piątek, 31 grudnia 2010

2010

Dzisiaj ostatni już dzień roku 2010. Roku wypełnionego emocjami jak chyba żaden wcześniej. Jak to w życiu mieszały się euforia z rozpaczą, radość ze smutkiem.
Był to bardzo dobry rok dla Syberiady. Zrealizowaliśmy trudny projekt, spełniliśmy swoje marzenia i przeżyliśmy chwile, których nie zapomnimy nigdy.
Poznaliśmy fantastycznych ludzi, urodziły się nowe przyjaźnie.
Odkryliśmy nowe talenty u siebie i u naszych psów, a nade wszystko uwierzyliśmy we własne możliwości. Udowodniliśmy samym sobie, że można dokonać wiele wierząc w siebie, że wytrwałość popłaca i przynosi efekty, choćby trzeba było na nie czekać parę lat.

Ten rok zleciał nieprawdopodobnie szybko. Dopiero co przygotowywaliśmy się do Inarijarvi Expedition, a już jesteśmy przed następną wyprawą. A myślami jesteśmy jeszcze dalej, duuużo dalej.
Finnmarkslopet 500 i 1000, to już kwestia chyba wyłącznie czasu i pieniędzy oczywiście. A potem...Powstaje powoli wielki projekt do zrealizowania na Syberii. On budzi niesamowite emocje! Wielka wyprawa z przytłaczającym dystansem do pokonania. To za cztery, pięć lat. A wcześniej? Iditarod? Tam też nie było nigdy żadnych Polaków.

To przyszłość, wcale nie tak odległa jakby się wydawało.

Ten rok zapamiętamy także jako najbardziej smutny w naszym psim życiu. Umarły nam cztery psy, z których odejściem musieliśmy sobie poradzić, ale takie są prawa natury, że nasi ukochani przyjaciele żyją dużo krócej od nas. Śmierć psa jest najgorszym elementem mushingu, najtrudniejszym, ale też naturalnym i nieuniknionym. Trzeba się z tym pogodzić, bo nie ma innego wyjścia.

Kończy się ten pełen emocji i przeżyć rok, a jaki będzie następny?
Mamy nadzieję, że równie obfitujący w sukcesy jak ten stary, że nowy również natchnie nas nowymi pomysłami i da szansę na ich realizację.

Tego życzymy także wszystkim Wam. Miejcie odwagę realizować własne marzenia!
Po latach może się okazać, że to było najważniejsze.
Szczęśliwego Nowego Roku!!!

środa, 29 grudnia 2010

Nasi sponsorzy

Weszliśmy w drugi już rok współpracy z naszym najwierniejszym sponsorem, firmą Husky Polska producentem znakomitej odzieży i sprzętu turystycznego na wszystkie sezony.
Husky zaopatruje nas w spodnie, kurtki, bluzy, namioty i śpiwory.

Husky jest z nami od początku, wspierając nasze projekty i dzielnie nam kibicując.

Nadal współpracujemy także z firmą Yeti, która zaopatruje nas w odzież puchową.

Ostatnio natomiast otrzymaliśmy od firmy Makanu z Bydgoszczy kultowe aluminiowe butelki na napoje i paliwa szwajcarskiej firmy Sigg, której Makanu jest dystrybutorem na Polskę.

Bardzo dziękujemy wszystkim firmom za wsparcie!

niedziela, 26 grudnia 2010

Mushing

W czasie świąt jest wreszcie okazja, żeby usiąść na chwilę spokojnie i pomyśleć troszeczkę nad swoim życiem.
Los ostatnimi czasy nie pieścił się z nami specjalnie, nie szczędził razów. Jednak to wszystko co nas spotkało przez ostatni miesiąc to niestety kenelowa norma, która jak dotąd nas omijała. Psy są co raz starsze, a co za tym idzie prawdopodobieństwo ich śmierci zdecydowanie wzrasta. Niestety.

Mushing to fantastyczny sposób na życie, dający ogromną przyjemność permanentnego obcowania z naturą i to takiego naprawdę. Nie podglądania zwierzaków z boku, ale bycia jednym z elementów ich życia. I to życia nie tylko psów.
Przez cały rok bowiem stołują się i żyją u nas ptaki, które już niemal nie zwracają na nas uwagi. To sroki, mazurki, sikorki, szpaki. One wszystkie też stały się ważną częścią naszego kenelowego bytu. Nie boją się psów ani ludzi, obserwują nas, a my ich. I w pełni korzystają z dobrodziejstw psiej kuchni.

Mushing wymusza życie w ciągłej akcji. Nie ma momentów, w których przestajemy być maszerami. Nawet kiedy chwilowo robimy coś innego, to i tak gdzieś w głowie tli się myśl o psach, czy wszystko z nimi w porządku.
I tak powinno być, bo mushing to także wielka odpowiedzialność.

Mushing to również wielka satysfakcja. To niemożliwy do opisania stan, kiedy po wielu próbach spełniają się marzenia. Stawiamy przed sobą bardzo ambitne cele, toteż łatwo o porażkę, ale wreszcie kiedy je osiągamy...
Mamy nadzieje, że kolejne marzenie, czyli ukończenie wyścigów Finnmarkslopet, też kiedyś się spełni. Będziemy w każdym razie robić wszystko, aby tak się stało.
Zresztą już samo dążenie do wyznaczonego celu jest pasjonujące.

Mushing daje wspaniałe uczucia, nadaje sens życiu, ale los w zamian każe płacić sobie wysoką cenę. Takie jest życie, wszystko ma swój koszt. W zamian za wspaniałe lata z psami daje konieczność oglądania ich starości, chorób, a wreszcie śmierci. Taka jest kolej życia. Ciągle uczymy się dawać sobie z tym radę. Czy kiedyś się nauczymy?
Psy radzą sobie z tym świetnie. Żyją krótko, więc nie zaprzątają sobie głowy niczym innym poza chwilą obecną. Dzieje się coś złego w ich życiu, a one idą dalej, nie zastanawiają się jak ludzie nad przyczynami, nad sensem tego co je spotkało. Pędzą dalej po swej życiowej ścieżce, bo przecież szkoda czasu na dreptanie w miejscu i roztrząsanie, czy lepiej byłoby zrobić tak, czy inaczej, jak to ludzie mają w zwyczaju.
Czasem im tego zazdrościmy.

środa, 22 grudnia 2010

Tosiek

Co raz trudniej pisać coś po śmierci psa. Tym bardziej kiedy odchodzi psiak młody, który jeszcze sporo życia miał przed sobą.
Wczoraj po ciężkiej chorobie odszedł Tosiek...
Przegraliśmy walkę o jego życie. Nierówną walkę z rakiem. Nie mieliśmy żadnych szans!
Przez miesiąc robiliśmy wszystko, aby ratować Tośka. Leki, kroplówki, nie wiemy już ile razy byliśmy w tym czasie w lecznicy. Nieprzespane noce, bo biegunka wyganiała go na dwór co dwie godziny przez całą dobę.
Leczyło go trzech lekarzy, a w ostatnim okresie doktor Bartek, który bardzo się zaangażował w walkę o Tośka - bardzo wszystkim za to dziękujemy!

Mieliśmy w tym czasie okresy nadziei, kiedy kolejna terapia przynosiła poprawę, a zaraz potem momenty zwątpienia, gdy poprawa była tylko chwilowa.

Dzisiaj Tosiu żyje już tylko w naszej pamięci, w której pozostanie na zawsze jako wspaniały, piękny i dumny pies. Wulkan energii, zawsze wesoły, domagający się zainteresowania i uwagi.
Spędziliśmy razem pięć pięknych lat i jesteśmy dzisiaj szczęśliwi, że mieliśmy przyjemność żyć z Tosiem.




środa, 15 grudnia 2010

Klein - Lider


Po śmierci Reni dotarło do nas, że opowiadamy na blogu o naszych psach dopiero kiedy umrą. Owszem bardzo dużo mówimy o nich na co dzień, w rozmowach ze znajomymi, rodziną, gośćmi.
Musimy to zmienić! Każdy z naszych psów jest wart osobnego tematu, bo każdy z nich ma swoją osobowość, swoje talenty i swoje szajby.



Zaczynamy dzisiaj od Kleina. Głównego lidera zaprzęgu Krzyśka.
Klein to alaskan husky, przedstawiciel rasy najlepszych długodystansowców spośród zwierząt lądowych, o czym nawet film zrobiło Discovery Channel.
Są psy szybsze od alaskan husky na krótkich i średnich dystansach, ale na długich trasach nie mają one sobie równych.
Najdłuższe wyścigi na świecie, takie jak Iditarod z dystansem 1049 mil, czy 1000 kilometrowy Finnmarkslopet, te zwierzaki pokonują w nieprawdopodobnym tempie 200 km dziennie - średnio!
Biegnąc w ten sposób, w przypadku Iditarod, przez 9 dni pod rząd! 5 dni w trakcie Finnmarkslopet.

Ich możliwości są nieprawdopodobne! Posiadanie takiego zwierzaka to prawdziwa frajda. Pracowanie z nim natomiast, to ciągłe odkrywanie psich możliwości.

Klein został liderem trochę przez przypadek. Biegał już na tej pozycji u chłopaka od którego trafił do nas, ale tam nie pracował zbyt długo, bo trafił do nas jako młodzieniec.
W naszych zaprzęgach też trafił do pierwszej pary, ale tam szefem długo była Saba, która dzisiaj prowadzi zespół Darii. Wtedy jednak miał być pomocnikiem Saby, tzw. trail liderem, psem odpowiadającym za wysokie tempo zaprzęgu. Bycie liderem natomiast to coś znacznie więcej.

Talent Kleina rozbłysnął tak naprawdę dopiero na wyprawie. Tam zaczął jako wheel dog, czyli najsilniejszy pies biegający w pierwszej parze tuż przed saniami. Tak było na pierwszym rekonesansie na jeziorze Inari. W drodze powrotnej z niego Klein był już liderem.
A zaczęło się od tego, że Saba jedna z najlepszych liderek jaką kiedykolwiek widzieliśmy w akcji, miała na jeziorze poważne problemy z orientacją. Przyzwyczajona do wyraźnych leśnych dróg, kompletnie nie radziła sobie z otwartymi przestrzeniami, pozbawionymi dróg połaciami białego śniegu.

Klein natomiast, ku naszemu zdumieniu, zachowywał się jakby całe życie spędził na śniegu. Orientacja nie sprawiała mu najmniejszych problemów. Mało tego potrafił znajdować twardsze połacie śniegu, które pozwalały na łatwiejszy bieg! Tak było przez całą wyprawę i tak jest teraz kiedy mamy znowu śnieżne warunki. Dzisiaj tak samo, Klein biegnąc szuka "lepszego" śniegu!
Wtedy najlepiej mu nie przeszkadzać.

Posiadanie takiego psa to prawdziwe szczęście, to niesamowite doświadczenie oglądać go w akcji, patrzeć jak myśli, kombinuje i szuka lepszych rozwiązań. To jeden z tych psów, który potrafi zmienić poglądy człowieka na możliwości zwierząt.
Mamy więcej takich psów! O innych następnym razem.



poniedziałek, 13 grudnia 2010

Żegnaj Renia


W sobotę po krótkiej chorobie umarła najstarsza nasza suczka Rena. Mama najlepszych psów pracujących w naszych zaprzęgach. Inari, Mumin i Iwo to jej synowie. Zostawiła jeszcze po sobie Acia i córkę Małą.
Jej śmierć była dla nas całkowitym zaskoczeniem. Pochłonięci walką o życie Tośka, który zachorował na jakąś dziwną chorobę wątroby (najprawdopodobniej), prawie nie zauważyliśmy, że coś złego dzieje się z Reną.
Codziennie z Tośkiem do wieczora siedzieliśmy w lecznicy, przynajmniej trzy godziny dziennie spędzaliśmy tam podając mu kroplówki. Wracaliśmy późnym wieczorem do domu, gdzie szybko trzeba było zająć się resztą psów, nakarmić je, wypuścić na wybieg. Tymczasem Rena straciła apetyt. Działo się to trzy tygodnie po cieczce. Renia zawsze po rui miała urojoną ciąże, ale taką tylko w głowie, zazwyczaj bez mleka w sutkach. Wtedy zawsze przestawała jeść, nie wpuszczała do swojej budy innych psów,a i sama niechętnie z niej wychodziła. Tak było dwa razy do roku od kilku lat. Teraz też.

Tylko, że tym razem było to niestety ropomacicze. Podstępne, wstrętne choróbsko. W sobotę dla Reni było już za późno na ratunek. Odeszła.

Rena trafiła do nas kiedy jej poprzednia właścicielka musiała wyjechać za granicę do pracy i nie miała co zrobić ze szczenną wtedy suczką. W ten sposób trafiła do nas. W naszej łazience urodziła czwórkę swoich dzieci, z którymi żyła do końca swojego życia. Aciu jest jej synem z dużo wcześniejszego miotu.

Renia trafiła do nas mając siedem lat, a w wieku ośmiu rozpoczęła karierę psa zaprzęgowego.
Miała niesamowitą potrzebę biegania. W poprzednim kenelu jej ucieczki były na porządku dziennym. Wykorzystywała każdą okazję żeby dać drapaka. Znikała na kilka dni, czasem tydzień, czasem dwa, albo i dłużej.

Kiedy znalazła się u nas, jej włóczęgostwo znalazło ujście w postaci zaprzęgu. Tam była niezmordowana, zawsze chętna do biegu, zawsze było jej mało. Biegała do 11 roku życia, kiedy nie nadążała już za młodszymi psami i dalsze bieganie mogło być niebezpieczne dla jej zdrowia.
Zawsze myśleliśmy, że Renia dożyje sędziwego wieku, bo nigdy na nic nie chorowała. Niestety tak się nie stało.
Dzisiaj jej już nie ma, ale wiemy, że w naszym stadzie miała dobre życie. Biegała w zaprzęgu, żyła z piątką swoich dzieci, zawsze była wesoła i zadowolona. Dożyła wieku, o jakim wiele psów może jedynie pomarzyć. Miała u nas dobre życie, tak jak wszystkie nasze psy. Choroba dopadła ją podstępnie akurat w momencie kiedy walczymy ze śmiertelną chorobą Tośka, a jeszcze dodatkowo w piątek Anga musiała mieć szytą ogromną ranę na kolanie, której nabawiła się w trakcie szalonej zabawy z innymi dziewczynami.
Nad naszym kenelem zawisły ciemne chmury. Czekamy na wyniki kolejnych badań Tośka, za chwilę podłączymy mu kolejną kroplówkę... Trudno powiedzieć co będzie dalej, jutro, pojutrze. Czasem tracimy już z Tosiem nadzieję, zajmuje się nim trzech lekarzy na zmianę od trzech tygodni i żadna terapia nie daje efektu, a my mamy wrażenie, że on żyje jeszcze jedynie tylko dzięki codziennym iniekcjom.

Żegnaj Renia, życie z tobą to była prawdziwa przyjemność. Szkoda że byłaś z nami tak krótko. Żegnaj.

środa, 8 grudnia 2010

Prawdziwa zima !

W tym roku, jak na nasze polskie warunki, zima przyszła zadziwiająco szybko. Sporo śniegu, całkiem przyzwoity mróz, jednym słowem zima przez duże Z!

Wykorzystujemy ten dar natury bardzo skwapliwie i praktycznie nie mamy w tej chwili dni bez treningów. Albo trenujemy, albo pracujemy z naszymi gośćmi, co także jest świetnym treningiem.
Śniegu w lesie jest sporo, ale nie tak dużo jak w zeszłym sezonie kiedy to mieliśmy spore problemy z przygotowaniem tras. Teraz jest o wiele lepiej!

Przygotowujemy dwa teamy 8 i 10 psów, których składy "osobowe" w porównaniu do poprzedniej wyprawy trochę się zmieniły. Udało nam się przede wszystkim wyrównać pod względem sportowym oba zespoły i teraz w zasadzie cały dystans jedziemy wspólnie, czy nawet obok siebie. Wcześniej zdarzało się, że jeden zaprzęg zostawał z tyłu.
Wyrównać teamy udało nam się głównie za sprawą Rasti, która już w drugim sezonie swojego biegania została świetną trail leaderką! To pozwoliło na znacznie lepsze rozłożenie sił naszych liderów i o wiele bardziej efektywną ich pracę, a co za tym idzie obu zaprzęgów.
No cóż, człowiek uczy się całe życie:)

Dobre warunki treningowe, równie dobra forma psów i częstotliwość treningów, spowodowały powrót do myślenia o starcie w Finnmarkslopet 2011. Staraliśmy się bezskutecznie o finansowe wsparcie naszego miasta, z równym skutkiem próbowaliśmy szukać sponsorów. Dlatego przesunęliśmy ten projekt na przyszłość. Zorganizowanie kolejnej wyprawy jest o wiele tańsze od startu w wyścigach.

W ostatnich dwóch tygodniach jednak wpadliśmy na jeszcze jeden pomysł, który daje przynajmniej teoretycznie szansę startu w Finnmarku. Niebawem rozpoczniemy więc kolejną akcję. Zobaczymy.




niedziela, 21 listopada 2010

Wyprawa 2011

Rozpoczynamy relacjonowanie naszego najnowszego projektu pod nazwą See Barents Sea Expedition 2011.

Pomysł na tę wyprawę powstał w naszych głowach już w trakcie poprzedniego pobytu w Laponii. Wtedy to poruszając się niemal wyłącznie po otwartych przestrzeniach zamarzniętego jeziora Inari, tęskniliśmy nieco do zalesionych terenów z bardziej urozmaicona rzeźbą. To chyba wynika trochę z miejsca naszego pochodzenia. W Polsce nie mamy aż tak wielkich otwartych przestrzeni, u nas w miejscach odludnych dominują jednak lasy skutecznie ograniczające widzianą przestrzeń.
Do tego wszędzie mamy jakieś pagóry, jary. Raz droga wiedzie w dół, by za chwilę wspinać się w górę. Na zamarzniętym jeziorze jest płasko, a droga prowadzi najczęściej na wprost.

Drugiego dnia na jeziorze, kiedy niemiłosiernie ciągnęły się 74 kilometry drogi wzdłuż jego prawego brzegu, pokonywane po niemal idealnie prostej linii, kiedy nie wiedzieliśmy już, czy poruszamy się do przodu, czy stoimy w miejscu, to wtedy postanowiliśmy, że następna wyprawa musi przebiegać po bardziej skomplikowanej trasie.
I taką znaleźliśmy.

Potrzebowaliśmy celu, który pobudziłby naszą wyobraźnię, natchnął nas swą wspaniałością. Siedzieliśmy nad mapą i szukaliśmy takiego właśnie celu. A on tam był! Czekał aż go odkryjemy.
Najpierw podążyliśmy wzdłuż lewego brzegu jeziora, tego o bardziej "lądowym" charakterze. Potem opuściliśmy je i zanurzyliśmy się w tajgę. I dalej, a to wzdłuż jakiejś rzeki, a to kawałek po mniejszym jeziorze, a potem znów w las. W ten sposób zbliżaliśmy się co raz bardziej do norweskiej granicy. Już wiedzieliśmy, że ją przekroczymy! Coś kazało nam tak właśnie uczynić. Tylko po co?

Mapa miała na górze taki duży kawałek błękitnego koloru, który poprzez swoją odmienność przykuwał naszą uwagę...No jasne! To o to chodziło! Ocean Arktyczny! To on był celem tego błądzenia po mapie. To ku niemu zmierzaliśmy planując trasę.

Tak oto czasem rodzą się wyprawowe plany i zmienia ludzkie życie, które od tego momentu zaczyna być podporządkowane jakiemuś nowemu celowi, o którym nie mieliśmy dotąd pojęcia, choć on istniał oczywiście.

Ocean Arktyczny to olbrzymi akwen, na który składa się kilka mórz. Morze, do którego mamy dotrzeć to Morze Barentsa.

Relacje będzie można śledzić na nowym blogu, poświęconym tylko i wyłącznie projektowi See Barents Sea Expedition 2011. Już teraz zapraszamy do lektury.

sobota, 6 listopada 2010

See Barents Sea Expedition 2011

See Barents Sea Expedition 2011 - oto nasz kolejny cel. Na przełomie lutego i marca wyruszymy na szlak kolejnej naszej wyprawy po bezkresnej Laponii.

Wyruszymy jak zawsze dwoma zaprzęgami z Inari. Początkowo jechać będziemy wzdłuż lewego brzegu jeziora Inari, aż po około 40-tu kilometrach dotrzemy do zatoki Partakonlahti. W tym miejscu zaliczyliśmy koszmarny biwak podczas wyprawy dookoła jeziora Inari.
Z zatoki wydostaniemy się na stały ląd i opuścimy Inarijärvi. Po kilkunastu kilometrach powrócimy jednak na zamarzniętą taflę jeziora, ale tym razem będzie to Nitsijärvi.

Dalsza droga będzie wiodła wśród tajgi porastającej bagniste tereny, zamarznięte o tej porze roku, a od czasu do czasu wracać będzie na skute lodem powierzchnie mniejszych jezior i rzek.

W ten sposób dotrzemy do granicy fińsko-norweskiej, a po kolejnych kilkunastu kilometrach znajdziemy się nad brzegiem fiordu Munk. To wzdłuż niego i dwóch kolejnych fiordów dotrzemy na otwarte Morze Barentsa, będącego ważną częścią Oceanu Arktycznego.
Zobaczymy Morze Barentsa!

Dystans do pokonania to tym razem około 400 km. Z Inari do celu wyprawy jest około 200 km, ale zamierzamy jeszcze wrócić tą samą drogą lub jakimś jej ciekawym wariantem.

niedziela, 31 października 2010

piątek, 29 października 2010

Życie nie znosi pustki!

Dopiero co pogodziliśmy się z myślą o nie startowaniu w Finnmarkslopet 2011, a już pojawił się nowy projekt. Jest to jedna z dwóch wypraw, które poważnie braliśmy pod uwagę już wcześniej.

Start w długodystansowym Finnmarkslopet traktujemy niezwykle poważnie. Dlatego postanowiliśmy nie brać się za to dopóki nie będziemy mieli dobrych warunków. Mówiąc o warunkach mamy na myśli wszystkie okoliczności towarzyszące przygotowaniom do tego wyścigu, a więc zapewnione środki finansowe na cały okres przygotowawczy i związany z tym spokój w trakcie treningów. Dobre warunki pogodowe, czyli wyjazd do Laponii na przynajmniej dwa miesiące poprzedzające wyścig, itd.

Zdajemy sobie sprawę, że z realizacją planu w taki sposób może być problem, a w związku z tym jego wykonanie może stanąć pod znakiem zapytania, ale nie zamierzamy niczego robić na siłę. Albo będziemy mieli możliwość przygotować się na sto procent naszych możliwości, albo nie zrobimy tego wcale.
Wyścig wyścigiem, ale coś w życiu trzeba robić. Na całe szczęście działalność wyprawowa rządzi się nieco innymi prawami niż wyścigowa. Tutaj przede wszystkim sami wybieramy moment, w którym stwierdzimy, że jesteśmy gotowi. Nie musimy trzymać się ściśle dat. Ponadto jedziemy na wyprawie sami, bez presji zrobienia wyniku, bez gonitwy. Na wyprawie zawsze, jeśli zajdzie taka potrzeba możemy zatrzymać się na dłuższy postój. Jeśli np. psy poranią sobie łapy, to możemy rozbić obóz i czekać dzień albo dwa, aż się poprawi ich stan, a następnie kontynuować "dzieło", na wyścigu w zasadzie w takiej sytuacji wycofamy się z dalszego w nim udziału.

W tej chwili trenujemy już dość mocno. Mamy za sobą okres rozkręcania się po letniej przerwie i realizujemy plan treningowy w zasadzie taki sam jak do wyścigu. Jest to stopniowe zwiększanie bieganego dystansu z jednoczesnym skracaniem czasu odpoczynku pomiędzy treningami. Przed wyprawą dookoła Inari robiliśmy podobnie i przyniosło to doskonałe rezultaty, choć pogoda wtedy mocno przeszkadzała. Teraz jesteśmy bogatsi o tamte doświadczenia i mamy już plan awaryjny w razie czego.

Wracając do głównego wątku. Dzisiaj podjęliśmy ostateczną decyzję o celu kolejnej wyprawy. Jak wspomnieliśmy już wybieraliśmy spośród dwóch celów, obu rewelacyjnych. Nie było łatwo podjąć decyzję, gdyż wybieraliśmy pomiędzy Rosją i Laponią. Po raz drugi zwyciężyła nasza ukochana Laponia!
Na Rosję i Syberię przyjdzie czas w nieodległej prawdopodobnie przyszłości. Cele dla naszych wypraw są tam wprost bajeczne i w takich ilościach, że pewnie życia by nie starczyło na realizację ich wszystkich.
Wymagają jednak nieco innego podejścia do sprawy i zaangażowania zupełnie innych środków niż w Laponii.
O szczegółach nowej wyprawy opowiemy już niebawem w następnym poście.

niedziela, 24 października 2010

Finnmarkslopet 2011 - nie tym razem

Start w wyścigu Finnmarklopet był i jest priorytetem w naszych planach. Przygotowujemy się do niego od długiego już czasu. Wyprawa Inarijarvi Expedition 2010 była wielkim testem naszych umiejętności i możliwości, który zaliczyliśmy wręcz doskonale, co było dla nas bardzo istotne.
Teraz powinniśmy być już w ogniu totalnych przygotowań do startu, jednak tak nie jest. Nie udało się przekonać do naszego projektu sponsorów, nie zainteresowały się nim firmy, na współpracę z którymi bardzo liczyliśmy. Jakoś nie potrafiły dostrzec potencjału, jaki w nas tkwi. Wielu takich decyzji nie rozumiemy. Jak choćby braku zainteresowania ze strony producentów karm dla psów, dla których jesteśmy w stanie wykonać wielką pracę. Itd, itd.

Teraz robimy wszystko, aby przenieść się do Skandynawii razem z naszą firmą i pracując na warunkach tam panujących. To pozwoli nam samym realizować swój wyśrubowany projekt. Będziemy mieszkać, pracować i trenować w warunkach arktycznej zimy, o kilkadziesiąt jedynie kilometrów od trasy Finnmarkslopet.
Aby jednak do tego mogło dojść musimy znaleźć ludzi zainteresowanych naszą lapońską ofertą. Jak to się potoczy pokażą najbliższe tygodnie, czy miesiące.

Start w długodystansowych wyścigach to przedsięwzięcie ze wszech miar skomplikowane. Kiedy mieszka się i przygotowuje do niego w Polsce, trudności piętrzą się jeszcze wyżej. Wiele spraw urasta do rangi problemów z pozoru nie do przejścia, radzimy sobie jednak z nimi tak jak potrafimy najlepiej. Raz lepiej, raz gorzej.
Trudno jednak jest przeskoczyć kłopoty finansowe. Koszty utrzymania stada psów są duże. Samo wyżywienie i opieka weterynaryjna to kwoty dochodzące do 2 tys. miesięcznie, nie licząc naszych roboczogodzin, te są chyba nie do policzenia.
Zgłoszenie do wyścigu to kolejne spore pieniądze. Opłaty startowe, badania pod kątem obecności przeciwciał wścieklizny u psów, Norwegia takowych wymaga, paliwo, prom, zakwaterowanie. Wszystko to razem daje kwotę jakiej nie jesteśmy w stanie ponieść samodzielnie.

Stąd decyzja o odłożeniu startu o rok. Przykra o tyle, że oznacza ona stratę czasu, który ostatnio zaczął jakoś dziwnie przyspieszać:)
Poza tym nie ma żadnej gwarancji, że przeprowadzka do Finlandii dojdzie do skutku. W Polsce natomiast, szanse na realizację projektu mamy minimalne bez wsparcia z zewnątrz.
W ten oto sposób plany startów w najdłuższych wyścigach psich zaprzęgów na świecie mogą nie zostać zrealizowane. A plany są naprawdę warte grzechu. Finnmarkslopet 1000 km, Yukon Quest 1600km, czy Iditarod, legendarny, najdłuższy na świecie wyścig o ponad 1800 kilometrowym dystansie. Dla takich projektów warto żyć!

Dlatego realizujemy chociażby plany treningowe. Sporo czasu spędzamy z psami na trasach, pokonujemy jak to zawsze o tej porze roku coraz większe dystanse.
Jeśli dotrzemy do Laponii to zrealizujemy tam kolejną ambitną wyprawę. Tym razem będzie to trasa w większości prowadzona po lądzie i rzekach, choć i wielkiego jeziora nie zabraknie. Także dystans będzie dłuższy.

Przyszłość pokaże czego uda się dokonać, a co pozostanie jedynie marzeniem.

niedziela, 17 października 2010

Złota polska jesień

Mamy teraz niesamowitą okazję trenować i pracować wśród absolutnie fantastycznych barw. Wszelkich odcieni żółci, czerwieni, zieleni i brązów. Polska złota jesień obdarzyła nas w tym roku całym swym słonecznym pięknem.
Podziwianie tego piękna z wysokości zaprzęgowego wózka potęguje jeszcze doznania, gdyż krajobraz przesuwa się niczym w kalejdoskopie i bezustannie zmienia się nam widok.
Jesienio trwaj jak najdłużej!!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...