sobota, 4 lutego 2017

Koniec marzeń

Niecały miesiąc temu napisałem ostatni post z Vuollerim. Już wtedy było źle, ale wciąż miałem nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży.
Nie stało się tak.
Finnmarkslopet robi wszystko, aby mnie od siebie odepchnąć. Miałem z tym wyścigiem problem od zawsze. Mimo wszystko jednak zabierałem się za niego kolejny raz i kolejny. Umarł Vili, a teraz musiałem przerwać przygotowania do Trylogii Norweskiej z przyczyny, która nie mieści mi się w głowie.
Kto nie wie o co chodzi może o tym przeczytać tu: https://web.facebook.com/SyberiadaAdventure/posts/1531926396825206

Na tym kończę z marzeniami o wielkim wyścigu. Jego koszt stał się zbyt duży. Co wykombinuje los przy mojej kolejnej próbie? Nie będę tego sprawdzał.
Mam dość ciągłego walczenia z przepisami i spełniania coraz to nowych warunków, które maksymalnie promują Skandynawów, co jest jednym z powodów tak małej liczby zawodników z innych krajów na starcie.
Norwegowie mają ten wyścig pod nosem. Dla wszystkich innych samo dotarcie na jego start to już wyprawa. Bardzo niebezpieczna wyprawa.
Ponadto kiedy oni trenują, to my latamy i załatwiamy bzdurne dokumenty, których nikt i nigdzie jeszcze nie sprawdzał. Ale papiery mieć musimy. Musimy także truć nasze zwierzaki tabletkami na robale przed każdym przekroczeniem granicy. Oni nie muszą tego robić. Przez to nasze psy są słabsze.

W tym sezonie postanowiłem przygotowywać się w szwecji, celowo piszę nazwę tego kraju z małej litery, ale tam okazało się, że muszę wybudować kenel, aby przebywać w tym kraju choćby jeden dzień.
Wszędzie na świecie maszerzy trenując na wyjeździe trzymają swoje psy w przyczepach. W szwecji jest to zabronione. Szwedzki urzędnik wie lepiej co jest dobre dla moich psów niż ja, który poświęciłem całe życie dla mushingu! Znam swoje psy doskonale, wiem który czego potrzebuje i ta wiedza potwierdza się we wszystkich moich działaniach. Ale to młoda inspektorka po 10 minutowej rozmowie ze mną wie lepiej.
Nie mam zamiaru nigdy więcej dać się tak traktować. Tam nie ma żadnej wolności. Ich przepisy są fikcją i totalną ściemą. Według ich idiotycznych wytycznych moim psom było źle w przyczepie, więc postanowili je zabić. Czy ktoś może zrozumieć taki idiotyzm? Takie coś możliwe jest tylko w szwecji, która chwali się brakiem bezdomnych zwierząt, które po prostu są zabijane. Taki mają sposób na bezdomność.

Przyczepa, w której pies po ciężkim treningu ma doskonałe warunki do odpoczynku, jest zła, ale spanie psów na śniegu, bez słomy i kurtek podczas ich "kultowej" imprezy Fjalraven Polar jest ok.
Przyczepa be, a bieganie bez butów i kurtek na tejże imprezie i we wszystkich kenelach turystycznych ok. Przyczepa be, a zabijanie starszych psów ok. Starszy pies w szwecji to już ośmiolatek. Przyczepa be, a eutanazja na życzenie ok! Taka jest szwecja.

Zająłem się mushingiem wiele lat temu, bo dawał w cywilizowanym świecie namiastkę wolności. W terenie z psami, wiatrem i przestrzenią czułem się wolny. szwecja zabiła to poczucie. Nie tylko szwecja zresztą. Przepisy, papiery, ciągłe ich zmiany. To zabija ducha, doprowadza do absurdu, z którego ja się wypisuję. Nie interesuje mnie mushing obarczony coraz głupszymi przepisami i ludźmi.
Do widzenia.











niedziela, 8 stycznia 2017

Wieści z koła polarnego

Nowy rok rozpoczęliśmy, jak zwykle, od pracy z psami. Ja w Laponii, Daria i Kacper w Polsce. Ja mam tutaj 13 psów, oni 28 i cały dom na głowie. Ja "tylko" treningi i Husky Safari.

Wczoraj miałem z psami pobiec wyścig Beaskadas 300 w Norwegii. Nie pobiegłem, bo pogoda szaleje jak opętana w Finnmarku i wyścig przesunięto na następny weekend. Dla mnie to klapa. Za tydzień mam gości na kolejne Safari i jechać do Norwegii nie mogę. Mocno to komplikuje mój plan.
W północnej Norwegii od początku grudnia panują masakryczne warunki. Opady deszczu i wichury bardzo utrudniają życie psim zaprzęgom. Dla mnie to problem jeszcze wiekszy, bo Beaskadas jest kwalifikacją do dwóch nastepnych wyscigów i kluczem do realizacji Trylogii Norweskiej.

Nie chcę jeszcze podejmować żadnych ostatecznych decyzji. Zobaczę co wydarzy się dalej. Póki co muszę skupić się na moich gościach i pokazać im Laponię z maszerskiego punktu widzenia.

Poza wszystkim mamy tu, w Vuollerim, piękną zimę. Jest mróz i sporo śniegu. Ostatnie dwa dni z temperaturami -34 pokazały możliwości zimy w tym rejonie, a pewnie nie było to ostanie jej słowo.

Pozdrawiam z Dalekiej Połnocy
Krzysztof

niedziela, 25 grudnia 2016

Świąteczny prezent


Jak zwykle około osiemnastej wyszedłem karmić psy. Wypuściłem całą ekipę z przyczepy, przygotowałem stół, na którym napełniam miski, dolałem oleju i cieplej zupy. Za moimi plecami cały czas świeciła na niebie zorza. Niemal każdego dnia ją obserwuję, jednak ze względu na latarnie uliczne i światła domów sąsiadów nie dawało jej się dotąd sfotografować, Zbyt słabo była widoczna.

Dzisiaj jednak stało się inaczej. Zorza rozbłysła dużo mocniej niż dotąd, na dodatek ożyła. Przestała być statyczna i zaczęła falować. Ten jej ruch jest niesamowity, magiczny, nieprawdopodobny.
Tym razem udało mi się zarejestrować co nieco aparatem, ale to co było dzisiaj najciekawsze okazało się dla obiektywu zbyt dynamiczne. Nie zarejestrował niczego. Dlatego moje to co widziałem własnym okiem.

To najlepszy prezent świąteczny jaki moglem dostać tutaj.

sobota, 24 grudnia 2016

Świąteczny czas


Święta to czas magiczny. Wreszcie trochę zwalniamy, przestajemy pracować, mamy chwilę na zadumę, refleksję nad naszym życiem, której na co dzień nam brakuje.
Taka jest największa zaleta świąt. Czas spędzony z rodziną, z najbliższymi, z którymi dzieli się dolę i niedolę. Rodzina to najważniejsza sprawa na świecie. Nie ma niczego ponad nią. Czuje się to zwłaszcza, gdy rodzina jest daleko.

Daria z Kacprem w Polsce, ja w Szwecji. Na szczęście jest internet i telefony. Mamy stały kontakt. I świadomość, że ta rozłąka jest po coś. Po to, bym przygotował grunt dla nas wszystkich na lapońskiej ziemi. Następne święta spędzimy już razem i będą one najwspanialsze w naszym życiu. Już my się o to postaramy.

Tymczasem u mnie w Vuollerim pada śnieg. Sypie od nocy i sypać ma do jutra. A jutro wedlug prognoz piękna pogoda. Wczoraj temperatura doszła niemalże do -20, dzisiaj natomiast jest ledwie -8. Tutaj to ciepło.

Życzymy Wam wszystkim ciepłych właśnie świąt, spędzonych z najbliższymi. Wszystkiego najlepszego na święta i nie tylko. Kochajcie się i szanujcie, bo rodzina i przyjaciele to największy skarb jaki człowiek może w życiu znaleźć.

piątek, 23 grudnia 2016

Beaskades 300



Za dwa tygodnie stanę z moim psim zespołem na starcie pierwszego w tym sezonie długodystansowego wyścigu psich zaprzęgów Beaskades 300. Wyścigu najważniejszego dla mnie w tym sezonie. On jest bowiem kwalifikacją do dwóch kolejnych.
Specjalnie po to, aby mieć szansę na pozytywne zakończenie zmagań z jego trasą, wybrałem się na trening do szwedzkiej Laponii. To przez ten wyścig spędzę święta z dala od mojej rodziny. Po raz pierwszy nie będziemy w święta razem. Nie jest to dla nas proste. Tym bardziej więc zależy mi na powodzeniu w tych zawodach. Skoro płacimy za to tak wysoką psychicznie cenę, to niech będzie sukces.

Oczywiście zaklinanie rzeczywistości nic tutaj nie da. Realia są twarde. Albo dam radę przygotować mój zespół, albo nie. Taryfy ulgowej nie będzie, tak jak i zresztą nie było jej nigdy.
Rzeczywistość nas nie rozpieszczała. W Polsce warunki treningowe zawsze były trudne, stąd decyzja o przygotowaniach w Szwecji. Tutaj jednak też nie jest różowo. Na początku było nieźle, ale dwudniowa odwilż z opadami deszczu wszystko zamieniła w lodowisko. Na dzisiejszym treningu doszło do bardzo groźnej sytuacji. Na szczęście doświadczenie i rozsądek wzięły górę i uchroniły mnie przed poważnym wypadkiem. Kolejna lekcja maszerskiej pokory. Na co dzień nie zdaję sobie sprawy z zagrożeń, owszem sport ekstremalny, ale zazwyczaj mam nad wszystkim kontrolę, aż nagle zdarza się dzień jak dzisiaj i wszystko biorą diabli. Tylko wielkie doświadczenie ratuje sytuację. Dzisiaj mogło skończyć się bardzo źle dla mnie. Na szczęście mam tylko podrapany trochę nos.

Na Beaskades 300 zgłosiło się ponad 60 zaprzęgów. Na moim dystansie z 8 psów jest ich 34. W tym jeden Polak oprócz mnie, Marcin Harna, pracujący i trenujący na co dzień w norweskim Tromso.
Dwóch Polaków, trzech Finów i jedna Szwedka, cała reszta to Norwegowie. Tak jest zazwyczaj na wszystkich wyścigach długodystansowych. Norwegowie są w przytłaczającej większości.

Dwa tygodnie treningów, szlifowania formy, a potem zobaczymy jak będzie. Oby tylko warunki na trasach się poprawiły, bo obecne lodowisko i tu w Szwecji i tam w Norwegii nie napawa optymizmem. Jestem jednak dobrej myśli. Pogoda musi się poprawić.

Poniżej pełna lista zawodników startujących z ósemką psów na 220 kilometrowej trasie:

Sølvi Monsen, Alta, Beskades husky, Alta THK
Herlof Hammari, Alta, Lamas kennel, Alta THK
Runar Terje Foslund, Alta, Vidar Uglebakken, Alta THK
Marion Jarry, Varangerbotn, Vesterelva & Viddas
Maja Sellevoll, Storslett, Røyelskampen kennel, Nordreisa THK
Emma Cowell, Langfjordbotn, Azgard N70, Alta THK
Christian Kunz, Kvaløya, Tromsø Villmarksenter
Raine Niemi, Finland, Team Maglelin, Pohjos-Lapin V.
Karolliina Ruippo, Finland, Team Magelin, Pohjos-Lapin V.
Sanja Heikkila, Storslett
Heidi Walseth, Alta, Haldde husky, Alta THK
Vidar Myklevoll, Alta, Northern Lights husky, Alta THK
Tommy Theodorsen, Straumsbukta, Kvaløya husky, Troms THK
Geir-Ivar Vikholt, Borkenes, Suna-Sanik kennel
Silje Holmen Larsen, Storslett. Nirva Huskies
Mailin Jerijervi, Svanvik. Tripp Trapp husky, Varanger THK
Kenneth Nilsen, Alta, Tverrelvdalen husky, Alta THK
Dre Langefeld, Langfjordbotn. Vidda Runners Huskies
Hans Petter Harangen, Lakselv. Vestavinden husky. Alta THK
Silje Maret Somby, Karasjok, Alta THK
Anna Dorothea Yri, Alta, Yri kennel. Alta THK
Åse Østvold, Alta, Bechs racing kennel. Alta THK
Marcin Harna, Kvaløysletta, Tromsø Villmarkssenter
Rune Røksland, Lakselv, Vov Vov Husky, Alta THK
Krzysztof Nowakoski, Polen. Syberiada Adventure
Ebbe W. Pedersen, Alta, Northern Lights huskies. Alta THK
Elaine Brown, Alta, Northern Lighs huskies
Ingvill Aasheim, Langfjordbotn, Parken gård husky
Matti Salmi, Finland, Nellim husky
Kristoffer Bjørkhaug, Alta, North Cape huskies
Raghnild Larshus, Alta North Cape huskies
Mads Larsen, Alta, Northern lights husky
Maria Sparboe, Alta, Team Horisont, Alta THK
Anette Jonsson, Sverige, Team Saari Sleddogs

czwartek, 22 grudnia 2016

Polarna codzienność


Pierwszy wyścig tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. To już 6 stycznia w norweskiej Gargii. Trzeba przygotować solidnie zespół.
Dlatego codziennie robimy to samo. Pobudka około 7. Śniadanie, przegląd prasy internetowej, wyjście do psów. Muszę przygotować im śniadanie. Wypuścić z przyczepy, każdego przejrzeć, popatrzeć czy wszystko w porządku.
Kiedy psy zjedzą zabieram się za przygotowanie sprzętu do treningu. Robię psom przekąski na trasę, zakładam im szelki i buty.
Możemy ruszać.

Kiedy mam gości to pomagają mi w tym wszystkim, kiedy ich nie ma robię wszystko sam. Każdego dnia. Od czasu do czasu nadchodzi dzień odpoczynkowy. Dla psów i dla mnie. Jak już nadejdzie, to nie wiadomo co z nim robić. Trudno jest wyskoczyć na chwilę z kołowrotu.

Miałem taki dzień w ostatni poniedziałek. Odespałem trochę sennych zaległości jeszcze z Polski i solidnie poczytałem książkę Jacka Hugo-Badera pt. "Skucha". Czyta się to bardzo szybko, uwielbiam styl Badera, a i tematy w jego książkach raczej z tych mnie wciągających. Lecą więc strony szybko. Jak skończę to biorę się za najnowszą o Jurku Kukuczce.

Dzisiaj spróbujemy pojechać w stronę Harads. Znalazłem kilka dni temu drogowskaz, to dzisiaj tam spróbujemy. Wczoraj szlak do Kabdalis okazał się nieistniejący. Po czterech kilometrach trafiliśmy na coś w rodzaju pętli tramwajowej. Ktoś zatoczył koło skuterem i wrócił. Z sześdziesięciokilomertowej trasy istnieją na razie tylko cztery. To kiepska wiadomość. W tamtym rejonie pozostaje nam włóczenie się po szosie. Tylko, że pierwsze jej cztery kilometry przy ostatnim opadzie deszczu posypano piaskiem. Wczoraj zamordowałem tam do końca ślizgi w treningowych saniach. Trudno inaczej kiedy osiem w sumie kilometrów robi się po żwirze.

Jeśli szlak do Harads okażę się tak samo niedrożny to zostaje nam tylko zapora, a ta napawa mnie niepokojem. Jej ogrom źle działa na moją psychę. Chociaż może raczej chodzi o zalodzony, stromy zjazd do niej? No cóż, trzeba będzie ją oswoić. Mushing to sport ekstremalny, więc nie ma co liczyć, że zawsze będzie przyjemnie. Strach, lęk, obawa, to stały towarzysz maszera. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to oswoić.

środa, 21 grudnia 2016

Zmiana pogody

W niedzielę popołudniu zrobiło się nagle dużo cieplej. Z -10 temperatura podniosła się do -5, ale tylko pozornie wciąż był mróz. Wieczorem zaczął padać deszcz. Widocznie wyżej była dodatnia temperatura, a mróz pokazywany przez termometry to efekt zimna bijącego od śniegu i lodu.
Po deszczu wszystko pokryło się lodową glazurą. Jest bardzo niebezpiecznie chodzić, a co dopiero jechać zaprzęgiem. Na razie wygląda to kiepsko. Zobaczymy co nas dzisiaj czeka. Czy bieg w teren, czy dzień relaksu, drugi już z rzędu, bo wczorajszy był wcześniej zaplanowany.

Niedzielę wykorzystałem na wycieczkę do Jokkmokk. Bardzo ładne miasteczko, w ten dzień emanujące spokojem. Wszystko pozamykane włącznie z samskim muzeum, które jest tam dużą atrakcją. Szwedzi nie pracują jednak w niedzielę, nie licząc pracowników marketów, które są otwarte na okrągło od 8 do 22.

Nie omieszkałem więc wejść do jednego z nich. Od razu zauważyłem na półce tutejszy smakołyk. Blodpuding, czyli puding(?) galaretka(?) z krwi. Je się to z konfiturą na przykład.
Krwawy puding to jednak nic przy innym szwedzkim specjale. Kiszonych śledziach. To ni mniej ni więcej, jak zgniłe śledzie zamknięte w puszce. Wyjątkowa ohyda.
Te puszki są tak nagazowane, że potrafią wybuchać, dlatego nie ma mowy aby wpuszczono kogoś z tym specjałem do samolotu. Szwedzi podobno otwierają taką puszkę w ogródku, w wykopanym wcześniej dołku. Po przebiciu puszki tryska z niej wyjątkowo cuchnąca ciecz, którą należy odcedzić. Jeśli zrobimy to w domu, to smród pozostanie w nim na lata. Ponoć wielu Szwedów ma w trakcie otwierania tych puszek odruch wymiotny. Mimo to uwielbiają zgniłe śledzie i zajadają je z chrupkim pieczywem.

Przysmak ten wymyślono, kiedy dawno temu sprzedawano Finom solone śledzie. Szwecja była w tamtych czasach ubogim krajem, więc ktoś postanowił zaoszczędzić na drogiej soli i wysłać Finom trochę mniej solone śledzie niż zazwyczaj. Te, jak się okazało, nie przetrwały transportu i zgniły. Beczki wróciły do Szwecji. Tam natomiast nie chcąc zmarnować takiej ilości towaru zjedzono go w takim stanie w jakim był. W ten oto sposób powstał narodowy przysmak. Smacznego.

niedziela, 18 grudnia 2016

Zorza polarna

Jak to z nią bywa pojawiła się nagle wczoraj wieczorem i równie nagle zniknęła. Zrobiła mniej więcej piętnastominutowy pokazik i nie zdążyłem nawet ustawić statywu z aparatem. W każdym razie była, pokazała się i mam nadzieję na znacznie więcej.

Wczoraj też eksplorowałem dalej teren wokół domu. Na mapie znalazłem szlak prowadzący do Jokkmokk i Kabdalis. Ruszyłem nim szczęśliwy, że nie wszystkie drogi prowadzą przez tamę na rzece Lulealven, dokąd dotarłem przedwczoraj. Do zapory prowadzi dość karkołomna trasa. Wijąca się w górach w zasadzie ścieżka szerokości sań. Jest na niej mnóstwo podjazdów i co oczywiste także zjazdów. Te są wyjątkowo ekscytujące. Duża stromizna to duża prędkość zaprzęgu nawet pomimo hamowania. Przy tych prędkościach przelatuje się między drzewami dosłownie na milimetry. Trzeba być bardzo skupionym, aby nie doszło do wypadku.
Na koniec, ostatni kilometr do zapory wiedzie zalodzoną asfaltową drogą. Mocno w dół. Idzie ona także po samej zaporze, na drugą stronę rzeki. Na szosie jest bardzo ślisko, a hamowanie mało skuteczne. To taki zjazd, który po prostu trzeba przetrwać.
Kiedy natomiast zbliżyłem się do zapory, mym oczom ukazał się widok wprost imponujący. Zapora jest ogromna. Wznosi się dobre pięćdziesiąt metrów nad lustro rzeki po drugiej stronie rzeki. Do tego otaczają ją góry. Pięknie i groźnie jednocześnie.

Wczoraj, po przeżyciach około zaporowych, chciałem trasy łatwiejszej, na której nie będę musiał się tak mocno skupiać, a Erene łatwo poradzi sobie z zaprzęgiem.
Właśnie taką trasą okazał się szlak do Jokkmokk, którym wyruszyliśmy wczoraj.
Do Jokkmokk mam czterdzieści sześć kilometrów, więc szlak zapowiadał się doskonale. Zapowiadał, bowiem po mniej więcej półtora kilometra od domu skończył się na jakiejś asfaltówce.
Rozglądałem się wokół szukając znaczników, pojechałem po śladach jakiegoś skutera, nic. Szlaku dalej nie ma. Najprawdopodobniej nie ma go jeszcze. Jest początek zimy, turyści jeszcze nie dotarli, więc nie ma dla kogo go utrzymywać w przejezdnym stanie.
W tej sytuacji wybrałem jazdę szosą. Najpierw po lodzie, a po kilku kilometrach skręciłem w inną, mniej uczęszczana szosę, którą przykrywał przyjemny śnieg. Psom biegło się doskonale, ja moglem odpocząć od trudności technicznych, a Erene bezstresowo rozkoszować się jazdą zaprzęgiem.
Przez dwadzieścia kilometrów spędzonych na szosie, minął nas jeden samochód.
Poczułem się jak maszerzy z Alaski, którzy do treningów wykorzystują Denali Highway, na której mijają się z tirami, z rzadka oczywiście. Wystarczy, że na takiej drodze zaprzęg trzyma się prawej strony i można śmigać. Kierowcy tutaj są bardzo ostrożni zbliżając się do psów. 

Dzisiaj dzień odpoczynkowy, wizyta w sennym Jokkmokk, a jutro wracamy do zaprzęgowego młyna. Przed świętami pierwsza próba z dużo dłuższym dystansem niż dotychczas, czyli ponad 50 km. W święta atak na 100. Pierwszy wyścig coraz bliżej.

sobota, 17 grudnia 2016

Vuollerim - 17 grudnia 2016


Zorza się nie pokazała. Usłyszałem, że jest za ciepło. A jest -15. Może coś w tym jest, a może to wina księżyca, który świeci jak opętany ostatnio. W każdym razie czekam dalej cierpliwie.

Wieczorem dotarło nareszcie mięso dla psów. 525 kilogramów mieszanki łososia z kurczakiem i wołowiną. Psy szczęśliwe, ja również. Nic tak nie poprawia morale zespołu jak pełne brzuchy.

Wciąż nie mam internetu. Te posty zamieszczam dzięki uprzejmości dobrych ludzi. Pojawiła się jednak pewna szansa, że jednak podłączę się do sieci. Najwcześniej jednak dopiero na koniec przyszłego tygodnia.

Jest tutaj ze mną od dwóch dni pierwsza uczestniczka Husky Safari. To Erene z Wielkiej Brytanii. Jak zwykle mam spore kłopoty ze zrozumieniem angielskiego u Anglika. Rozumiem co po angielsku mówią Niemcy, Szwedzi, Finowie i inni, natomiast nie rozumiem Anglików. Masakra. Jakoś sobie jednak radzimy. Wczoraj Erene była pierwszy raz zaprzęgiem w terenie. Dzisiaj drugi raz. Zobaczymy jak poradzi sobie z psami i trudnościami trasy, choć dzisiaj spróbujemy poszukać jakiejś mniej ekscytującej.

Początek w Vuollerim

Dojechałem, to pierwsza informacja. Długa droga za mną i muszę napisać, że samotna jazda przez niemal 2300 km, to żadna frajda. Na pamięć znam teksty wszystkich piosenek które, miałem w odtwarzaczu i wszystkie audiobooki. Tak to jest, kiedy nie ma do kogo otworzyć ust. Zwłaszcza nie jest to proste dla takiego gaduły jak ja :)

W każdym razie jestem. Dotarłem tutaj wczoraj około godziny 4 nad ranem. Końcówka podróży była straszna. Piekielnie straszna. Co kilka kilometrów musiałem się zatrzymywać i wychodzić z samochodu na mróz. Inaczej zasnąłbym za kierownicą. Pchała mnie do przodu jedynie świadomość, że to ostatnie 80 km i położę się do łóżka w ciepłym domu. Choć tak naprawdę, to jechałem jedynie dlatego, że wyjechali mi na przeciw moi przyjaciele. Ania, Mikołaj i Kuba. Skoro postanowili poprowadzić mnie na ostatnim odcinku, to nie byłoby w porządku powiedzieć im nagle, że staję i śpię w samochodzie. Musiałem dojechać do domu.

Poranek był straszny. Przed pójściem spać musiałem oczywiście zająć się jeszcze psami, wypuścić je z przyczepy, napoić, dać coś do jedzenia. Do tego zabrałem z samochodu wszystko to co mogło w nim zamarznąć. Soki, mokre jedzenie, warzywa, komputer, aparat foto i kamerę.
Spać położyłem się około piątej, a budzik dzwonił o ósmej trzydzieści. Słysząc go nie mogłem zrozumieć o co mu chodzi, ani gdzie ja właściwie jestem.

Dzisiaj jest już dużo lepiej. Jedna przespana normalnie noc poprawiła zdecydowanie mój stan.

No dobrze, teraz o Vuollerim i północy Szwecji w ogóle.
Jest ciemno, to po pierwsze. Noc polarna jest w rozkwicie. Co prawda robi się widno tak mniej więcej około dziewiątej, ale już po trzynastej powoli zaczyna zapadać zmrok. Przez te cztery godziny jest na tyle jasno, że można swobodnie robić coś na zewnątrz, natomiast w domach ludzie i tak palą światła. Nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe, mam tylko wrażenie, że od czternastej jest już noc. Czekałem na mięso dla psów, które obiecali dowieść mi dziś wieczorem. Słyszę to i myślę sobie, jak to wieczorem, jak już jest wieczór i to raczej późny, po czym zerkam na zegarek, a ten pokazuje dopiero piętnastą, a tu mrok jak o drugiej w nocy. No cóż trzeba się do tego przyzwyczaić. Tu i tak nie jest tak źle. Jeszcze ciemniej jest teraz dalej na północy. Choćby w Inari, czy Alcie.

Ciemność to jedno, ale opowiem wam teraz trochę o jeżdżeniu samochodem tutaj. Otóż drogi są kompletnie zalodzone. Asfaltu nie widać spod lodu zupełnie. Wygląda to na jakiś koszmar. Jak po tym jeździć? Zwłaszcza, że tutaj są góry. Jest na to jednak sposób. Opony z kolcami. Te kolce to takie niewielkie stalowe wypustki, ledwo wystające ponad bieżnik opony. One jednak wystarczają w zupełności, aby zapewnić samochodom przyczepność. Dzięki nim ludzie jeżdżą tutaj jak po asfalcie. Szwedzi i inni mieszkańcy północy pędzą po tych lodowiskach z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę, za nic mając zakręty i strome zjazdy. Kolce tak świetnie trzymają, że jest to możliwe.
Kiedyś myślałem, że nigdy nie będę w stanie po lodach jeździć tak szybko jak oni, a tymczasem już w Finlandii gnałem z przyczepą dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co wcześniej wydawało mi się czystym szaleństwem. Jest bowiem coś irracjonalnego w jeździe samochodem z takimi prędkościami, po ciemku, drogą, którą niemal nie daje się iść pieszo, gdyż jest tak okropnie ślisko.

Teraz parę słów o dzikich zwierzętach. Laponia to oczywiście renifery. Widziałem dzisiaj mnóstwo ich śladów na śniegu, ale żadnego z nich osobiście. Gdzieś się kręcą, nawet jeden musiał być dzisiaj blisko mojego domu, ale widziałem tylko ślady. Renifery to oczywistość. Spotkania z nimi są bezpieczne, choć oczywiście nie zawsze. One też nie lubią kiedy ktoś jest nachalny i kręci się blisko nich. Wtedy najczęściej po prostu uciekają. Jest jednak zwierzę tutaj, które raczej nie będzie uciekać. To łoś. Jednego z nich spotkaliśmy wczoraj w nocy na trasie. Stanął na środku jezdni i patrzył na samochód. W takiej sytuacji nie wolno go poganiać, ani straszyć. Na łosia to nie podziała. Wręcz przeciwnie. Wszyscy opowiadają tutaj historię jak to pewien kierowca zaczął na tego zwierza trąbić. Łoś potraktował to jako agresję do jego własnej osoby i agresją postanowił odpowiedzieć. Facet uciekał na wstecznym biegu, a łoś demolował mu samochód. Rozbił przednią szybę, zniszczył maskę, a w końcu uszkodził i silnik. Nie wolno poganiać łosi. Jedyny bezpieczny sposób to stać spokojnie i łaskawie czekać aż on sobie pójdzie. Pod żadnym też pozorem nie wolno wychodzić z samochodu.
Ciekawe jak wyglądają tu spotkania z łosiami podczas jazdy psim zaprzęgiem? Czy obecność psów przegoni łosia, czy też może właśnie sprowokuje go do ataku? Mam nadzieję, że nigdy tego nie sprawdzę.

Jest tu jeszcze jedno duże zwierzę, ono jednak teraz śpi pogrążone w zimowym śnie. To niedźwiedź. Jest podobno ich tu sporo i nierzadko zaglądają do wiosek. Zwłaszcza wiosną kiedy budzą się głodne i chude i wyruszają na poszukiwanie żywności. Niedźwiedzie będą jednak spały jeszcze do kwietnia.

Napiszę też, że Vuollerim to bardzo urokliwe miejsce. Wszyscy mieszkają w tradycyjnych skandynawskich, drewnianych domach. Większość z nich ma bordowy, albo żółty kolor. Mój jest żółty. Jest tutaj szkoła, biblioteka, sklep, stacja benzynowa i dom kultury. Jest hotel i czynny tylko latem camping. Cisza i spokój. Ludzie żyją w swoim spokojnym rytmie. Miasteczko sprawia wrażenie dość sennego, pewnie dlatego, że ludzie tu tylko mieszkają, a większość z nich dojeżdża gdzieś do pracy. Choćby do odległego o czterdzieści kilometrów Jokkmokk.

No dobrze, to byłoby na tyle jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia. Jestem, jakby nie patrzeć, na końcu cywilizowanego świata. Tutaj bezkresna natura przenika się z cywilizacją na każdym kroku. Ma się wrażenie bycia na granicy. Zasięg telefonów, samochody, telewizory, a tymczasem kilkaset, a może nawet kilkadziesiąt metrów obok panuje już natura i jej ogrom. Dziś pojechałem zaprzęgiem w teren po raz pierwszy. Szlak najpierw prowadził niemal obok domów, a za moment, dosłownie za zakrętem, zaczął się dziki bór. Gęsty las, zwalone stare drzewa, potoki, mnóstwo śladów zwierząt i śnieg. Dużo śniegu. Im bardziej jechałem przed siebie tym bardziej oddalałem się od cywilizacji. Psy biegły przed siebie jak oszalałe, szybko oddalając nas od Vuollerim, od ludzi i ich świata. Pierwszy bieg w nowym miejscu zawsze jest szalony. Psy wyspane w podróży roznosi dosłownie energia. Chcą działać, biegać, i kiedy już mogą, robią to z dziką pasją. Zazwyczaj zapominają przy tym o niemal wszystkich zasadach, Robią się głuche na moje komendy i prośby o odrobinę choćby spokoju, tak mi przecież potrzebnego kiedy rozpoznaję dopiero teren. Nic z tego. Psy robią to po swojemu.
Jutro na szczęście powinno być już spokojniej. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Pierwszy kontakt z terenem pokazał mi też jego trudności. To nie jest płaska powierzchnia wielkiego zamarzniętego jeziora. To góry z krętymi ścieżkami, podbiegami i szalonymi zjazdami. Będzie niełatwo, ale przecież właśnie takich trudności szukałem. Im ciężej będzie na treningu tym mniej nas zaskoczy na trasach wyścigów.

Pozdrawiam z zimowego na maksa Vuollerim. Dzisiaj -15 i niemal czyste niebo w tej chwili, więc może pokaże się zorza.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...