szeregu. Z każdym rokiem wzrasta liczba niebezpiecznych zjawisk pogodowych. Cieplarnia nad nami zamknęła się i będzie rosnąć w siłę, na nasze własne życzenie, a to sprzyja powstawaniu silnych burz, czy tornad. Emitujemy mnóstwo gazów cieplarnianych, jeździmy samochodami bez przerwy, produkujemy różne pierdoły, bo wmówiliśmy sobie, że bez nich nie ma cywilizacji i mordujemy siebie sami w ten sposób.
Obecnie w Ameryce szaleje huragan Irma, który już zabił dwadzieścia kilka osób, a to pewnie dopiero początek.
Kilka tygodni temu Amerykę nawiedził inny huragan, który spustoszył Teksas. Fachowcy mówią, że za kilka lat i u nas, w Polsce, będą się działy podobne rzeczy. W sierpniu mieliśmy już tego próbkę na Pomorzu i Kujawach. To co było, to jednak tylko przygrywka do tego, co nas czeka w niedalekiej przyszłości.

Czy możemy odmienić los naszej planety? Pewnie, teoretycznie tak. Wielu mądrych ludzi wskazuje drogę. Tylko mam wątpliwości, czy aby już dziś nie jest na to zbyt późno. Wątpię też, aby na ludzi zstąpiło opamiętanie. Przytłaczająca większość ludzkości nie widzi niczego złego w zwiększaniu ludzkiej populacji i idącej za tym produkcji. Nadchodzi czas zapłaty za nasz brak szacunku dla natury, za pogardę i czynienie sobie ziemi poddanej. Ziemia da nam mocno po tyłkach. Strzeżmy się.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Daleka Północ

Daleką Północą zwykło się nazywać rejony polarne, czyli tereny położone za północnym kołem podbiegunowym, czyli południkiem 66°33’N, który jednocześnie niemal dokładnie wyznacza granicę występowania nocy polarnej i dnia polarnego, czyli okresów kiedy słońce w ogóle nie wschodzi, albo nie zachodzi.
Granicami klimatycznymi Arktyki, to inne określenie tych rejonów, jest izoterma średniej temperatury najcieplejszego w roku miesiąca, czyli lipca na poziomie +10 stopni Celsjusza. Pokrywa się ona mniej więcej z północną granicą wegetacji drzew.

Arktyka zmienia się w naszych oczach kiedy podróżujemy na północ. Najpierw widzimy lasy, zwane tajgą. Są one przeważnie iglaste, ale i bywają, choć rzadziej, liściaste. Gatunki drzew, które ją porastają to świerk, sosna, limba, jodła i modrzew. Z liściastych spotykamy brzozę, wierzbę, osikę, olszę, jarzęby.

Te drzewa, kiedy docieramy do koła podbiegunowego, wyglądają najpierw tak jak u nas. Nie ma wielkiej różnicy. Natomiast im dalej przemieszczamy się na północ, tym lasy stają się coraz rzadsze, a drzewa niższe.
Stopniowo tajga zamienia się w lasotundrę, w której drzewa rosną w coraz mniejszych skupiskach i w miejsce lasów wchodzą otwarte przestrzenie. Drzewa stopniowo przyjmują formę krzewów. Lasotundra to strefa przejściowa między tajgą, a tundrą, w której  nie znajdziemy już drzew.
Rozróżniamy tundrę krzewinkową, gdzie widzimy krzewy karłowatej brzozy i płożące wierzby, tundrę mszysto-porostową, w której panują mchy i porosty oraz występujące w dużych  ilościach rośliny kwiatowe, głównie z rodziny wrzosowatych.

Dalej wchodzimy w tundrę arktyczną, zwaną pustynią polarną, która jest królestwem porostów i mchów. Tylko one są w stanie tam wegetować.
Co ciekawe na tej pustyni, w trakcie bardzo krótkiego lata, kwitną też kwiaty. W sumie około stu gatunków roślin naczyniowych znajdziemy w tym fragmencie tundry. Ze znanych nam dobrze kwitnie tam mak, niezapominajka, turzyca.

Z jednej strony odludzia i ubogie na pozór w życie rejony, a z drugiej królestwo drobnych roślin, które w innych częściach świata, cieplejszych, są zdecydowanie zdominowane przez bardziej wybujałe formy roślinnego życia.

Daleka Północ to kraina czysta. Brak przemysłu i związanych z nim wyziewów, małe zaludnienie i niski stopień trucia środowiska przez człowieka. Niewielki ruch samochodowy. Wszystko to powoduje, że w Arktyce oddychamy czystym powietrzem i pijemy czystą wodę. Nawet ta prosto z potoku, rzeki, czy nawet jeziora nadaje się do picia. Nawet bez przegotowania. Wiemy o czym mówimy, bo przecież na wszystkich naszych wyprawach korzystamy z tej wody. Bez najmniejszych sensacji żołądkowych.

Odludzie, odmienne od naszych, polskich krajobrazów, renifery, wspaniałe widoki, ogromna przestrzeń i wydający się żyć bez pośpiechu ludzie, działają na wszystkich odwiedzających Daleką Północ uspokajająco. Sami się szybko wyciszamy, wchodzimy na niższe obroty, zaprzestajemy gonitwy z czasem. My zawsze tam to odczuwamy, a potem strasznie tęsknimy do tego stanu, kiedy już nas tam nie ma.
Ten spokój jest być może, tak naprawdę, największym atutem i naszym zyskiem z pobytu w Arktyce. Pozwala przecież, choćby na kilka dni, pożyć innym rodzajem życia i innymi zupełnie emocjami. Zdecydowanie pozytywnymi.
Polecamy to wszystkim, choćby raz w życiu odwiedzić tą daleką, a jednocześnie bliską północ. W końcu samolotem można tam dotrzeć w kilka godzin i to za kilkaset złotych w obie strony. Warto to zrobić póki człowiek nie rozpanoszył się tam jeszcze w poszukiwaniach zysku z ropy, czy gazu, których niestety jest tam mnóstwo.


niedziela, 31 lipca 2016

Finka


Suczka, która błąkała się po rynku w Łabiszynie jest z nami już prawie dwa miesiące. Zdążyła przez ten czas wsiąknąć w naszą psiokociogęsią rodzinę. Dogadujemy się doskonale. 
W domu oczywiście rządzą koty i tak musi być. Ktoś powinien szczeniakowi pokazać gdzie jego miejsce :), bo szczeniaka dosłownie nosi.

Ma mnóstwo energii, której trzeba się na różne sposoby pozbyć. Biega, bawi się, kopie dziury i reaguje na wszystko. Na szczęście nie jest jakimś specjalnym szczekaczem i idzie z nią wytrzymać.
Kumpluje się z coraz większą ilością naszych psów. Najbardziej z Henią, z którą uwielbia się bawić. Henia na szczęście jest delikatna i nie ma obawy, że zrobi małej krzywdę przed przypadek. W końcu między nimi jest dwadzieścia kilogramów różnicy masy.

Bawi się też z Pipsem i DeDeem. Trzydziestokilogramowymi psiurami, które też w zabawie bardzo uważają żeby jej nie stratować :) Wszyscy generalnie obchodzą się z nią jak z jajkiem. Nie licząc Sami, która ma jakieś dziwne zamiary. Sprawia wrażenie jakby polowała na malucha.

Część psów, jak Nikola, Klein, Arina, zachowują się jakby jej w ogóle nie zauważali. traktują Finkę jak powietrze. Ciekawe o co chodzi.

Stopniowo wypuszczamy z nią na wybieg kolejne, nowe psy i pewnie w końcu nadejdzie taki dzień, że będzie chodzić po wybiegu z całym stadem.



Wciąż dla nas jest dziwne, i takie to już pozostanie, że nikt nie przygarnął tego małego zwierza wcześniej. Błąkało się to po rynku, wśród ludzi, pod oknami i między samochodami. I nie znalazł się nikt, kto dałby jej dom. Je ten zwierz tyle co kot, miejsca nie zajmuje wcale, jest grzeczna i słucha co się do niej mówi. Chodzi wszędzie za nami, bo strasznie potrzebuje człowieka. Nie jest agresywna do kotów i innych psów, jeszcze na żadnego zwierzaka nie warknęła. O ludziach to nawet nie wspominamy, bo to czysta psia miłość do człowieka. Tylko żaden ludź wcześniej nie chciał tej miłości przyjąć.
Dziwne to. Czyżby ludzie już tak otępieli? Jaki los czekał ja na ulicy? Kopniak żula? Koła samochodu? Ciąża przy pierwszej cieczce i umierające szczenięta? Nawet nie chcemy o tym myśleć.
Na jej szczęście my się tam znaleźliśmy i przerwaliśmy w porę ten zły wariant jej historii.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wakacyjne spotkanie z psim zaprzęgiem



W lipcu rozpoczęliśmy i będziemy kontynuować do sierpnia spotkania z najmłodszymi wielbicielami psów i dalekich podróży.
W trakcie spotkań opowiadamy o naszych zwierzakach, o wyprawach, dalekich lodowych krainach i wizytach u Świętego Mikołaja.

Oczywiście największym zainteresowaniem cieszą się psy. Jeżdżą z nami Arina i Henia, które uwielbiają być w centrum uwagi i głaskania.
Poza psami dzieci mają okazję zobaczyć sprzęt jakiego używamy na Dalekiej Północy, namiot, buty, odzież. Wszystko to co pozwala nam tam przetrwać duże mrozy i śnieżyce.
Opowiadamy o naszych przygodach, o talentach psów, o zwierzakach Laponii. Wspominamy także o odpowiedzialności jaką wszyscy musimy wykazywać się na co dzień wobec własnych zwierząt.






czwartek, 9 czerwca 2016

Takie tam podsumowanie

Fot. Centrum Promocji Dialogu w Janikowie

Wczoraj, w domu kultury w Górsku, zakończyliśmy wiosenno-letni cykl spotkań z "23 kilometrem".
Jaki ten cykl był? 27 spotkań w bibliotekach dużych i małych, w domach kultury, w klubach podróżników i na festiwalach podróżniczych. 27 okazji do opowiedzenia naszej historii.
Opowiadaliśmy ją w różnych miejscach i przy rozmaitej frekwencji. Były miejsca gdzie stawaliśmy przed ponad dwustu osobową publiką, i były takie, gdzie słuchało nas osób kilkanaście.
Dziękujemy wszystkim organizatorom za pracę włożoną w te spotkania, w ich promocję, wykonanie plakatów i prowadzenie wydarzeń na Facebooku. Dziękujemy.

Teraz czekają nas nieco "martwe" miesiące. Wiadomo wakacje. Po nich jednak ruszamy pełną parą. Kilka spotkań mamy już umówionych, jednak nad większością przestrzeni w kalendarzu właśnie pracujemy. Umawiamy spotkania w różnych miejscach. Tak jak wcześniej. Będą znowu duże miasta, będą też małe miejscowości. Wszędzie gdzie jest biblioteka możemy się pojawić i my :)

Przy okazji spotkań, ale nie tylko, "23 kilometr" trafił do sporej liczby czytelników. Co nas cieszy, także biblioteki biorą tę książkę do swoich księgozbiorów. Skoro biorą, to znaczy, że książka nie jest zła. W końcu pracownicy bibliotek to fachowcy od literatury, więc wiedzą co dobre :)

Najważniejszym wydarzeniem jesieni będzie dla nas udział w Explorers Festivalu. Na tą prestiżową imprezę chcemy się szczególnie przygotować. Nie będzie to proste, bo przecież na każdym z naszych spotkań dajemy z siebie wszystko. Niezależnie ile osób nas słucha, my staramy się prowadzić każde spotkanie na takim samym poziomie. Nie zawsze opowiadamy to samo i w taki sam sposób, bo choćby dla psychicznej higieny, staramy się nie mówić tego samego w każdym miejscu. Dlatego każda opowieść jest mniej, czy bardziej różna od poprzedniej. Niemniej staramy się zawsze, aby poziom tej opowieści był zawsze wysoki.
W przypadku Explorera różnica będzie dotyczyć jedynie filmu, nad którym pracujemy od pewnego czasu, i który tam właśnie chcemy zaprezentować.

Wraz z jesiennymi spotkaniami zmienimy też częściowo tematykę spotkań. Oprócz opowieści o tym co było, zaczniemy także mówić o planach na najbliższy sezon. Widzowie usłyszą o nich, dowiedzą się co dalej z Syberiadą, i jakim szlakiem pójdziemy przez następne kilka lat. Te plany są arcyciekawe, więc stopniowo będziemy poświęcać im coraz więcej czasu i uwagi.

Dzisiaj dziękujemy wszystkim za zaproszenia w różne miejsca, dziękujemy za aktywne uczestnictwo w spotkaniach, za pytania, za zainteresowanie książką i w ogóle tematem, który poruszamy.
Dziękujemy i do zobaczenia po letniej przerwie.

czwartek, 26 maja 2016

Spotkania z niedźwiedziami

Wrzesień Roku Pańskiego 1997 był miesiącem wielkiej aktywności niedźwiedzi w okolicach Morskiego Oka. Ciągle też natykałem się na ich ślady, albo i wręcz na nie same. Zwłaszcza na dwa niedźwiadki, które przebywały tam wtedy ze swoją mama. Był też duży samiec, ten oczywiście był sam.
Na Taborze nie raz słyszeliśmy jak niedźwiedzica odganiała go od śmietnika na Włosienicy. Stał tam taki duży kontener na śmieci, do którego regularnie dobierały się niedźwiedzie. Wyrzucano do niego zużyte opakowania po hamburgerach, frytkach, naczynia jednorazowe, pewnie i resztki jedzenia. Dla niedźwiedzi zapachy żywności były wyczuwalne zapewne z kilku kilometrów.
Niedźwiedzica często się tam stołowała. Zwłaszcza, że jej maluchy nauczyły się, mimo zamknięcia na zasuwę, otwierać włazy kontenera. Samiec także próbował z niego korzystać, więc kiedy spotykał tam matkę z dziećmi, to dochodziło do przepychanek.

Niedźwiedzie zaglądały do śmietników, kręciły się po Taborze. Nie raz było słychać chrzęszczący pod ich łapami żwir pokrywający ścieżki między namiotami. Żyły obok nas ludzi, a nawet między nami czasami.
Któregoś wieczoru, dochodziła dwudziesta druga, siedziałem z kumplem na werandzie Moka, schroniska nad Morskim Okiem, i piłem piwo. Odpoczywaliśmy po jakiejś wspinaczce. Nagle usłyszałem rumor za oknem. Odwróciłem się i ujrzałem taką oto scenkę: mały miś wszedł na kontener na śmieci i otworzył jeden z jego włazów. Nie od razu mu się to udało, więc hałasował chwilę blaszaną klapą, którą podważał pazurami. Kilka razy wyślizgnęła mu się i stąd pochodził ów rumor. W końcu, chyba za czwartym razem, klapa otworzyła się na dobre i miś mógł dobrać się do wnętrza kontenera. Dosłownie zanurkował w nim tak, że na zewnątrz wystawało jedynie jego dupsko. Cała reszta misia była w środku.
Nie tylko ja zwróciłem swą uwagę na to widowisko. Kilkanaście osób przebywających w jadalni schroniska również. Niestety osoby te poczuły nieodpartą konieczność wyjścia za zewnątrz i przyglądania się niedźwiadkowi z małej odległości oraz zrobienia mu kilku zdjęć. Ja z kolegą obserwowałem natomiast wszystko przez okno.

Miś na ich widok wychynął z kontenera i zaczął ich obserwować. Po chwili jednak wrócił do swych zajęć. Znów pokazał wszystkim jedynie tyłek. To jednak ośmieliło kilka osób do podejścia jeszcze bliżej. Początkowo nie działo się nic. Miś miał ich wszystkich gdzieś. Jednak kiedy jedna z dziewczyn znalazła się niemal dwa metry od śmietnika, to zwierz postanowił jej pokazać, że postępuje niewłaściwie. Wyskoczył błyskawicznie na górę kontenera, uniósł przednią część ciała i grzmotnął przednimi łapami w blachę. Dziewczyna tak gwałtownie rzuciła się do tyłu, że padła jak długa. Szybko wstała i już do końca przedstawienia trzymała odpowiedni dystans. Miś natomiast ponownie zajął się grzebaniem w śmieciach.

Po jakimś czasie pojawił się leśniczy z Wanty, czyli leśniczówki położonej kilka kilometrów od Moka. Nikt jak on nie znał tutejszych niedźwiedzi i wiedział jak je pogonić z okolic schroniska. Najpierw jednak opierdzielił ludzi, którzy wyleźli z bliska podziwiać zwierzę. Zrobili to wyjątkowo bezmyślnie. Zapominając całkowicie o niedźwiedzich zwyczajach. Albo w ogóle ich nie znając. Otóż misia mama zawsze ma swoje dziecko na oku. Jeśli jej młody był na kontenerze, to ona sama musiała być w pobliżu i na pewno obserwowała całą sytuację. Zwłaszcza od momentu kiedy na zewnątrz wyleźli ludzie. Gdyby w jej mniemaniu cokolwiek zagroziło jej dziecku, to z całą pewnością napędziłaby obserwatorom znacznie większego strachu niż jej mały waląc łapami w kontener.
Ludzie jednak mieli jak to zwykle bywa, więcej szczęścia niż rozumu i nic się nie stało.

Leśniczy próbował zgonić miśka z kontenera klaksonem samochodu. Kilka razy trąbił oraz zapalał i gasił światła. Bezskutecznie. Niedźwiadek niewiele sobie z tych zabiegów robił. Zrezygnowany leśniczy zgasił silnik i zaczął zastanawiać się jakie kroki podjąć dalej. W pewnym momencie postanowił ponownie odpalić silnik. Nie wiadomo co przyszło mu do głowy i po co uruchomił samochód. Okazało się jednak, że na zwierzaka działa dźwięk rozrusznika. Musiało być w nim coś przerażającego dla miśka. Po pierwszym razie wychynął ze śmietnika i zaczął się bacznie przyglądać samochodowi. Leśniczy zgasił silnik i zaraz odpalił go ponownie. Miś stał teraz na kontenerze wyraźnie już przestraszony, cała jego pewność siebie uleciała. Po trzecim gwiździe rozrusznika maluch zeskoczył na ziemię i pognał w gąszcz kosodrzewiny, pewnie do swojej mamy. I tyle go widzieli. Wszyscy, którzy stali przed schroniskiem, po raz drugi wysłuchali gorzkich słów od leśniczego i było po wszystkim. Ja z kumplem dopiliśmy piwo i ruszyliśmy przez las na Tabor. Szliśmy ze świadomością, że kroczymy tak naprawdę wśród niedźwiedzi kręcących się właśnie w tym lesie. Nie czuliśmy się jednak jakoś specjalnie zagrożeni. Na głowach mieliśmy włączone czołówki, całą drogę rozmawialiśmy normalnymi głosami. Wszytko po to, żeby nie wyjść gdzieś na zaskoczonego misia. Dzięki rozmowie i światłu czołówek niedźwiedzie wiedziały gdzie się znajdujemy i mogły nas omijać.
Wielokrotnie w tamtym okresie chodziliśmy nocą po lesie. Nieraz słyszeliśmy kroki niedźwiedzi, czasem spotykaliśmy je oko w oko, ale nigdy nie dochodziło do żadnych niebezpiecznych sytuacji.
Opowiadam tu o jednym wrześniowym pobycie w Tatrach, ale spędziłem tam osiem lat i spotykałem niedźwiedzie każdego roku, nawet zimą, bo one czasem przerywają zimowy sen i na chwilę wychodzą z gawry. 
 

wtorek, 24 maja 2016

Opowieść taternicka. Dzikie zwierzęta.

Dawno, dawno temu, w pięknej górskiej krainie.... Tak mógłby się zaczynać ten post, gdyby miał być bajką. Ale nie będzie. To historia jak najbardziej prawdziwa. Co prawda wydarzyła się dawno temu, ale jednak miała miejsce.

Około czwartej rano wyruszyłem z kolegą na wspinaczkę w Tatry. Siedzieliśmy tam już od niemal miesiąca, biwakując na Taborze pod Morskim Okiem. Pogoda była tamtego lata zwyczajnie paskudna. Ciągle przewalały się przez Tatry ciężkie chmury, co i rusz sprowadzając długie ulewy. Najdłuższa z nich trwała cztery doby. Mimo niemal trzydziestu dni spędzonych wtedy w górach, niewiele udało nam się powspinać. Za to kwitło życie towarzyskie. Wiadomo, kiedy alpinista nie może się wspinać, to.... wiadomo co.
Niemniej od czasu do czasu jednak udawało się wyjść w góry. Tak jak tamtego wrześniowego poranka.
Pogoda wyjątkowo była bardzo słoneczna, co zamierzaliśmy wykorzystać.
Wyszliśmy z chatki o świcie. To była pierwsza połowa września, więc poranek był bardzo rześki. Przekroczyliśmy ogrodzenie Taboru, zeszliśmy nieco niżej nad potok, przeskoczyliśmy go i poszliśmy wąską ścieżką wśród kosodrzewiny. W oddali widać było mur Mięguszowieckich Szczytów. Szliśmy wpatrzeni w nie, gdy nagle coś znacznie bliższego przykuło naszą uwagę. Coś mocno parowało, ba wręcz dymiło, na naszej ścieżce, kilkanaście metrów przed nami. Jakiś tajemniczy kopiec. Im jednak bardziej zbliżaliśmy się do niego, tym jego tajemnica stopniowo się rozwiewała. Po chwili mieliśmy już pewność. Na ścieżce, w formie nieregularnej piramidy wysokiej na około dwadzieścia centymetrów, parowała kupa niedźwiedzia. Musiał ją dopiero co zrobić, bo była jeszcze ciepła. Świadczyło o tym intensywne parowanie.
Niewiele się zastanawiając postanowiliśmy zbadać znalezisko. Złapałem jakiś patyk i rozpocząłem przegląd misiowej kupy. Była niemal całkowicie fioletowa od jeżyn, które wtedy potężnie obrodziły. Niestety było tam też sporo fragmentów foliowych worków. Niedźwiedź szperał w śmietnikach, albo co gorsza znajdował takie woreczki po żywności gdzieś w krzakach. Czując w nich zapach jedzenia zjadał je.

W pewnym momencie tej analizy, dotarło do nas, że skoro ta kupa tak intensywnie paruje, to miś pewnie jest jeszcze gdzieś w pobliżu. Być może siedzi w kosówce i nas obserwuje. Wyprostowaliśmy się i zaczęliśmy obserwować okolicę. Oczywiście niczego nie dojrzeliśmy. Na tym historia się skończyła. Poszliśmy dalej. Trzy godziny później stanęliśmy pod Żabim Mnichem i rozpoczęliśmy wspinaczkę.

Wracaliśmy wieczorem, tak około dwudziestej. Na asfaltówce wiodącej do Morskiego Oka jeszcze stały śmietniki. Normalnie około siódmej wieczorem jechał samochód i zbierał worki ze śmieciami z całego dnia. Park Narodowy musiał te śmietniki wystawiać na drodze do Moka, bo inaczej "turyści" walili śmieci do lasu.
Jednak trzeba było te śmietniki opróżniać przed zmrokiem, aby nie grzebały w nich niedźwiedzie. Tamtego wieczora jednak samochód się spóźniał.
Schodziliśmy więc asfaltem w stronę Taboru, gdy na jednym z zakrętów zauważyliśmy niedźwiadka dłubiącego w śmietniku. Musieliśmy przejść obok niego. Spotykając niedźwiedzie dziecko możemy mieć pewność, że jego mama jest w pobliżu. Misiowe mamy zawsze mają swoje dzieci na oku. Dlatego w trakcie takiego spotkania trzeba zachowywać się tak, aby nie stworzyć pozoru zagrożenia dla młodego misia. Trzeba po prostu spokojnie przejść obok zachowując jak największy odstęp od zwierzaka. Wtedy byliśmy ograniczeni szerokością asfaltówki, więc trzymaliśmy się jej lewego skraju. Miś natomiast znajdował się po jej prawej stronie. Pamiętam, że kiedy zrównaliśmy się z niedźwiadkiem, ten na chwile zaprzestał przeglądania śmietnika, wyjął z niego łeb i przednie łapy i spojrzał na nas. Widząc jednak, że nie mamy żadnych złych zamiarów wrócił zaraz do swojego zajęcia.

Tak to wygląda z dzikimi, groźnymi zwierzętami. Nawet z wielkimi drapieżnikami jakimi są niedźwiedzie. Tak jest też z wilkami, czy rysiami. Chociaż tylko niedźwiedź jest na tyle pewny siebie, że wychodzi człowiekowi na widok.
Kika lat temu myśliwi "musieli" zamordować stado dzików (5 czy 6 osobników), które kręciły się przy domach w naszej wsi, bo ludzie się ich bali. Najpierw ci sami myśliwi rozbili to stado polując na przewodzące w nich zwierzaki, a potem kiedy młodzież z tego stada kręciła się, bo nie miały przewodnika, zabili je również.
Ludzki strach zabija zwierzęta. Ludzka niewiedza i brak doświadczenia. Miałem wiele spotkań z niedźwiedziami, latami włóczyliśmy się i pieszo i zaprzęgiem bo wilczych rewirach i nigdy nawet nie poczuliśmy się zagrożeni. Dlatego uważam za idiotyczne pytania, czy nie boimy się w lesie, czy jest tam bezpiecznie. Czego mielibyśmy się niby bać? To głupie pytania! 

niedziela, 15 maja 2016

Układanka

Światopogląd, własne zdanie na różne tematy, to wszystko jest niczym puzzle. Składamy je w całość z rozproszonych fragmentów zbieranych przez całe życie. Niektórych z nich długo nie możemy znaleźć. Niby układanka jest niemal kompletna, wszystko nam już pasuje, ale brak jednego drobnego kawałka psuje końcowy efekt. Brak tej przysłowiowej kropki nad i jest brakiem, który nie pozwala doprowadzić własnego osadu sprawy do końca.

W naszym postrzeganiu świata taki problem mamy ze Skandynawią. Powszechna opinia o tej części świata jest taka, że to kraje bardzo dbające o środowisko, wzory ekologicznego podejścia do życia. Sortownie śmieci, pozyskiwanie większości energii elektrycznej (zwłaszcza Norwegia) z odnawialnych źródeł. Cud miód, żyć nie umierać. Skandynawia wydaje się wielu osobom ideałem pod tym względem. Nam również, choć dostrzegaliśmy zawsze pewne rysy na tym wizerunku. Długo nie mogliśmy ich zdefiniować. Co właściwie jest nie tak?

Wczoraj mieliśmy przyjemność znaleźć się na spotkaniu autorskim z Adamem Wajrakiem. Człowiekiem, którego wyjątkowo cenimy za wkład w ochronę przyrody w naszym kraju oraz całościową jego pracę nad pokazywaniem piękna natury i omawianiem go w sposób, w jaki nie robi tego nikt inny. To chyba jedyny dziennikarz dużych mediów, który zajmuje się przyrodą. Nazywany przez przeciwników ekoterrorystą i lewakiem. Przez to też jest nam bliski.
W trakcie spotkania, odpowiadając na czyjeś pytanie, zahaczył o Skandynawię. Powiedział, że tam natura jest piękna, bo Skandynawów jest zbyt mało, aby zdołali ją zniszczyć. Gdyby zaludnienie Szwecji, czy Norwegii byłoby tak duże jak Polski, to nie zostałby tam kamień na kamieniu. Skandynawowie bowiem, mają niezwykle interesowne podejście do natury. Wg nich ona jest po to, by człowiek z niej korzystał. W efekcie szwedzcy, czy norwescy myśliwi uwielbiają przyjeżdżać na polowania do nas, bo u siebie nie mają już na co. Także ich lasy cięte są na potęgę.
Przyrodę szwedzką, norweską i fińską ratuje to, że na terenach mniej więcej wielkości Polski mieszka cztery a nawet niemal 10 razy mniej ludzi.

Zawsze wiedzieliśmy o tym jak traktuje się tam psy zaprzęgowe. Te stare, czy chore są zabijane. Czasem za pośrednictwem weterynarza, ale częściej za pomocą broni palnej. W końcu prawie każdy tamtejszy maszer to myśliwy i broń posiada. Jest też na to przyzwolenie społeczne.
Tam istnieją kennele, w których trzyma się 300, czy 400 psów. W takiej masie nie ma możliwości etycznego traktowania zwierząt. To są firmy, które mają przynosić zysk. Chorujące psy, czy konieczność utrzymywania psich emerytów zrujnowałaby każdą taką firmę. Więc koszty się eliminuje. Dosłownie.

Tworząc naszą własną układankę wiedzieliśmy o różnych historiach. Łudziliśmy się jednak, że to może nieliczne przypadki, a nie coś co występuje powszechnie. Jednak nadal nam to nie pasowało. Jeździmy tam przecież od kilku lat, a nigdy nie widzieliśmy w terenie innego zwierzaka niż renifera. Teraz już wiemy dlaczego. Tam nie ma innych zwierząt. Zostały upolowane. Zabite i zjedzone. W Norwegii, w 4 milionowym kraju, jest 400 tysięcy myśliwych! 10 procent społeczeństwa poluje! W Polsce myśliwych mamy około 100 tysięcy. Żeby dorównać w tym Norwegom, musiałoby u nas włóczyć się po lasach prawie 4 miliony osób z giwerami. Wtedy też nie byłoby już u nas jeleni, saren, dzików, czy zajęcy. Wszystko zostałoby wymordowane i zeżarte, a lasy rozjeżdżone samochodami i zadeptane w diabły.

Czasem trzeba usłyszeć czyjeś słowa, aby własną układankę ułożyć do końca. Dla nas jej końcowy efekt nie jest optymistyczny. Człowiek chciałby żyć w świecie idealnym. Marzy o swoistej ziemi obiecanej, o miejscu w którym będzie mógł żyć w pełnej zgodzie ze swoimi poglądami i na swój sposób, a na dodatek będzie to tam kompletnie akceptowane. W rzeczywistości okazuje się jednak to całkowitą utopią. Nie ma takich miejsc. Zawsze i wszędzie jest coś nie tak. To zmusza do wyboru jedynie mniejszego zła. Nie ma jednak na to sposobu. Wszędzie trzeba walczyć z ludźmi, którzy nie rozumieją podstawowych prawideł świata natury. Tego przede wszystkim, że my ludzie jesteśmy na planecie Ziemia tylko i wyłącznie gośćmi i to na chwilę.

środa, 23 marca 2016

Spotkania z książką

 Sala wykładowa biblioteki w Solcu Kujawskim
                           
Zakończyliśmy pierwszy etap cyklu spotkań autorskich. Mamy za sobą premierę książki, mamy występ na festiwalu podróżniczym i kilka spotkań w bibliotekach. Teraz chwila przerwy. Wszyscy myślą już o nadchodzących świętach, więc do kwietnia nie ruszamy się z domu.

Reasumując możemy napisać, że zainteresowanie jest duże, na spotkania przychodzą ludzie, którzy są zainteresowani tematem, ale niekoniecznie coś na ten temat słyszeli wcześniej. Dzięki temu mają okazję spotkać coś nowego i ciekawego.

Serce rośnie kiedy widzimy ciekawość świata u ludzi. Kiedy na festiwal podróżniczy przychodzą tłumy, kiedy biblioteka wypełnia się ludźmi.
Biblioteki to w dzisiejszych czasach miejsca kwitnące jak nigdy. Pełne twórczych pasjonatów, którym bardzo się chce. To wielka przyjemność móc się z nimi spotkać. W tych bibliotekach stoją nierzadko kolejki po książki. I to mimo zatrważających statystyk czytelnictwa w Polsce. Kto czyta ten czyta, a kto nie sięga po książkę ten cofa się cywilizacyjnie i pod każdym innym względem zresztą również.
Biblioteki robią wspaniałą robotę. Organizują mnóstwo imprez propagujących czytelnictwo. Imprez edukacyjnych dla dzieci i dorosłych. Spotkań z ciekawymi ludźmi różnych profesji. W wielu bibliotekach działają uniwersytety trzeciego wieku, do których uczęszcza coraz więcej seniorów. Niekiedy pojawia się problem gdzie ich wszystkich pomieścić.
Pod tym względem nasz kraj pięknieje. I oby tak było dalej. I oby nikt nawet nie próbował tego zepsuć!

piątek, 18 marca 2016

Jeździmy po Polsce



Spotkania autorskie w toku. Każdego tygodnia gdzieś w Polsce opowiadamy o książce i pasji, z której ona się zrodziła.

Spotykamy się w różnych miejscach. Pierwsze spotkanie, a zarazem premiera książki "23 kilometr" odbyło się w Katowicach, w kinoteatrze Rialto. Następne w trakcie festiwalu podróżniczego Włóczykij. Potem była seria spotkań w bibliotekach. W Bydgoszczy, we Wrocławiu, w Łabiszynie. Teraz czas na następne miejsca i kolejne spotkania. Dzisiaj w Solcu Kujawskim, w przyszłym tygodniu w Koronowie. Potem rozpoczniemy kwietniowy maraton. 12 spotkań w tym jednym miesiącu. Znowu będzie Śląsk, Rybnik, Katowice dwa razy, Kraków, także dwa spotkania, dwa razy również Warszawa i raz Lubartów oraz Mława.
Nasz kalendarz wypełnia się stopniowo prelekcjami. Mamy już kilka umówionych w maju, w czerwcu, czekamy na terminy w lipcu. Będą także spotkania w sierpniu, wrześniu. W każdym miesiącu pojawimy się gdzieś z naszą opowieścią i filozofią. Zaprezentujemy nasze podejście do pracy z psami. Będziemy mówić o partnerstwie zwierząt i ludzi, o fantastycznych relacjach międzygatunkowych. O szacunku dla natury i ludzi. O pasji, motywacji i pewności w dążeniu do celu.
Sporo uwagi poświęcimy także psiej starości. I ludzkim obowiązkom wobec psów starych, którym tak samo jak wszystkim innym należy się opieka i troska. Tak jak sami to czynimy na co dzień w naszym Domu Psiego Seniora.

Takie są i będą nasze spotkania z "23 kilometrem". Wpadajcie na nie, zmuszajcie nas do odpowiedzi na wszelkie pytania i głośmy wspólnie ideę szerzenia dobra wobec zwierząt i ludzi. Wobec całej Natury.

środa, 16 marca 2016

Głupota, całe zło świata

   Nash, foto facebook.com  Jeff King


To z czym współcześnie mamy do czynienia, co dzieje się niemal każdego dnia, przyprawia wprost o dreszcz przerażenia i niezgody na taką sytuację. Mamy na myśli wzbierającą wciąż falę zła czynionego przez ludzi.
Chyba nigdy ta fala nie była tak wysoka. Dopiero co przez wszelkie media przetoczyła się sprawa zostawienia w lesie, na pewną głodową śmierć, suczki ze szczeniętami. Kilkoro z nich zmarło, a suczka przywiązana do drzewa, bezsilnie temu umieraniu się przyglądała.
Kolejna z ostatnich spraw to niewidoma na jedno oko klacz, do której jakiś zwyrodnialec strzelał z broni do paintballa. Ponad sto razy do niej strzelił z bliskiej odległości.

Dochodzą nas także wieści z polowań, czy szkoleń myśliwych. Trwa eksterminacja lisów. Wykopuje się je łopatami z nor, by zabić lisicę tą samą łopatą, a jej szczenięta rozdeptać butem. Na dodatek to wszystko jest filmowane przez sprawcę i publikowane potem w internecie. On jest z siebie dumny!
Inny myśliwy, przez siedemnaście lat trzymał w zagrodzie dzika, by jego znajomi i on sam mogli ćwiczyć na tym zwierzęciu swe psy. Przez siedemnaście lat!
Polskie lasy to miejsca niemal codziennych zbrodni. Zwierzaki zabija się na niespotykaną dotąd skalę. A będzie jeszcze gorzej.

Nie ma dnia, abyśmy nie usłyszeli o kolejnej tego typu sytuacji. Prawo się zaostrza, rośnie oburzenie opinii publicznej, sprawcy coraz częściej dostają wyroki bezwzględnej odsiadki... I niczego to nie zmienia. Fala obrzydliwych zachowań wciąż rośnie.
Nie omija także wielkich sportowych imprez. W trakcie Iditarod, jednego z dwóch najdłuższych wyścigów psich zaprzęgów na świecie doszło do nieprawdopodobnej sytuacji. Dwa prowadzące w wyścigu zaprzęgi, Aliy Zirkle oraz Jeffa Kinga, zostały zaatakowane przez osobnika na skuterze śnieżnym. Najpierw próbował rozjechać psy Aliy. Krążył wokół zaprzęgu dwukrotnie, a Aliy próbowała go w jakiś sposób odpędzić. Wyrwała nawet drewniany traser ze śniegu i zagroziła nim napastnikowi, co go zniechęciło do dalszych ataków. Jednak jeden z jej psów został potrącony. Na szczęście wyszedł z tego cało.

Psychopata jednak nie odpuścił. Dwie godziny później na ogromnej prędkości i przy całkowitym zaskoczeniu, przejechał przez zaprzęg Kinga. Zrobił to, po czym równie szybko oddalił się z tego miejsca.
Jeden z psów Kinga, Nash, zginął na miejscu. Drugi Crosby, ma złamaną łapę. Trzeci pies doznał także obrażeń.
Policja już aresztowała idiotę. Ten za wszystko przeprasza i twierdzi, że był pijany. Grozi mu solidna kara, więc obrał linię obrony wiodącą przez pijaństwo.

Ciągle podobne rzeczy mają miejsce. Świat stał się totalnie okrutny i nie widać szans na jego poprawę. Z jednej strony bardzo wzrosła świadomość i empatia dla zwierząt. Mnóstwo ludzi poprawia stale ich byt, ale z drugiej strony dochodzi do coraz częstszych zachowań patologicznych. Wzrasta też ilość ludzi prymitywnych i głupich. I ta głupota jest przyczyną wszelkiego zła. Głupota budzi lęki przed nieznanym, budzi nienawiść. Ta nienawiść stopniowo zaczyna być odczuwana wobec wszystkich i wszystkiego. Potem przychodzi czas na okrucieństwo.
Wystarczy popatrzeć co dzieje się w naszym kraju. Wybrani przez naród przedstawiciele władzy, nie robią nic innego jak tylko szerzą nienawiść. Wciąż zmuszają nas do kłótni i przepychanek. W takich warunkach do głosu dochodzą największe prymitywy. Obawiamy się, że to wprost prowadzi do katastrofy.
W okropnych czasach przyszło nam żyć i to pomimo tej niezwykle szczęśliwej okoliczności, jaką jest brak wojny od kilkudziesięciu lat. Choć obecny rząd robi co może, aby ten okres przerwać.
Trzymajmy się i nie dajmy złu.

sobota, 26 września 2015

Stary, ale jary!



    Dante, po prawej, dwa dni po swoich 11 urodzinach w trakcie przygotowań do wyprawy Laponia 2015.

Dom Psiego Seniora to nie tylko faktyczne miejsce, w którym żyją psi emeryci, ale także, co bardzo istotne, idea. Dom ma emanować przykładem, dawać dowód, że można, że starsze psy zasługują na miłość i opiekę. Ma pokazywać, że trzeba starym psom w Polsce pomóc.
Wiele polskich schronisk wydaje do adopcji bardzo dużo psów. Jakich? Wiadomo, młodych, pięknych i zdrowych. Staruszkami mało kto się interesuje.  A dlaczego mają stare psiaki swe ostatnie dni spędzać w schroniskach?
Zasługują na adopcję tak samo jak wszystkie inne. Trzeba tylko choć trochę zmienić ludzkie myślenie. Uwrażliwić ludzi. Pokazać im, że piękne nie jest tylko to co młode i ładne na pierwszy rzut oka. Wiele osób to rozumie, ale i tak jest tutaj mnóstwo pracy do wykonania.

Jak to zrobić, żeby ruszyć ludzkie sumienia? Wymyśliliśmy, że pokażemy nasze psy w trakcie ich kariery zaprzęgowej. Zobaczycie jak się starzeją, jak tracą siły i jak odchodzą na emeryturę. To te same psy. Jeszcze niedawno wielcy sportowcy, a teraz emeryci. Ale to wciąż ci sami wielcy sportowcy, wspaniali przyjaciele. Tacy sami dzisiaj jak i kilka lat temu. Może dzisiaj wolniej biegają niż kiedyś. Skoro opiekowaliśmy się nimi przez ileś tam lat, to czemu mamy tego nie robić kiedy się zestarzeją?

Każdy pies ma swoją historię. I taki sportowy pies i taki rodzinny, który przez całe swoje życie był po prostu przyjacielem. Każdemu z nich tak samo należy się opieka. Adoptujemy różne psy, to nie bójmy się adoptować psiego dziadka. On też potrzebuje miłości.

Żeby tę ideę propagować, to trzeba z nią wyjść do ludzi. My wychodzimy poprzez naszą działalność. Poprzez sport. Nasze dziadki długo ciągną swe przygody z psimi zaprzęgami. Długodystansowy trening służy, wbrew pozorom, temu znakomicie. Seniorzy chcą być aktywni i są aktywni. To wydłuża ich życie i podnosi poziom tego życia.
Ponadto wiele osób dzięki naszej działalności zaczyna zauważać problem.

Propagujemy aktywny, czy nawet sportowy tryb życia. On dotyczy zarówno ludzi jak i zwierząt. namawiamy do uprawiania rekreacyjnego sportu razem z psami. Wiele chorób zaczyna się od fotela przed telewizorem. Brak ruchu i fatalna dieta autentycznie zabija. Nadwaga i brak ruchu to początek tego umierania. Psy bez ruchu także chorują. Są stworzone do włóczenia się, więc leżenie na kanapie nie służy im tak samo jak nam. Dlatego powinniśmy się ruszać. Najlepiej wraz ze swoim psem. Wtedy starość przyjdzie znacznie później. I dla psa i dla człowieka.
My uprawiamy długodystansowy mushing, w naszych zaprzęgach biegają bez żadnych problemów nawet 11 letnie psy. O 10 latkach nawet nie wspomnimy tutaj, bo co to za wiek? Dziesięć lat?
Co jest tego przyczyną, że psiaki w tym wieku wciąż są w stanie doskonale biegać? Dante, czy Szejen przebiegły w marcu na wyprawie w Laponii 350 km bez najmniejszych problemów. Oboje mieli po 11 lat.
Tym powodem jest ruch. Bieganie. Odpowiedni, zrównoważony i przemyślany trening prowadzony przez ich całe życie. To on pozwala zachować dobre zdrowie i świetną kondycję.
Taki ruch propagujemy. No może nie w takim rozmiarze w jakim my go uprawiamy :) W końcu Wspomniani Dante i Szejen to zawodowi biegacze. Podobne jednak efekty można uzyskać trenując rekreacyjnie. Może nawet lepsze? Spróbujcie, to się przekonacie.

Własnie do tego przydaje się nasza sportowa działalność. Na własnym przykładzie pokazujemy, że ruch to zdrowie i długie, dobre życie. A innym pozostawiamy branie z nas przykładu.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Bazarek

Na bazarku, który Daria prowadzi na Facebooku, znaleźć można wiele ciekawych rzeczy. Są tam ciuchy, są cieszące się dużym zainteresowaniem maskotki, są książki i porcelana. Nie brakuje także płyt z piękną muzyką klasyczną. Jest zegar i biżuteria. Znaleźć też tam można koszulki i kubki z naszymi wyjątkowymi grafikami.

Cała odzież proponowana na bazarku to wyroby renomowanych i znanych firm. Nierzadko wśród nich trafiają się prawdziwe perełki.
A wszystkie te rzeczy znajdują swoje miejsce na bazarku tylko dzięki wspaniałym osobom, które przeznaczają je na ten cel. Bardzo dziękujemy.
Zwłaszcza, że cel jest godny uwagi. Dom Psiego Seniora dzięki temu bazarkowi może zapewnić spokojny byt naszym dziadkom, a nam pozwala myśleć o przyszłości i rozwoju tego miejsca.
Zamierzamy z tym projektem pójść znacznie dalej. Chcemy zarażać ludzi pomysłami na prowadzenie takich domów w całej Polsce. Mnóstwo starych psów przebywa w różnych schroniskach, nie mogąc doczekać się adopcji. Domy Psiego Seniora mogą to, choć trochę, zmienić. Wszyscy możemy to zmienić.
Pierwsze efekty tego projektu już są. Działa nasz Dom. Może to zachęci innych i takich Domów powstanie więcej.

Dzięki udziałowi w bazarku zyskujecie kilka fajnych rzeczy. Po pierwsze pomagacie zwierzakom. Po drugie możecie się dobrze poczuć, bo zwierzakom pomogliście, po trzecie wzięliście udział w tej akcji i dzięki temu być może iluś tam Waszych znajomych się o niej dowiedziało. A po czwarte kupiliście dla siebie ciekawy fant, który jest namacalną nagrodą za pomoc jakiej udzieliliście. I oto chodzi :)
Dodatkowo każda osoba, która kupiła cokolwiek na bazarku lub wsparła Dom Psiego Seniora otrzymuje bezpłatny udział w przejażdżce psim zaprzęgiem. Z nami oczywiście. I z naszymi Seniorami. Sezon się zaczyna, robi się coraz chłodniej, więc patrzcie w kalendarze, kiedy tam macie trochę wolnego czasu i piszcie do nas, albo dzwońcie i umawiajcie się na przejażdżkę. Jesteśmy do Waszej dyspozycji. To specjalny dodatek do zakupów na bazarku.

Oczywiście zapraszamy do dalszego udziału w bazarku, prosimy o puszczanie informacji o nim w świat. Wspólnie odmienimy los wielu starych psów. Im się to zwyczajnie należy.

piątek, 28 sierpnia 2015

Człowiek potrzebny na wyłączność

Wspominaliśmy już, że robiliśmy dla dzieci imprezę z psimi zaprzęgami w Ostoi Biały Wilk. Tam spotkaliśmy też psy, które na co dzień mieszkają w schronisku. Dzięki temu psiaki mają namiastkę normalnego, nie schroniskowego życia, a dzieci okazję poznać co to odpowiedzialność za zwierzę i jak należy się nim opiekować. 
Taki wakacyjny pobyt psów w Ostoi to także okazja dla nich na znalezienie domu. Niektórym psom się to udaje i zostają zaadoptowane przez któregoś z uczestników obozu. Inne nie mają tyle szczęścia.
Wśród tych drugich znalazła się Belzebuba. Suczka, która zdobyła nasze serca.

Ten całkiem spory, jak widać na zdjęciach, pies to uosobienie łagodności. Obecnie przebywa wśród dzieci, które na dodatek zmieniają się co dwa tygodnie. To najlepszy sprawdzian dla jej charakteru. Pozwala dzieciakom się tarmosić, wyprowadzać na spacery, tulić i głaskać.
Naprawdę jej imię brzmi inaczej, jednak w Ostoi została nazwana Belzebubą ze względu na iście diabelski wygląd. Ale na wyglądzie się kończy. Jej charakter jest bardziej anielski w stosunku do domowników.

Belzebuba to typowy domowy pies, który ukochał sobie człowieka i przy nim jest szczęśliwy. Ma tam teraz kojec, ale ucieka z niego. Przychodzi wtedy pod dom, siada, albo się kładzie na schodach i tam się uspokaja. Musi czuć bliskość człowieka. Od domu się nie oddala nawet puszczona luzem. Na zdjęciach jest na łańcuchu, ale tylko ze względu na inne psy, a zwłaszcza nasze. Z psami bowiem Belzebuba ma ogromny problem. Krótko mówiąc jest do innych psiaków agresywna. Nie odpuszcza żadnemu. Jej silny, dominujący charakter zawsze daje znać o sobie, a zwłaszcza przy karmieniu.
To między innymi jest powodem jej bezdomności. Ostatnio zaadoptowali ją rodzice uczestnika obozu. Zabrali do domu. Niestety Belzebuba nie była w stanie dogadać się z ich psem. Atakowała go i dominowała na każdym kroku.
Dlatego musi ona mieć człowieka na wyłączność. Musi trafić do domu, w którym będzie jedynym psem. Gdzie nie będzie musiała rywalizować o uczucie. 

Irina, organizatorka obozów, kobieta która wyciąga różne bezdomne psy ze schroniska, aby choć przez dwa miesiące wakacji miały namiastkę domu i normalnego życia, ma łzy w oczach kiedy mówi o konieczności odstawienia psiaków po obozach z powrotem do schroniska. Zżyła się z nimi niesamowicie i mówi, że drugi raz takiego rozstania nie wytrzyma. Kiedy rozmawiamy o Belzebubie, Irina płacze. Cieszyła się kiedy została na koniec lipca zaadoptowana, ale niestety wróciła. 
Irina sama adoptowała już dwa psy, które u niej spędziły wakacje. Trzeciemu, Rudzikowi znalazła dom. Ale ze względu na te psy nie może pod dach przyjąć Belzebuby. 
Pomóżmy Belzebubie. Może wśród Was, albo Waszych znajomych jest ktoś, kto dałby tej pięcioletniej suczce dom. Ona odda Wam w zamian całe swoje serce. A przy okazji, swoim diabelskim wyglądem odstraszy intruzów :)

Kiedy nie ma innych psów obok, to jest ona bardzo łagodna i grzeczna. Zresztą może z tymi psami też da się coś zrobić. W końcu z Rudzikiem przesiedziała całe wakacje obok siebie przy tych schodach, a nawet razem leżeli i spali pod nimi. Nie wszystko więc chyba stracone i pod tym względem.

Jeśli chcecie mieć prawdziwego przyjaciela bierzcie Belzebubę!
Jeśli nie możecie to powiedzcie chociaż o niej znajomym, może ktoś z nich chce takiego kumpla. Gwarantujemy, że nie ma drugiego takiego stwora jak ona.



piątek, 21 sierpnia 2015

Wakacyjnie z psim zaprzęgiem

Wczoraj, na cały dzień, trafiliśmy znowu w Bory Tucholskie. Odwiedziliśmy z psami miejsce gdzie organizowane są obozy letnie i zimowe dla dzieci.
Pojechaliśmy tam, aby pokazać dzieciom psy zaprzęgowe i psi zaprzęg w akcji. Zamierzaliśmy też, oczywiście zrobić dzieciakom przejażdżki. Te są zawsze latem uzależnione od temperatury, ale ta była dla nas wczoraj łaskawa. Rano było nawet chłodno. Tak samo zrobiło się wieczorem, kiedy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi.

Impreza udała się znakomicie. Możemy to śmiało powiedzieć. Było mnóstwo kontaktu z psami, trochę jeżdżenia zaprzęgiem, spacerów w towarzystwie psiaków po lesie. Nie było końca pytań o wszystko co ma związek z psami i zaprzęgami. My także usłyszeliśmy mnóstwo ciekawych opowieści od dzieci.
Był tez bardzo smaczny obiad przygotowany w kociołku na ognisku.
Z Ostoji wyjeżdżaliśmy dopiero o 21, nie sposób było opuścić to miejsce wcześniej.

Praca z dziećmi to dla nas prawdziwa przyjemność. One są naprawdę zaangażowane w zajęcia, ich zainteresowanie jest szczere, a emocje jakich doznają w trakcie takich spotkań są ogromne.
Psiaki zostały wygłaskane, wypieszczone, wyczesane i nakarmione. Przejażdżki były bardzo ostrożne, co chwila robiliśmy psom przerwy i dawaliśmy im wodę do picia.
Nasze psiaki uwielbiają takie spotkania!




   











poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Kociaki już w nowych domach

17 lipca napisaliśmy o dwóch kociętach szukających domu. A dzisiaj mamy dobrą wiadomość. Kotki znalazły nowych właścicieli i mają swoje domy. Bardzo nas ucieszyła ta informacja. Brawo dla Ewy, która dała im dom tymczasowy i zajęła się szukaniem opiekunów na stałe. Jeszcze jedna historia znalazła dobre zakończenie.


Przy tej okazji warto zastanowić się raz jeszcze nad zjawiskiem bezdomności zwierząt. Odkąd my ludzie udomowiliśmy różne zwierzęta to tym samym staliśmy się za nie odpowiedzialni. Myślmy zatem. Przewidujmy rezultaty naszego postępowania. Pilnujmy własnych zwierząt. Nie doprowadzajmy do rozrodu, kiedy nie jesteśmy w stanie zapewnić zwierzakom dachu nad głową.
Nie zastanawiajmy się bez sensu, czy warto sterylizować psy, czy koty. Warto. Wielokrotnie pisano i mówiono na ten temat. Sterylizacja to żadna dla nich krzywda. Wręcz przeciwnie.
Musimy ograniczyć populację bezdomnych zwierzaków! Tym dwóm kotkom się udało, ale wielu setkom innych nie. Umierają gdzieś w piwnicach, szopach, stodołach. Nie leczone i głodne. Bez żadnych szans na przeżycie.
Ich matki wycieńczone ciągłymi rujami i porodami umierają przedwcześnie, chorują. Znaliśmy kotkę, która od najmłodszych lat rodziła. W wieku kilku lat nie miała już zębów. Była bardzo mała. Jej własny organizm sam nie miał możliwości się rozwinąć. Taki jest ich los.
Nie lepiej jest z kocurami, które całe swoje życie toczą boje z innymi samcami. Odnoszą kontuzje, także chorują, w amoku giną pod kołami samochodów.

Zwierzęta wysterylizowane wiodą znacznie spokojniejsze i bardziej przewidywalne życie. Ale nie obawiajcie się, wcale nie nudne. Jedynie pozbawione wspomnianego już amoku.
Nieprawdą też jest, że zwierzaki tyją po tym zabiegu. To jeden z wielu mitów. Najlepszym przykładem na to są nasze alaskany. Najlepsze z naszych psów są wysterylizowane. Zuza, Tanda, Arina, Pips, DeeDee, Sofie, Szejen, Juma, to psiaki po sterylce. A biegają jak natchnione. I na pewno nie mają nadwagi.

Poza bezdomnością sterylizacja chroni także przed ciężkimi chorobami. Śmiertelnymi chorobami. Ropomacicze, to główny zabójca suczek. Potrafi zamordować zwierzaka w kilka dni. Choroba ta ściśle związana jest z układem hormonalnym suki. Po sterylizacji nie ma możliwości jej wystąpienia.
Podobnie z nowotworami. Guzy sutków po sterylizacji niemal nie występują, a jeśli już to nie są złośliwe.
Rak narządów rodnych to obok ropomacicza najczęstsza przyczyna śmierci suk.
U samców kastracja eliminuje raka jąder i prostaty. Wiemy jak te choroby się kończą bo mieliśmy po parę przypadków każdej z nich w naszym kennelu.

Nie bójmy się sterylizacji i nie słuchajmy bzdur, które wygadują na jej temat różni ludzie. Najwięcej dowiemy się od weterynarzy i raczej z nimi rozmawiajmy na ten temat, a nie z sąsiadem, który twierdzi, że suczka powinna przynajmniej raz w życiu urodzić, dla jej zdrowia. To totalna bzdura! Ani suczka, ani kobieta nie musi być ciężarną, aby być zdrową. Wręcz przeciwnie.
Ponadto, z punktu widzenia psa, czy kota, suczki, czy kotki, to jest im wszystko jedno, czy są wysterylizowane, czy nie. Brak popędu seksualnego nie jest dla nich problemem. Żyją bez niego i dzięki temu mają święty spokój. Nie zastanawiają się, czy czegoś im brak, czy nie. Po prostu żyją pełnią swojego życia. Tak ja zwykle.


środa, 12 sierpnia 2015

Absolutny brak wyobraźni

Naprawdę przestało to już być do wytrzymania. Ile jeszcze psów będzie musiało gotować się w nagrzanych słońcem samochodach? Ile jeszcze trzeba wybić szyb i wystawić mandatów, aby do pustych ludzkich głów dotarło coś, co na szczęście, dla większości jest oczywiste? Nie zostawiaj psa w samochodzie w upał!!!

Nie ma praktycznie dnia, aby nie dotarły do nas kolejne wieści o bezmózgich właścicielach psów.
Żałośnie głupie są też ich późniejsze tłumaczenia, że zostawili psa tylko na pół godziny, czy coś koło tego. Siedział ktoś kiedyś pół godziny w takim samochodowym piekarniku? Polecamy spróbować, może po takim doświadczeniu wyobraźnia tych geniuszy zacznie w miarę funkcjonować.

Właśnie wyobraźnia. Jest to coś czego ewidentnie brakuje wielu ludziom.
Największy popis jej braku dał kilka dni temu niejaki Kuryło. Człek o aparycji prymitywa spod budki z piwem, znanego ze zdolności do długodystansowego biegania i wielkiej, choć chyba raczej tylko na pokaz, religijności.
Otóż ów człowiek pozbył się swojej 10 letniej szczennej suczki, w typowy dla wielu takich "pozbywaczy" sposób. Przywiózł ją mianowicie pod bramę schroniska, przywiązał do niej i zostawił.
Można powiedzieć, że w porównaniu do innych postąpił bardzo humanitarnie. Mógł przecież przywiązać ją do drzewa w lesie, gdzie umierałaby z głodu i pragnienia wiele dni.

Czy do bramy, czy do drzewa, nie ma specjalnej różnicy. Tak czy inaczej doszło do porzucenia psiny, co jest już przestępstwem. Zgłoszonym zresztą do prokuratury.
Przywiązał ją do tej bramy w miejscu kompletnie pozbawionym cienia. Tamtego dnia termometry w całej Polsce notowano na ponad 30 stopni, w cieniu. W słońcu mogło być ponad 40, może 50. A może i więcej, bo suczka stała na asfalcie.

Kompletny brak wyobraźni. Po raz pierwszy.
Suczka stała tam kilka godzin, licząc, że jej właściciel zaraz wróci. Nie wrócił, bo pobiegł na trasę kolejnego swojego ekstremalnego biegu.
Tymczasem ktoś ze schroniska odkrył psinę pod bramą, tym samym zakończyła się jej gehenna.

Kuryło wykazał się brakiem wyobraźni tego dnia kilka razy. Pierwszy raz kiedy wiązał psa do bramy w okrutnym upale. Drugi raz nie myśląc o monitoringu i o tym, że za chwilę zobaczy jego akcję cała Polska. A trzeci raz kompletnie nie kumając, że w konsekwencji w diabły pójdzie cała jego praca włożona w bieganie.
Absolutny głupiec, żeby nie napisać ostrzej.

Po całej tej akcji zastanawiamy się, czy dożyjemy takiego momentu, że właściciele psów będą naprawdę zdawać sobie sprawę czym jest odpowiedzialność za swojego zwierzaka. Czy kiedykolwiek nadejdzie lato wolne od takich informacji? Wolne od traktowania zwierząt jak przedmiotów, które ich właściciele sami nie wiedzą po co im one.
Wątpimy niestety, że doczekamy takiej chwili. Głupota ludzka jest rzeczywiście nieograniczona.

To wydarzenie stało się też dla nas okazją do dyskusji nad kwestią sponsorów. Zastanawia nas w jaki sposób takie indywidua jak Kuryło ich znajdują. Nie jest on mistrzem elokwencji, nie wygląda sympatycznie,  wręcz przeciwnie. Na FB pisze posty i komentarze jakimś swoim własnym językiem słabo zrozumiałym dla ogółu, a jego zachowanie po odkryciu porzucenia suczki to już szczyt chamstwa, głupoty i braku empatii. Przecież taki sam musiał być przed tym wydarzeniem. A sponsorów i tak miał. W jaki sposób zdołał ich do siebie przekonać?
Zastanawia nas to, bowiem sami przez długi czas sponsorów szukaliśmy, z niektórymi współpracowaliśmy i coś tam na ten temat wiemy. W każdym razie to ile trzeba spełnić kryteriów, aby sponsora znaleźć. Jak to udawało się Kuryle?
Teraz, po wszystkim sponsorzy go opuścili. Żadna firma, czy instytucja nie chce mieć do czynienia z takim skandalem. To zrozumiałe.
Kuryło stracił pieniądze, stracił szacunek, stracił tak naprawdę cały swój dorobek. Jeszcze na dodatek ma prokuratora na karku.

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Edukacyjny. Dzięki Sarze, tak ma na imię suczka bohaterka tej paskudnej sytuacji, być może wiele innych psów uniknie podobnego jej losu. Może po linczu jakiego doigrał się Kuryło, ewentualni jego następcy użyją wyobraźni i nie przywiążą psa do czegokolwiek, tylko załatwią taka sprawę normalnie, czyli przyprowadzą niechcianego psa do schroniska i upewnią się, że ma tam opiekę zanim go zostawią. A może nawet nie wezmą psa do domu wyobrażając sobie konsekwencje jego późniejszego porzucenia.
Oby tak się stało.

Miejmy tylko nadzieję, że kolejni pozbawieni rozumu i wyobraźni "pozbywacze" faktycznie nie zawiozą psa do lasu bojąc się rozgłosu. Trudno przecież przewidzieć jak postąpią idioci.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Dom Psiego Seniora


   Moli - najstarszy pies w Domu

Wszystko przemija. Planujemy, wprowadzamy plany w życie. Pojawiają się przy nas przyjaciele, ludzie i zwierzęta. Potem odchodzą. Znikają. Plany zostają zrealizowane, albo i nie. Przychodzą następne. I tak w kółko. Aż do końca.
Tak samo młodość. Jesteśmy pełni werwy, pasji, chęci działania. Wszędzie nas pełno. Z czasem jednak nieco nas ubywa. Nie działamy już tak dynamicznie, nie bierzemy się za wszystko naraz, jak dawniej. Wolniej planujemy, wolniej się poruszamy. Nawet wolniej myślimy. Taka już naturalna kolej rzeczy. Identycznie jest z ludźmi i zwierzętami. Starość dopada nas wszystkich. Z tą jednak różnica, że u zwierząt przychodzi ona znacznie gwałtowniej.

Pies starzeje się dużo szybciej od człowieka. Ma znacznie mniej czasu na Ziemi od nas ludzi. I jego wejście w starość też jest szybsze od naszego. 11 letni Dante 5 miesięcy temu przebiegł bez najmniejszego problemu 350 km w trakcie naszej rekordowej wyprawy daleko za kołem polarnym, a dzisiaj zaczynamy na niego patrzeć trochę jak na emeryta, bo przecież w końcu musi się nim stać. Wciąż niby żwawo biega po wybiegu i kojcu, jednak to już nie jest takie bieganie jak choćby pół roku temu.

Moli, 14 latek, najstarszy obecnie w kennelu. Zawsze był młody duchem. Wydawało się, że starość w jego przypadku nie ma racji bytu. Kiedy miał 11, 12 lat ludzie dawali mu 5-6. Rok temu zaczęło sprawiać mu kłopoty jego serce. Moli funkcjonuje normalnie dzięki lekom. To przyszło nagle. Niemal z dnia na dzień.

Tych przykładów możemy przytoczyć znacznie więcej. Inari, Maja, Lego, Odyn, Chief, Sami, Anga, DeDee, Pips i jeszcze parę. Jeszcze niemal wczoraj pełne wigoru młode psiaki, a dzisiaj zaczynają im doskwierać różne dolegliwości charakterystyczne dla późnego wieku.
Naturalna kolej rzeczy, można powtórzyć.

Nadszedł czas na sprawdzian naszej przyjaźni, może nawet człowieczeństwa. Sprowadziliśmy wszystkie te psy do siebie, żeby z nimi pracować i osiągać nasze cele. To my psy sprowadziliśmy, nie przyszły same. Nie wcisnęły się na siłę. Dlatego jesteśmy za nie odpowiedzialni aż do ich śmierci, albo naszej.
To nasz oczywisty i bezdyskusyjny obowiązek. Całe lata mogliśmy realizować swoje marzenia pracując z psami, to teraz mamy obowiązek zapewnić im godną i spokojną starość.

Tak właśnie powstał Dom Psiego Seniora. Nie stworzyliśmy go, zrobił się sam. Z ambitnego sportowego i wyprawowego kenelu, nagle staliśmy się domem starców. Wiedzieliśmy oczywiście, że to nastąpi i byliśmy na to przygotowani.
Kiedy już powstał nasz DPS to pewnego dnia dotarło do nas, że zapewnienie psom wypełnionych miłością ostatnich lat życia nie jest wcale taką oczywistością. Schroniska pełne są psów starych, bo mało kto chce je adoptować. Większość ludzi chce mieć psiaka młodego i zdrowego.
Zupełnie jak u psich sportowców, gdzie jest częstą praktyką wymienianie psów na młodsze. Nabiegał się pies w zaprzęgu, nacieszył maszera, pozwolił mu realizować jego pasje, to może odejść kiedy się zestarzeje. To bardzo powszechna praktyka, której my się stanowczo sprzeciwiamy.

Niektórzy maszerzy, których znamy pozbywają się starych psów bez mrugnięcia okiem. Po co im stary pies w wyczynowym kennelu? Tylko zajmuje miejsce i generuje koszty. Trzeba go żywić, leczyć. A przecież ma być wynik, na to muszą być pieniądze.
Moglibyśmy długo na ten temat jeszcze pisać. Zrobimy to, choć nie w tym poście. W każdym razie Dom Psiego Seniora będzie zaprzeczeniem opinii jakiej dorabia się konsekwentnie świat psich zaprzęgów, ale nie tylko on. Wszędzie, gdzie człowiek pracuje ze zwierzęciem, to drugie stoi na słabszej pozycji. Konie chodzące pod siodłem, czy w zaprzęgach zazwyczaj kończą swoje życie w rzeźni, a psy sportowe, czy pracujące w rekreacji na śmietniku, albo za stodołą, w najlepszym przypadku uśpione przez znajomego weterynarza. Jest to postępowanie okrutne i wstrętne. Takiemu należy zdecydowanie postawić tamę.
To będzie nasze zadanie w ramach Domu Psiego Seniora. Edukacja i dawanie przykładu. Ktoś wreszcie musi podjąć ten temat.

Nie zamierzamy skupić się ani wyłącznie na naszych staruszkach, ani wyłącznie na psach zaprzęgowych. Będziemy mówić o psiej starości we wszystkich jej aspektach. Marzy nam się stworzenie w całej Polsce domów, które chętnie przyjmą siedzącego beznadziejnie w schronisku starszego psa. Musimy wszyscy dać mu szansę na godną starość. Będziemy do tego namawiać i nakłaniać. Pokażemy wszystkim na własnym przykładzie jaka to frajda mieć psiego seniora w domu.

Na wspomnianej już wyprawie nasz zaprzęg składał się niemal z samych dziadków. Wśród ośmiu psów biegnących w nim były dwa 11 latki, pięć 10 latków i tylko jedna Henia miała 3 lata. Jak myślicie, jak wyglądał ich bieg? Fantastycznie! Zostawiły w tyle znacznie młodsze i mniej doświadczone psy z pozostałych zaprzęgów biegnących na tej wyprawie. Nasz zaprzęg pokazał jaka jest siła w seniorach.

Dom Psiego Seniora rozpoczął działalność w naszym kennelu. Nasi emeryci mają miłość, mają opiekę i nasze towarzystwo. Postaramy się sprawić, aby i inni psi seniorzy mieli podobnie.
Możecie nam w tym pomóc. Możecie przyłączyć się do naszej akcji i głosić w swoich miejscach oczywistą prawdę, że każdemu zwierzęciu należy się troska i zainteresowanie do końca jego dni.
Możecie też wspierać budowę naszego Domu Psiego Seniora, który chcemy aby stał się wzorem dla innych oraz wyznacznikiem pewnych standardów we właściwej opiece na zwierzętami.
Po to robimy koszulki, kubki, torby na zakupy. Zyski z ich sprzedaży pozwolą nam finansować ten projekt. Na pewno wyjdzie on na zdrowie wielu psom i innym zwierzakom żyjącym z ludźmi.
Zapraszamy wszystkich ludzi dobrej woli do współpracy. Zadań mnóstwo, starczy dla wszystkich.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...