Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Beaskades 300



Za dwa tygodnie stanę z moim psim zespołem na starcie pierwszego w tym sezonie długodystansowego wyścigu psich zaprzęgów Beaskades 300. Wyścigu najważniejszego dla mnie w tym sezonie. On jest bowiem kwalifikacją do dwóch kolejnych.
Specjalnie po to, aby mieć szansę na pozytywne zakończenie zmagań z jego trasą, wybrałem się na trening do szwedzkiej Laponii. To przez ten wyścig spędzę święta z dala od mojej rodziny. Po raz pierwszy nie będziemy w święta razem. Nie jest to dla nas proste. Tym bardziej więc zależy mi na powodzeniu w tych zawodach. Skoro płacimy za to tak wysoką psychicznie cenę, to niech będzie sukces.

Oczywiście zaklinanie rzeczywistości nic tutaj nie da. Realia są twarde. Albo dam radę przygotować mój zespół, albo nie. Taryfy ulgowej nie będzie, tak jak i zresztą nie było jej nigdy.
Rzeczywistość nas nie rozpieszczała. W Polsce warunki treningowe zawsze były trudne, stąd decyzja o przygotowaniach w Szwecji. Tutaj jednak też nie jest różowo. Na początku było nieźle, ale dwudniowa odwilż z opadami deszczu wszystko zamieniła w lodowisko. Na dzisiejszym treningu doszło do bardzo groźnej sytuacji. Na szczęście doświadczenie i rozsądek wzięły górę i uchroniły mnie przed poważnym wypadkiem. Kolejna lekcja maszerskiej pokory. Na co dzień nie zdaję sobie sprawy z zagrożeń, owszem sport ekstremalny, ale zazwyczaj mam nad wszystkim kontrolę, aż nagle zdarza się dzień jak dzisiaj i wszystko biorą diabli. Tylko wielkie doświadczenie ratuje sytuację. Dzisiaj mogło skończyć się bardzo źle dla mnie. Na szczęście mam tylko podrapany trochę nos.

Na Beaskades 300 zgłosiło się ponad 60 zaprzęgów. Na moim dystansie z 8 psów jest ich 34. W tym jeden Polak oprócz mnie, Marcin Harna, pracujący i trenujący na co dzień w norweskim Tromso.
Dwóch Polaków, trzech Finów i jedna Szwedka, cała reszta to Norwegowie. Tak jest zazwyczaj na wszystkich wyścigach długodystansowych. Norwegowie są w przytłaczającej większości.

Dwa tygodnie treningów, szlifowania formy, a potem zobaczymy jak będzie. Oby tylko warunki na trasach się poprawiły, bo obecne lodowisko i tu w Szwecji i tam w Norwegii nie napawa optymizmem. Jestem jednak dobrej myśli. Pogoda musi się poprawić.

Poniżej pełna lista zawodników startujących z ósemką psów na 220 kilometrowej trasie:

Sølvi Monsen, Alta, Beskades husky, Alta THK
Herlof Hammari, Alta, Lamas kennel, Alta THK
Runar Terje Foslund, Alta, Vidar Uglebakken, Alta THK
Marion Jarry, Varangerbotn, Vesterelva & Viddas
Maja Sellevoll, Storslett, Røyelskampen kennel, Nordreisa THK
Emma Cowell, Langfjordbotn, Azgard N70, Alta THK
Christian Kunz, Kvaløya, Tromsø Villmarksenter
Raine Niemi, Finland, Team Maglelin, Pohjos-Lapin V.
Karolliina Ruippo, Finland, Team Magelin, Pohjos-Lapin V.
Sanja Heikkila, Storslett
Heidi Walseth, Alta, Haldde husky, Alta THK
Vidar Myklevoll, Alta, Northern Lights husky, Alta THK
Tommy Theodorsen, Straumsbukta, Kvaløya husky, Troms THK
Geir-Ivar Vikholt, Borkenes, Suna-Sanik kennel
Silje Holmen Larsen, Storslett. Nirva Huskies
Mailin Jerijervi, Svanvik. Tripp Trapp husky, Varanger THK
Kenneth Nilsen, Alta, Tverrelvdalen husky, Alta THK
Dre Langefeld, Langfjordbotn. Vidda Runners Huskies
Hans Petter Harangen, Lakselv. Vestavinden husky. Alta THK
Silje Maret Somby, Karasjok, Alta THK
Anna Dorothea Yri, Alta, Yri kennel. Alta THK
Åse Østvold, Alta, Bechs racing kennel. Alta THK
Marcin Harna, Kvaløysletta, Tromsø Villmarkssenter
Rune Røksland, Lakselv, Vov Vov Husky, Alta THK
Krzysztof Nowakoski, Polen. Syberiada Adventure
Ebbe W. Pedersen, Alta, Northern Lights huskies. Alta THK
Elaine Brown, Alta, Northern Lighs huskies
Ingvill Aasheim, Langfjordbotn, Parken gård husky
Matti Salmi, Finland, Nellim husky
Kristoffer Bjørkhaug, Alta, North Cape huskies
Raghnild Larshus, Alta North Cape huskies
Mads Larsen, Alta, Northern lights husky
Maria Sparboe, Alta, Team Horisont, Alta THK
Anette Jonsson, Sverige, Team Saari Sleddogs

czwartek, 22 grudnia 2016

Polarna codzienność


Pierwszy wyścig tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. To już 6 stycznia w norweskiej Gargii. Trzeba przygotować solidnie zespół.
Dlatego codziennie robimy to samo. Pobudka około 7. Śniadanie, przegląd prasy internetowej, wyjście do psów. Muszę przygotować im śniadanie. Wypuścić z przyczepy, każdego przejrzeć, popatrzeć czy wszystko w porządku.
Kiedy psy zjedzą zabieram się za przygotowanie sprzętu do treningu. Robię psom przekąski na trasę, zakładam im szelki i buty.
Możemy ruszać.

Kiedy mam gości to pomagają mi w tym wszystkim, kiedy ich nie ma robię wszystko sam. Każdego dnia. Od czasu do czasu nadchodzi dzień odpoczynkowy. Dla psów i dla mnie. Jak już nadejdzie, to nie wiadomo co z nim robić. Trudno jest wyskoczyć na chwilę z kołowrotu.

Miałem taki dzień w ostatni poniedziałek. Odespałem trochę sennych zaległości jeszcze z Polski i solidnie poczytałem książkę Jacka Hugo-Badera pt. "Skucha". Czyta się to bardzo szybko, uwielbiam styl Badera, a i tematy w jego książkach raczej z tych mnie wciągających. Lecą więc strony szybko. Jak skończę to biorę się za najnowszą o Jurku Kukuczce.

Dzisiaj spróbujemy pojechać w stronę Harads. Znalazłem kilka dni temu drogowskaz, to dzisiaj tam spróbujemy. Wczoraj szlak do Kabdalis okazał się nieistniejący. Po czterech kilometrach trafiliśmy na coś w rodzaju pętli tramwajowej. Ktoś zatoczył koło skuterem i wrócił. Z sześdziesięciokilomertowej trasy istnieją na razie tylko cztery. To kiepska wiadomość. W tamtym rejonie pozostaje nam włóczenie się po szosie. Tylko, że pierwsze jej cztery kilometry przy ostatnim opadzie deszczu posypano piaskiem. Wczoraj zamordowałem tam do końca ślizgi w treningowych saniach. Trudno inaczej kiedy osiem w sumie kilometrów robi się po żwirze.

Jeśli szlak do Harads okażę się tak samo niedrożny to zostaje nam tylko zapora, a ta napawa mnie niepokojem. Jej ogrom źle działa na moją psychę. Chociaż może raczej chodzi o zalodzony, stromy zjazd do niej? No cóż, trzeba będzie ją oswoić. Mushing to sport ekstremalny, więc nie ma co liczyć, że zawsze będzie przyjemnie. Strach, lęk, obawa, to stały towarzysz maszera. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to oswoić.

środa, 7 grudnia 2016

Sezon 2017

6 stycznia rozpoczynamy realizację Trylogii Norweskiej startem w wyścigu Beaskadas 300. 220 kilometrów trasy wiodącej przez tundrę płaskowyżu Finnmark. Tuż nad Oceanem Arktycznym. W samym środku nocy polarnej.

Dystans dość spory jak na początek sezonu, bo nie wszędzie były dobre warunki do treningu. W Polsce jak zwykle, raz cieplej, raz zimniej, często z deszczem. Nie ma co do tego wracać. W naszym kraju zawsze tak wygląda jesienno-zimowa pogoda. To dlatego przecież wyjeżdżamy na treningi do Szwecji.
Różowo także jednak nie było z warunkami i w samej Norwegii. Wiem od znajomego z Tromso, że też przeczekiwał okresy niepogody. Najgorsze były deszcze i przychodzący po nich mróz, który zamieniał teren w lodowisko. Teraz im się tam poprawiło, bo wreszcie spadł śnieg.

Co innego w Szwecji. W okolicach Jokkmokk, czyli tam, gdzie znajdziemy się już za kilka dni, warunki wymarzone. Jest mnóstwo śniegu i spory mróz, sięgający -20 stopni. To tylko potwierdza sens wyboru tego miejsca na nasze przygotowania.

Sezon 2017 będzie naszym najdłuższym i najtrudniejszym sezonem w całej naszej, trwającej już siedemnaście lat, zaprzęgowej karierze. Mamy nadzieje też, iż będzie to sezon szczęśliwy, obfitujący w pozytywne wibracje i dający mnóstwo satysfakcji nam i naszym przyjaciołom, którzy są z nami, wspierają nas i życzą nam jak najlepiej.

Zostało nam jeszcze do załatwienia kilka spraw, kilka napraw w domu, pakowanie... i w sobotę ruszamy. Jeszcze o tym napiszemy.

niedziela, 27 listopada 2016

Wieści z Laponii

W Polsce ciepła dość jesień, a w Laponii zima rozkręciła się na dobre. Jak donoszą nasi znajomi z Vuollerim śniegu leży już pół metra i ciągle pada, a temperatury kręcą się w granicach -6, -10 stopni. Choć były już też dwie dwudniówki z temperaturami -25.
Taka sobie ładna, jeszcze łagodna zima.

Jest też coraz ciemniej, bo skraca się dzień. 13 grudnia oficjalnie w Vuollerim rozpoczyna się noc polarna. Nie wygląda ona jednak tak jak dalej na północy, gdzie przez kilka miesięcy słońce w ogóle nie wstaje. Noc polarna w Vuollerim jest dużo łagodniejsza. Na kilka godzin dziennie robi się widno.

Inaczej będzie podczas pierwszego naszego wyścigu, który otworzy zmagania z Trylogią Norweską.
6 stycznia w Gargii, gdzie start i metę ma Beaskadas 300, noc polarna panować będzie niepodzielnie. Możemy zapomnieć wtedy o najdrobniejszym choćby promyczku słońca. Ono pokaże się tam dopiero 19 stycznia.
To chyba jedyny wyścig w Europie startujący o godzinie 19. Co za różnica zresztą, skoro i tam całą dobę jest ciemno.

Tymczasem kończymy załatwianie naszych spraw w Polsce. Kompletujemy to co będzie potrzebne i powoli zbliżamy się do nieuniknionego pożegnania. Rozdzielimy się na długie pięć miesięcy. Po raz pierwszy nasza rodzina rozłączy się na tak długo, ale innego wyjścia nie mamy.
Nasza działalność pochłania sporo środków, więc musimy działać na wielu polach, aby te środki zdobyć. Dom Psiego Seniora rozrasta się z każdym rokiem. Teraz ma on 27 pensjonariuszy, o których trzeba się troszczyć. Leczyć, karmić, zapewniać dach nad głową. Projekt Trylogia Norweska o nich myśli również, więc pieniądze jakie zdobywamy i zarabiamy realizując projekt, oprócz przeznaczenia na cel sportowy, wspomagają również Dom Psiego Seniora. Zresztą psy, które teraz są w świetnej formie i jadą do Laponii, też kiedyś przecież Dom zapełnią. Dlatego on musi trwać i stawać się coraz lepszym miejscem dla psich weteranów. Będziemy się o to starać, także podczas realizacji największych sportowych planów.



piątek, 23 września 2016

Dwa miesiące

Czas potwornie szybko leci! Dopiero co ogłosiliśmy nasze plany na najbliższy sezon, a tu już powoli kończy się wrzesień i plany stopniowo trzeba wdrażać w życie. Zawsze wszystko jest piękne, ładne i uduchowione na etapie planowania. Wtedy wszystko  wydaje się proste i układające według naszych planów. W "praniu" już takie nie bywa.

Mnóstwo spraw jest też do załatwienia i zorganizowania. Wyjazd z szesnastką psów to dość skomplikowane przedsięwzięcie. O wielu rzeczach nie wolno zapomnieć, aby nie narobić sobie poważnych kłopotów.
Psy muszą wyjechać zdrowe, zaszczepione i odrobaczone. Muszą być w jak najlepszej kondycji. My także. Co komu po najlepszym nawet zaprzęgu jeśli człowiek , nawiązując do pewnej piosenki przypomnianej w ostatnich miesiącach, będzie dupa? Nic nikomu. Maszerowi i psom najbardziej :)

Wracając do spraw do załatwienia, to ich lista jest całkiem spora. Przedstawimy Wam tutaj część z nich, abyście mieli ogląd co nas czeka w ciągu dwóch miesięcy jakie pozostały do wyjazdu.

1. Szczepienia. Właśnie zbliża się czas powtórzenia szczepień. Wścieklizna, choroby zakaźne oraz donosowa szczepionka przeciwko kaszlowi kenelowemu. Od tego sezonu obowiązkowa na wielkich wyścigach. Do zaszczepienia 16 psów.

2. Odrobaczenia przed wyjazdem. Z tymi to jest niezła jazda, bo kraje skandynawskie mają różne przepisy w tym zakresie. Chodzi o terminy w jakich należy ich dokonać przed wjazdem na ich teren. W Szwecji inaczej, w Norwegii inaczej i w Finlandii jeszcze inaczej. My musimy się w to wszystko wstrzelić tak, żeby wszędzie pasowało i było dobrze, a zarazem jak najmniej truć psy chemią na robale.

3. Karma dla psów. Kiedy jeździliśmy na wyprawy na dwa, trzy tygodnie, czy nawet miesiąc, to zabieraliśmy karmę ze sobą. Na pięć miesięcy jednak nie damy rady tego zrobić. Musimy zorganizować żarcie na miejscu. Mamy kilka namiarów, a od wczoraj nawet chyba już pewność skąd ją kupimy.

4. Sprzęt. Niby wszystko mamy, ale jak znamy życie, to i tak sporo kasy pójdzie na różne duperele. Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach i te szczegóły potrafią dać popalić. Ot właśnie okazało się, że musimy kupić kilka nowych koców dla psów. Koców używanych na trasach, do spania. A to pewnie wierzchołek góry lodowej. Lin naprodukowaliśmy sporo, ale coś tam trzeba będzie dorobić.

4.A. Tu musimy stworzyć podpunkt w naszej rozpisce, bo osobnym tematem sprzętowym są buty dla psów. Potrzebujemy ich niemal w przemysłowych ilościach. A to kosztuje. Ile ich trzeba to pokazuje poniższa rozpiska:
but wytrzymuje na psiej łapie, 50, 70, 100 kilometrów. Nie da się dokładnie przewidzieć ile. To zależy od wielu czynników. Rodzaju śniegu i lodu, sposobu biegania psa itd.
Jeśli założymy, że but wytrzyma 70 kilometrów, to na każdą taką siedemdziesiątkę potrzebujemy 4 buty x 16 psów. 64 sztuki. Jeśli planujemy pokonać około 4 tysięcy kilometrów, to butów potrzebujemy ponad 3500! Po 3,50 zł za sztukę.
Buty to główny punkt programu. Tylko pięciomiesięczne zakwaterowanie za kołem polarnym i wyżywienie psów kosztuje drożej od nich.

5. Słoma. Kolejna niezbędna rzecz. Potrzebujemy jej do ścielenia psom w przyczepie i na trasach długich, dwu, trzy dniowych treningów. Musimy ją zorganizować na miejscu. Z tym nie powinno być kłopotu.

6. Weterynarz. W Skandynawii ceny usług weterynaryjnych są bardzo wysokie. Wielokrotnie wyższe niż w Polsce. Dlatego będziemy chuchać i dmuchać na psy, aby wet nie był nam potrzebny. Zabieramy ogromną apteczkę, w której muszą znaleźć się leki i medykamenty na różne przypadłości. Antybiotyki, leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, maści rozgrzewające, środki na biegunkę itd, itd.

7. Formalności. Dokumenty wywozowe psów, opłaty startowe, odprawy przedstartowe, odprawy weterynaryjne. To wszystko nas czeka i spędza sen z powiek.

Wymieniliśmy tu w punktach tylko te sprawy, które ciągle mamy na myśli. Zapewne jeszcze niemało ich pojawi się już w trakcie. Na to wszystko pozostało niewiele czasu. Dwa miesiące to jest nic. Zleci równie szybko jak czas od ogłoszenia naszych planów na ten sezon.

Aaa, jest jeszcze punkt 8. Trening. Dużo treningu!

piątek, 16 września 2016

Sezon przed nami



Wszystko nabiera powoli rozpędu, choć tak naprawdę wcale nie dzieje się to powoli. Raczej skokowo i gwałtownie. Mniej lub bardziej.
Minął sierpień, zaczął się wrzesień, a nawet mamy już jego połowę. Tak naprawdę czas umyka w szybkim tempie i już widzimy, że nie będzie luziku.

Czekaliśmy z rozpoczęciem treningów i nadal czekamy. Jak dotąd było zbyt ciepło nawet w nocy, by psy mogły regularnie biegać. Co prawda od wczoraj jest całkiem chłodno o świcie, ale nadal czekamy.
Najważniejsze dla nas jest, żeby zacząć trening w takim momencie, od którego będziemy mogli kontynuować go już nieprzerwanie.

Ponadto musimy wzmocnić zespół psów. Odmłodzić go znacznie. W tym sezonie nie pobiega już z nami ani Klein, ani Pips, ani Szejen. Także Ixi, ze względu na pękniętą kość gnykową i problemy zdrowotne jakie dopadły go po tamtym zdarzeniu, nie zasili zespołu swoją osobą. To wielka strata, bo trzyletni młodziak bardzo by nam się przydał.
Odchodzi na emeryturę także Tanda. I to, obok Pipsa, największa strata naszej ekipy.

Zuza, mimo 11 lat, wciąż sprawia wrażenie silnej i sprawnej. Co prawda tłuszczak, z którym chodziła od dwóch lat, rozrósł się w ciągu ostatnich dwóch tygodni do sporych rozmiarów i trzeba było się go pozbyć. Wcześniej nie przeszkadzał jej w bieganiu znajdując sobie miejsce pomiędzy paskami szelek. Teraz jednak przestał się mieścić. Ponadto jego gwałtowny rozrost dawał raczej pewność, że to nie koniec wzrostu.
Zuza wylądowała na stole operacyjnym. Guz został usunięty, a ona błyskawicznie dochodzi do siebie.
Przy tej okazji zrobiliśmy jej też poszerzoną diagnostykę i wyszło, że Zuza jest naprawdę w wyśmienitej formie. To dla nas znakomita wiadomość. Nasz lider-geniusz jeszcze przez nadchodzący sezon będzie z nami na trasach. Czy także wyścigowych, to okaże się w praniu.

Jej ojciec, Dante, w 2014 prowadził nasz zaprzęg na Finnmarkslopet 500 mając 10 lat. W 2015 biegł, choć już nie jako lider, w 350 kilometrowej wyprawie prowadzonej w stylu non stop, mając ukończone 11 lat. Nie miał żadnych problemów. On i Zuza mają fantastyczne geny. Oboje nigdy nie chorowali. Zuza była pierwszy raz u lekarza z jakimś problemem, nie licząc szczepień i badań kontrolnych.

Wracając do treningów. Poczekamy jeszcze trochę z ich rozpoczęciem. Zuza dochodzi do siebie, Henia rozpoczęła cieczkę, a nas czeka wyprawa do Norwegii i Szwecji po kilka młodych psów. Właśnie prowadzimy rozmowy z kilkoma kenelami na północy i pewnie niebawem pojedziemy zasilić nasz zespół.
Bronimy się przed kryciem naszych suczek i rozmnażaniem psów, bo ciągle twierdzimy, że jest zbyt dużo problemów z bezdomnością zwierząt, aby jeszcze powiększać ich populację. Dlatego wolimy kupić, czy adoptować alaskan husky skądś, z Europy. W ten sposób też możemy jakiemuś psu poprawić byt, czy zwyczajnie zapewnić to co do życia alaskanom jest niezbędne, czyli bieganie w zespole psów.
Trzy lata temu adoptowaliśmy Brię i Sofie, jeszcze wcześniej przygarnęliśmy Jumę i Szejen. One wszystkie biegają, czy biegały fantastycznie. Bria i Sofie wciąż są ważnymi punktami naszego zespołu, Juma i Szejen były takim bardzo długo. Zwłaszcza Szejen, która po przyjściu do nas i trenowała do Finnmarkslopet i była na trzech wyprawach za koło polarne i pracowała z klientami prawie do 12 roku życia.

No dobrze, rozpisaliśmy się trochę, ale druga połowa września będzie intensywna organizacyjnie, a od października zaczynamy pełną parą przygotowania do zimy. Będziemy tu o tym pisać.

piątek, 26 sierpnia 2016

Trylogia Norweska rozpoczęta


Trenujemy!
Rozpoczęliśmy przygotowania do Trylogii. Póki co trenuje ludzka część zespołu, gdyż dla psów jest zwyczajnie zbyt ciepło. My natomiast biegamy i nordikujemy. I to coraz szybciej i dalej. Forma rośnie. Zimą będzie niezbędna.
Treningu potrzebuje zwłaszcza Krzysztof, który przez ostatnie dwa lata leczył, z różnym skutkiem zerwany mięsień brzuchaty łydki. Ta kontuzja wciąż i przy każdej okazji dawała o sobie znać. Teraz jest znacznie lepiej, a o kontuzji przypomina tylko ogromna blizna i niestety spora nadwaga. Damy jednak z tym radę.

Czeka nas mnóstwo pracy. Zwłaszcza od września, kiedy w trening wejdą psy i trenować będziemy dwa razy dziennie. Z psami o świcie, popołudniu sami. Ale takie właśnie życie kochamy i takiego potrzebujemy do szczęścia.
Mamy trzy miesiące przygotowań w Polsce przed sobą. Po 17 listopada, krótko po Explorers Festivalu, nasz zespół wyjedzie do Vuollerim, by tam gonić nasze marzenia. Dlatego przygotowania jesienne są tak ważne. W Szwecji musimy wejść od razu w maksymalne obciążenia treningowe, by być jak najlepiej przygotowanymi już do pierwszego wyścigu w sezonie. I ukończyć go z jak najlepszym rezultatem, a przede wszystkim uzyskać kwalifikację do Femundlopet i Finnmarkslopet.

Oprócz samego treningu nasze przygotowania to także ogarnianie logistyki i zaopatrzenia. Karmę dla psów musimy zorganizować sobie tam na miejscu. Myślimy także o sprzęcie, głównie butach dla psów, których potrzebujemy ogromną ilość 3 tysięcy sztuk. Buty się zużywają i niestety nie nadają do dalszego użytku, stąd ich tyle. Bez nich jednak nie mamy szans na nic.
Przy logistyce "psiej" to ta związana z ludzką częścią zespołu to już banał. Żywność dla ludzi - wiadomo, ubezpieczenia, ciuchy, buty, odżywki. Naprawdę to prosta sprawa w porównaniu z psami :)





środa, 24 sierpnia 2016

Małe podsumowanie igrzysk

Nie będziemy tutaj pisać o wszystkich dyscyplinach sportowych w jakich Polska miała reprezentację podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Nie znamy się na większości z nich i nie specjalnie budzą one nasze  zainteresowanie na co dzień, więc nie miałoby to żadnego sensu.

Te igrzyska zapamiętamy jednak z kilku powodów. Po pierwsze genialny występ wioślarstwa. Dwa medale, złoty i brązowy, znakomity występ reszty reprezentacji. Wszystkie polskie osady popłynęły na wysokim poziomie i zajęły bardzo dobre miejsca. Wszystkie także poprawiły swe osiągnięcia z przeszłości. To jedyna taka dyscyplina w Polsce. Dzięki temu polska reprezentacja wioślarska została sklasyfikowana na czwartym miejscu drużynowo! Za nią Niemcy, wielka wioślarska potęga od zawsze, Francja, Włochy, Australia, czy Holandia. Wyprzedzili drużynowo naszych wioślarzy tylko Brytyjczycy, Nowozelandczycy i Amerykanie.
To najlepszy wynik polskich wioseł w historii. Wielkie brawa!

A inni? Wspaniały, fantastyczny i kosmiczny wynik Anity Włodarczyk. Ta kobieta jest w innej lidze w swojej konkurencji. Wyszła do koła jak po swoje. Mądra, zdecydowana i pewna siebie. Wielka mistrzyni!
Bardzo dobrze wypadł też Piotr Małachowski zdobywając srebrny medal. Pewnie liczył na więcej, jak my wszyscy, ale taki jest sport. Zawsze ktoś wygrywa, a ktoś jest drugi.
Do tego brązowy medal w rzucie młotem Wojciecha Nowickiego.
W lekkoatletyce kibice liczyli na znacznie więcej. Zwłaszcza po sukcesach na mistrzostwach świata w 2015 i niesamowitych mistrzostwach Europy w 2016. Coś jednak zawiodło, coś poszło nie tak. Tak też bywa w sporcie.

Kajakarstwo. Ta dyscyplina opiera się, jak mogliśmy zobaczyć na trzech, czterech paniach. brązowy medal Beaty Mikołajczyk i Karoliny Naji oraz srebrny Marty Walczykiewicz to był szczyt możliwości tej dyscypliny w tych igrzyskach. Kompletnie zawiedli panowie, plasując się w najlepszym wypadku w finałach B.

Znakomity wynik zaliczyło kolarstwo. Dwa medale, w tym srebrny Mai Włoszczowskiej to znakomity wynik i nie wszystko na co stać będzie kolarstwo w przyszłości. Zwłaszcza to szosowe wchodzi chyba w złote dla siebie czasy.

Musimy też parę słów napisać tutaj o skandalu jaki miał miejsce w podnoszeniu ciężarów. To co tam się wydarzyło przekreśla w znacznym stopniu sens tej dyscypliny. W żadnej innej nie było tyle przypadków dopingu co w ciężarach właśnie. Od wielu lat ta dyscyplina należy do najbardziej skażonych dopingiem. Mnóstwo wpadek, afer, anulowań wyników sprzed lat, odbierania medali. Nie wiemy jaka może być przyszłość tej dyscypliny. Makabra po prostu.

Podsumowując, możemy napisać, że polski sport nie ma się dobrze. To widać wyraźnie. Zawsze był spychany gdzieś na tylne miejsca. Zbyt mało Polaków go uprawia, zbyt mało dzieci i młodzieży trafia do klubów i zbyt mało czasu poświęca mu polska szkoła. I nie będzie lepiej. Tego możemy być pewni. Inwestuje się ogromne pieniądze w sporty, w których wyniki są mizerne. Tak, mamy na myśli piłkę nożną, która jest zaprzeczeniem normalnego sportu, a która drenuje wszelkie budżety. Szczyt marzeń polskich piłkarzy to wyjście z grupy dużej imprezy. Szkoda gadać. Tak jest od wielu lat i tylko wyjatkowy optymista może wierzyc w zmiane tej sytuacji.
Dlatego wciąż będziemy słyszeć o niszowych sportach, tak jak mówi się o wioślarstwie. A jednocześnie to właśnie w tych niszowych zdobywając największe na świecie laury.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Wioślarskie Rio

Do końca Igrzysk XXXI Olimpiady w Rio de Janeiro jeszcze kilka dni, ale chyba możemy już pokusić się o opinię, iż to właśnie wioślarstwo uzyskało ze wszystkich sportów olimpijskich największy sukces wśród Polaków.
Odpadli w ćwierćfinale siatkarze, odpadł w kwalifikacjach Paweł Fajdek, nie dostał się do finału 800 mistrz Europy Adam Kszczot, afera u ciężarowców i brak jakiegokolwiek medalu.

Tymczasem u wioślarzy złoty medal dwójki podwójnej Natalia Madaj i Magda Fularczyk-Kozłowska, brązowy medal czwórki podwójnej kobiet z Moniką Ciaciuch, Marią Springwald, Agnieszką Kobus, i Joanną Leszczyńską. Dwa medale zdobyte jednego, finałowego dnia.
Oprócz tego fantastyczne czwarte miejsce czwórki podwójnej mężczyzn z Mateuszem Biskupem, Wiktorem Chabelem, Dariuszem Radoszem i Mirosławem Ziętarskim. Wszyscy chcieli tutaj medalu, ale to czwarte miejsce to zapowiedź sukcesów tej osady w przyszłości. W tym biegu każdy mógł wygrać i każdy mógł być ostatni, tak ogromna jest konkurencja w męskiej czwórce podwójnej.

Do tego piąte miejsce ósemki i szóste dwójki wagi lekkiej mężczyzn. Jedno miejsce gorzej od nich wypadła dwójka wagi lekkiej kobiet, która wygrała ostatecznie finał B i zajęła siódme miejsce.
Tak samo, czyli na siódmym miejscu, zakończył olimpijską rywalizację Natan Węgrzycki-Szymczyk, nasz jedynkarz. Przegrał tylko i wyłącznie z największymi tuzami jedynki męskiej. Konkurencji, w której do sukcesów dochodzi się latami, a Natan ma dopiero 21 lat. Kto wie czy nie do niego będzie należała korona najlepszego skiffisty świata już niebawem?

Na dodatek na dziesiątym miejscu uplasowała się dwójka bez sterniczki kobiet, siostry Wierzbowskie. To także świetny wynik biorąc pod uwagę ile pokonały one konkurentek już choćby w trakcie kwalifikacji do Rio oraz już tam na miejscu. Na dodatek ten wynik przesunął je o pięć pozycji w rankingu tej konkurencji.

Podsumowując:
Do Rio pojechało osiem osad. Wszystkie przebrnęły eliminacje, żadna nie odpadła w ich trakcie. Trzy osady ulokowały się w finale B, przy czym dwie z nich w nim zwyciężyły. Natomiast w finale A zdobyli nasi wioślarze jedno szóste miejsce, jedno piąte i czwarte. No i najważniejsze laury - brązowy i złoty medal igrzysk!
Jednoczesnie wszystkie osady znacznie poprawiły swoje osiągnięcia.
Kto może równać się z wioślarzami? Oczywiście Anita Włodarczyk! Kobieta z innej planety w damskim rzucie młotem. Zjawisko po prostu. Jej rekordy świata są, a może i będą, poza zasięgiem rywalek.
Niestety Anita jest jedyna, jak na razie, w swej dyscyplinie.
Nadzieja jeszcze w kajakarkach, które już mają także dwa medale, brązowy i srebrny oraz szansę na kolejny w następnych dniach. Jednak nie dogonią już wioślarek i wioślarzy, bo oprócz trzech kajakarek reszta ich ekipy wypadła słabo.

W wiosłach moc, w wiosłach piękno i wspaniałe emocje. Królewska dyscyplina jest na szczycie. Może wreszcie dziennikarze i kibice dostrzegą potencjał tego sportu i zaczną traktować go poważnie.
W każdym razie nasi zawodnicy w Rio dali wioślarstwu piękne pięć minut. Bardzo serdecznie im za to dziękujemy.

sobota, 6 sierpnia 2016

Trylogia Norweska - Finnmarkslopet







Na koniec Trylogii, to co dla nas najważniejsze - Finnmarkslopet. Najdłuższy na świecie wyścig zaprzęgów złożonych z ośmiu psów. Nasze marzenie i nasza trauma, którą najwyższy czas odrzucić i zapomnieć.
Ten wyścig siedzi w naszych głowach od 2005 roku. Długo zbieraliśmy doświadczenie i odpowiedni zespół psów. W końcu w 2011 byliśmy gotowi. Trening i jeszcze raz trening. Zjechaliśmy całe Bory Tucholskie, kilka tysięcy kilometrów, by w 2012 wystartować w tym wspaniałym biegu.
Wszystko na nic. Odpowiedzialność za zwierzęta, które mieliśmy pod swą opieką i nieodpowiedzialność ich właścicieli zmusiły nas do pozostania w domu.

Rok później jeszcze więcej pracy i znowu pech. Tym razem choroba, zabieg....

W 2014 wszystko miało wreszcie skończyć się szczęśliwie. Przygotowania poukładały się w miarę pozytywnie. Jechaliśmy do Norwegii pewni, że tym razem Finnmarkslopet nam się nie wymknie. Był w nas nieprawdopodobny spokój. Jakby ukończenie tego wyścigu było tylko formalnością.
Skończyło się tragicznie. Vili, pies który dołączył do zespołu półtora miesiąca przed startem umarł na 23 kilometrze trasy. Zabiła go niewydolność serca.

Od tego momentu rozpoczął się najgorszy okres naszego życia. Trauma, zrezygnowanie, załamanie psychiczne i straszne myśli, które tłukły się w głowie.
Śmierć Vilego spowodowała też to, że nie mieliśmy już cierpliwości patrzeć na to, co z końmi będącymi pod naszą opieka, wyprawiają ich właściciele. Śmierć Vilego bardzo nas zradykalizowała. Poszliśmy z tymi ludźmi na wojnę. Nieprzestrzeganie elementarnych praw zwierząt było dla nas nie do zniesienia. Zmagaliśmy się z tym problemem trzy lata i brakowało nam już sił.

Straciliśmy pracę, musieliśmy wyprowadzić się do naszej rudery, która miała zostać rozebrana, by w tym samym miejscu budować nowy dom.
Znaleźliśmy się na samym dnie.

Ale my jesteśmy zbyt silni i zbyt odważni, aby to tak się skończyło. Mimo wszystko nie przestaliśmy marzyć. I snuć planów na przyszłość. I teraz, dwa lata później, znów wzięliśmy na rozpiskę wyścig, który wciąż nam ucieka.
W marcu 2017 mamy zamiar go wreszcie złapać!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Trylogia Norweska - Gausdal Maraton

Gausdal Maraton to, mimo iż najkrótszy z trójki, to jednak najważniejszy z wyścigów nadchodzącego sezonu. Bez ukończenia Gausdala nie będzie dalszej części Trylogii. On jest bramą do Femunda i Finnmarka.

Teraz, aby móc wystartować w którymkolwiek z najdłuższych wyścigów w Europie, czy to Femundlopet, czy Finnmarkslopet, niezbędne jest wcześniejsze zameldowanie się na mecie któregoś z krótszych wyścigów. Jednym z nich jest właśnie 200-kilometrowy Gausdal Maraton.
Dopiero po jego ukończeniu możemy stanąć na starcie tamtych dwóch, dużo dłuższych.

Nasz plan w związku z tym to maksymalnie dobre przygotowanie do tego pierwszego startu. Zaczniemy jak zwykle od początku września klasycznym rozbieganiem zespołu. 5-6 kilometrów powtarzanych codziennie, a może nawet dwukrotnie w ciągu dnia. Krótko i szybko. Najpewniej 5-6 rano, kiedy będzie odpowiednia temperatura. Od połowy września stopniowe wydłużanie dystansu aż do 30 kilometrów na koniec miesiąca.
Treningi dłuższe, ale z przerwami jedno, czy czasem dwudniowymi. Organizmy muszą mieć czas na regenerację, inaczej będą wyniszczane, a nie trenowane.

W październiku biegać będziemy głównie trzydziestki. Często i regularnie. Jeśli będzie zimno, to i więcej. Kiedyś biegaliśmy w październiku nawet po 50, czy 60 kilometrów. Czy uda się to powtórzyć? Zobaczymy.

Listopad to będzie ostatni miesiąc treningów w Polsce. Chcemy otrzeć się o tysiąc kilometrów w tym miesiącu, ale wszystko w rękach pogody. Jeździliśmy już w poprzednich latach ponad 800 km w listopadzie, ale musi być do tego zimno. Jeśli będzie to do końca listopada na naszym liczniku będzie 2 tysiące kilometrów. Doskonała podstawa pod dalszą część sezonu.

W pierwszych dniach grudnia nasz zespół powinien już być w Vuollerim i trenować w szwedzkich śniegach i mrozach. Grudzień to kolejny tysiąc kilometrów, plus minus.
Przed samym Maratonem odpuścimy co nieco, aby nabrać świeżości. To wtedy możemy spotkać się z Wami na Husky Safari. Dobrze nam zrobi taka odmiana od biegania długich dystansów.

Sam Gausdal Maraton to dwie pętle po 100 kilometrów każda. Start, punkt kontrolny w połowie dystansu i meta w tym samym miejscu, czyli w Astridbekken. Na punkcie obowiązkowe 5 godzin postoju.
Ten wyścig musimy dojechać do końca. Bez ukończenia go nie będzie reszty Trylogii.
Jeśli jednak przygotujemy się do tego startu tak jak napisaliśmy powyżej, to wszystko powinno się dobrze skończyć.

czwartek, 21 lipca 2016

Czy potrafimy? Też pytanie!

Czy Polacy mogą osiągać wysokie wyniki w długodystansowych wyścigach psich zaprzęgów? Czy są w stanie konkurować z Norwegami i innymi Skandynawami, czy Amerykanami w sporcie, który wydaje się być specjalizacją tamtych? Czy brak tradycji zaprzęgowych może okazać się przeszkodą?

Odpowiedź na te pytania jest tylko jedna – naturalnie, że mogą! W niczym nie ustępujemy Skandynawom. Tak samo jak oni potrafimy radzić sobie z zimnem, z samotnością na długiej trasie, z głodem i z pragnieniem. Wiemy co to odpowiedzialność za nasze zwierzęta i znamy granice ich i swoich możliwości.
Potrafimy też przygotować psy odpowiednio z nimi trenując i dbając o nie.
Wiemy jak radzić sobie z dystansem. Jak pokonywać negatywne efekty stresu. Ponadto jesteśmy takimi samymi ludźmi jak Norwegowie, czy Amerykanie. Oni też nie mają cudownego przepisu na sukces, ani wyjątkowych genów. Przepis na sukces jest tylko jeden – ciężka, przemyślana praca. Tę my dobrze znamy. Może nawet lepiej od nich.

Czego więc nie mamy? Warunków do odpowiedniego treningu i kasy na niego. Jedno z drugim ściśle się wiąże.
Brak warunków, to ciepłe zimy i brak śniegu. Można się od tych kłopotów odciąć przygotowując zespół w Skandynawii, gdzieś daleko na północy. Ale na to potrzeba kasy. I tu koło się zamyka. W Polsce nie przygotujemy się do startu, a na treningi za granicą nas nie stać.

Ciągle pytamy sami siebie - co zrobić jeszcze, żeby zdobyć pieniądze? Do jakich zapukać drzwi i jak rozmawiać z tymi, których za nimi spotkamy? Ciągle nam się wydaje, że nie znamy wszystkich odpowiedzi i przez to działamy czasem po omacku. To wydłuża drogę do wytyczonego celu. Zabiera tak potrzebny przecież czas.
Wydaliśmy książkę, organizujemy spotkania autorskie w całej Polsce. W wakacje jeździmy z prelekcjami do dzieci. Pracujemy na okrągło. Wszystko po to, by móc realizować tę pasje i zapewnić byt naszym zwierzakom. Jednak to zbyt mało, aby osiągnąć sukces na Femundlopet czy Finnmarkslopet. Za mało żeby nawet tam pojechać. Nie mówiąc o wyniku sportowym.

Dlatego myślimy ciągle o tym i staramy się bardzo kreować naszą przyszłość w taki sposób, aby dotrzeć do celu.
Czas ucieka i nieubłaganie zbliża się termin rozpoczęcia przygotowań do sezonu. Został nam jeszcze koniec lipca i cały sierpień. We wrześniu musimy zacząć trenować, jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć. Do tego czasu nasza wizja zdobycia środków musi zacząć działać. Jak? O tym niebawem.





poniedziałek, 4 lipca 2016

Henley Royal Regatta

Od 177 lat, na Tamizie w Henley odbywają się królewskie regaty wioślarskie. Pierwsze odbyły się w 1839 roku, a królewski patronat uzyskały w 1851. Tylko w czasie I i II wojny światowej ich nie rozgrywano.
Od zawsze były wioślarskim świętem przyciągającym coraz większe rzesze wioślarzy. W 1839 roku trwały jeden dzień. Rok później już musiano wydłużyć je do dwóch dni. Tylu było chętnych wioślarzy do startu. Krótko później regaty trwały już trzy, a nawet cztery dni.
Obecnie to pięciodniowy maraton, poprzedzony jeszcze regatami kwalifikacyjnymi rozgrywanymi tydzień przed główna imprezą.
W tym roku na starcie stanęło 629 osad, 27 narodowości. Jedynki, dwójki bez sternika, dwójki podwójne, czwórki ze sternikiem, czwórki bez sternika, czwórki podwójne i oczywiście ósemki. Osady kobiece i męskie. Ponad dwieście wyścigów w pięć dni.

Na torze ścigają się ze sobą tylko dwie osady, a nie sześć jak jest w tym sporcie powszechnie przyjęte. Przy czym przegrywająca odpada z dalszej rywalizacji.
Pierwsze trzy dni to stopniowe eliminacje kolejnych osad. W sobotę rozgrywane są półfinały, a w niedzielę, tak jak wczoraj, finały.
Osady podzielono na dwadzieścia osobnych rywalizacji w rozmaitych pucharach, takich jak Grand Challenge Cup, Queen Mother Challenge Cup, Ladie's Challenge Plate, Princess Grace Challenge Cup, czy najbardziej prestiżowe dla jedynkarzy Diamond Challenge Sculls.

Mamy w tych regatach także polskie tradycje. Dwukrotnie w 1955 i 1956 w Diamond Challenge Cup, czyli w Diamentowych Wiosłach, triumfował Teodor Kocerka. Zwyciężyli tam też Jerzy Broniec i Alfons Ślusarski w dwójce bez sternika, Robert Sycz i Tomasz Kucharski w dwójce podwójnej oraz nasza czwórka podwójna Adam Korol, Michał Jeliński, Marek Kolbowicz i Konrad Wasielewski.
Wczoraj do tego zaszczytnego grona miały szansę dołączyć dziewczyny z czwórki podwójnej: Marta Wieliczko, Olga Michałkiewicz, Katarzyna Zillman i Krystyna Lemańczyk. Niestety w finale przegrały z czwórką gospodarzy.

Henley Royal Regatta to ogromny prestiż, to wielki wioślarski świat. Każdego roku startuja tam mistrzowie i medaliści olimpijscy, tacy jak Mahe Drysdale, który tym razem zajął drugie miejsce.
Aby wejść na widownię regat należy przestrzegać dress code. Panowie w garniturach, krawaty mile widziane, ale nie obowiązkowe. Panie w wizytowych sukniach, czy garsonkach. Dobrze widziane kapelusze. Żadnych jeansów, krótkich spodni, czy mini spódniczek. Królewski patronat ma swoje wymogi.
Na trybunach wspaniała, sportowa atmosfera i oklaski dla wszystkich, wygranych i przegranych.
Na stronie www.hrr.co.uk dostępna była relacja na żywo ze wszystkich pięciu dni regat. Dzięki temu mogliśmy oglądać wspaniałe ujęcia z wielu kamer, głównie z dronów. Niezapomniane wrażenia.

Zdjęcia z regat dostępne są tutaj: www.hrr.co.uk

niedziela, 26 czerwca 2016

Mały kraj na końcu świata

Zeszłą niedzielę udało się nam spędzić w Poznaniu, na torze regatowym Malta. Nasz klub Bydgostia podstawił autokar, no i pojechaliśmy. Na dodatek w nie byle jakim towarzystwie. Podróżowaliśmy bowiem z olimpijczykami z Monachium 1972, Montrealu 1976 i Moskwy 1980, medalistami mistrzostw świata i igrzysk. Było o czym rozmawiać! Jerzy Ulczyński, Marian Drażdżewski, czy Ryszard Kubiak to ludzie, którzy z wioślarstwem związali całe swe życie i żyją nim do dziś. Kiedyś wioślarze, dzisiaj trenerzy z sukcesami. Marian Drażdźewski to przecież trener naszej czwórki bez sternika, która w 2008 w Pekinie zdobyła srebrny medal.
 
                                         Tor regatowy w Poznaniu

W Poznaniu odbywał się wioślarski Puchar Świata, najważniejsza i ostatnia impreza przed igrzyskami w Rio. Stawiła się na Malcie cała światowa czołówka. Zabrakło tylko chorwackiej dwójki podwójnej mistrzów świata, którzy walczą z kontuzją i Ondreja Synka, czeskiego jedynkarza, także aktualnego mistrza świata.
Poza nimi byli wszyscy. Wielkie gwiazdy wioseł, z Mahe Drysdalem z Nowej Zelandii na czele.

                                          Mahe Drysdal, Zoe Stevenson i Eve McFarlane

Właśnie Nowa Zelandia po raz kolejny przykuła naszą uwagę podczas regat. Mały kraj na końcu świata, 4,3 miliona obywateli, a stał się w ciągu ostatnich lat wioślarską potęgą. Od dawna Nowozelandczycy byli w tym sporcie wysoko notowani, ale to z czym mamy do czynienia od kilku lat to coś nieprawdopodobnego, zważywszy na rozmiar ich kraju.

W Poznaniu pojawiły się wszystkie ich gwiazdy. Mahe Drysdale, mistrz olimpijski z Londynu, mistrz świata z Amsterdamu 2014 i wicemistrz z 2015. To tylko jego sukcesy z ostatnich lat.
Eric Murray i Hamish Bond, sześciokrotni mistrzowie świata i mistrzowie olimpijscy z Londynu w dwójce bez sternika.
Zoe Mcbride dwudziestojednoletnia mistrzyni świata w jedynce wagi lekkiej.
Emma Twigg mistrzyni świata w jedynce.
Zoe Stevenson i Eve McFarlane mistrzynie świata w dwójce podwójnej, główne rywalki do olimpijskiego złota dla naszej dwójki Madaj-Fularczyk. W Poznaniu pokonane przez Polki.
I wielu innych wybitnych sportowców określanych mianem Kiwi.



Mały kraj, mało ludzi, a wielu mistrzów. W Poznaniu zdobyli 6 złotych medali, 3 srebrne i 2 brązowe. Zwyciężyli w klasyfikacji generalnej pokonując m.in. Wielką Brytanię, która zajęła drugie miejsce i Niemców na trzecim. Polska została sklasyfikowana na 10 miejscu z jednym medalem złotym i dwoma brązowymi.

Porównajmy Nowa Zelandia 4,3 miliona ludzi i jedenaście medali, Polska 38 milionów ludzi i 3 medale. O co w tym chodzi? Gdzie tkwi polski błąd?
W jaki sposób NZ wygrywa z takimi odwiecznymi wioślarskimi potęgami jak Wlk. Brytania, czy Niemcy?
Jaki mają system szkolenia, że jest to możliwe? Ilu młodych ludzi uprawia tam wioślarstwo, że do wieku seniorskiego dociera tak szeroka ława zawodników, iż możliwe jest wykreowanie z nich tylu mistrzów.
W Polsce najlepsi trenerzy muszą czekać na cud pojawienia się w ich zasięgu wybitnego zawodnika, z którego będzie można ulepić mistrza olimpijskiego czy świata. Trenerzy nieraz czekają na takich zawodników całe życie.

                                          Hamish Bond i Eric Murray

Mamy w Polsce około 1800 wioślarzy. Liczba śmieszna w porównaniu z 38 milionami Polaków. Większość z tych zawodników to młodzicy i juniorzy, po których ślad nawet nie zostaje po góra kilku latach uprawiania tego sportu. Jest to zdecydowanie za mało, by można było stworzyć silną reprezentację z dużym zapleczem, które deptać będzie jej po piętach i motywować do pracy.
Co robią Nowozelandczycy, że mają tej młodzieży więcej? W jaki sposób potrafią ją sportem zainteresować i przy sporcie zatrzymać? Nie wiemy. Ale się dowiemy :)

W Poznaniu na własne oczy widzieliśmy jak wygląda wioślarstwo w wykonaniu NZ. Nie tylko na wodzie, gdzie na naszych oczach w pięciu finałach wygrali cztery z nich, a w piątym zdobyli srebro.
Widzieliśmy jednak także jak to wygląda na trybunach. Siedzieliśmy właśnie razem z kibicami NZ, Wielkiej Brytanii i Niemcami. Słyszeliśmy jak dopingują swoich, jak żyją wioślarstwem. Kapitalne doświadczenie.

                                          Natalia Madaj i Magda Fularczyk-Kozłowska ze złotym medalem

I jeszcze jedno. Poznań to wielkie miasto, a na trybunach Polaków było jednak tylu ilu właśnie Kiwi, Niemców i Brytyjczyków. A może nawet i nie tylu? Tor jest bliziutko centrum Poznania, a i tak za daleko dla kibiców. Może gdyby wioślarki pływały nago, przyszłoby więcej ludzi?
Na bydgoskim torze regatowym w Brdyujściu, przed wojną, na regatach krajowych bywało po dwadzieścia tysięcy kibiców! Nie na pucharach świata! Takie przyciągały jeszcze większe rzesze fanów wioseł.




piątek, 24 czerwca 2016

Przyszłość zbliża się wielkimi krokami

Na całym świecie mamy teraz wyjątkowy czas. Coś się zmienia, albo przynajmniej zmieniać próbuje. Do głosu dochodzą idee, które dawno uznaliśmy za wymarłe. Jakże się wszyscy myliliśmy.

My nie o tym jednak dzisiaj. Chociaż korci strasznie, by zabrać głos w sprawach istotnych dla ludzkości, a zwłaszcza dla Europejczyków i nas Polaków.
Dzisiaj jednak napiszemy jedynie o nas samych. O naszej przyszłości. Niebawem nadejdzie czas kiedy ogłosimy nasz nowy projekt. Jeszcze raz spróbujemy zmierzyć się z tym wszystkim co dotąd było nieosiągalne, albo nam wciąż się wymykało. Jeszcze raz spróbujemy. Z jakim efektem? To się okaże.

W każdym razie nasza przyszłość nadciąga nieuchronnie. Młyny czasu mielą i jeśli chcemy jeszcze coś osiągnąć to nie możemy czekać bez końca.
Tym razem jednak to co planujemy mieć będzie wpływ na cale nasze dalsze życie. Nadchodzi bowiem czas wyborów i decyzji takich z gatunku "albo, albo". A raczej "albo wszystko, albo nic".

Ostatnie dwa lata były trwaniem w uśpieniu. Nędza finansowa rodziła mnóstwo problemów i nie pozwalała działać. Nie dawała szans na realizację jakichkolwiek planów. Musieliśmy to przetrwać. I zrobiliśmy to. Wciąż żyjemy, chronimy nasze zwierzaki. Dzięki pomocy wielu osób stało się to możliwe. Także dzięki pomocy ludzi wydaliśmy wreszcie "23 kilometr" Ta książka otworzyła coś w nas. Wyruszyliśmy z nią w Polskę, poznaliśmy wiele świetnych osób. Jakże tego potrzebowaliśmy!

Trzydzieści spotkań autorskich minęło w ekspresowym tempie. Następne czekają nas już we wrześniu. Książka i inne nasze działania, jak choćby bazarek Darii, pozwalają nam utrzymać psy, utrzymać Dom Psiego Seniora. Starcza z tego na tyle tylko i aż na tyle.
Pracujemy ciężko, wciąż szukamy sposobów na sprzedaż "23 kilometra". Szukamy miejsc na spotkania.
Utrzymanie stada psów i kotów wymusza pracę na okrągło, więc tak właśnie pracujemy. Szczęśliwi, że mamy za co utrzymać zwierzaki. Rok temu tak dobrze nie było.

To jednak nie wszystko. Kończymy pracę nad naszym najnowszym projektem. Ten projekt ma dać nam szansę na utrzymanie się w poważnym mushingu. Na realizację ambitnych planów, na dotarcie do mediów i sponsorów. Pragniemy sukcesów z naszym psim zespołem, bo wiemy że ten sukces ułatwi nam codzienną egzystencję i pozwoli podnosić stopę życiową naszych zwierząt. Zwłaszcza, że wszystko mamy w opłakanym stanie. Od samochodu po kojce i dom. Wszystko wymaga natychmiastowego remontu, inaczej się zawali.
Dlatego potrzebujemy sukcesu. Wtedy będzie nam łatwiej promować "23 kilometr", będzie się on lepiej sprzedawał itd. Napiszemy też drugą książkę, a może i trzecią, i w efekcie tego wszystkiego oddalimy się od biedy na bezpieczną odległość. Taką mamy nadzieję.

Nie myślcie jednak, że strach o zapewnienie bytu nam i zwierzakom to jedyne co nas pcha do wyczynów na Dalekiej Północy. Może to i tak zabrzmiało w poprzednim akapicie. Ale nie. To co nas popycha i motywuje to coś znacznie bardziej skomplikowanego. I nie jest to na pewno kasa. Nam się naprawdę wciąż chce! Chce to zresztą za mało powiedziane. Czujemy taką nieprawdopodobną potrzebę wyruszenia na szlak, zmierzenia się z naturą i własnymi słabościami. To tak silne uczucie, że żadne potknięcia nie były go w stanie nawet nadkruszyć. Może nawet wręcz przeciwnie?
Szlak, życie na nim to coś niezwykle istotnego i kuszącego. Coś co śni się po nocach. I co napawa smutkiem, że tak rzadko jest nam dane.
Na szlaku wszystko jest łatwiejsze. Nie ma problemów życia codziennego. Jest tylko przestrzeń i nasz zespół, który mknie przed siebie w jedności psich i ludzkich dusz. Wspólnych celów. Tylko tam, na długim szlaku możemy wejść w psi świat, w którym nie ma trosk o przyszłość. Jest tylko tu i teraz. I nic ponadto. Tak żyją psy i tak żyć nie potrafimy my ludzie. Tylko na szlaku możemy się z nimi zrównać.
To jest nasza motywacja i cel. Miedzy innymi.

Jednak zdajemy sobie sprawę, że nasz projekt może nie znaleźć wsparcia i przepaść z kretesem. Dlatego będziemy walczyć o niego z całych sił, bo to może być nasz ostatni projekt, jeśli się nie powiedzie. Nie wiemy bowiem, czy starczy nam sił na kolejną próbę w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Strasznie dużo nas kosztowało utrzymanie się na powierzchni przez ostatnie dwa lata i chyba już nie pozbieramy się po kolejnej porażce.
Z tego powodu napisaliśmy wyżej "albo wszystko, albo nic".
To jednak, mamy nadzieję, ostateczność. A wszystko ułoży się tak jak powinno i dokonamy czynów wielkich i szlachetnych, aby znów nadać życiu wspaniałych barw i sensów.
Bądźcie z nami. Będzie ciekawie.

środa, 15 czerwca 2016

Opowieść taternicka. Ocalenie

Musiałem schodzić. I to szybko. Warunki pogarszały się z każdą chwilą. Halny rozkręcał się coraz bardziej. Rosła temperatura. Na polach śnieżnych śnieg zaczął przypominać wklęsłą soczewkę. Zrobił się mokry i ciężki. Cały Kocioł pod Rysami mógł w każdej chwili wyjechać. A wtedy.... szkoda gadać.
To co poszło za Adamem było ledwie wierzchnią warstwą zalegającą w Kotle. Reszta wciąż tam była.

Przemykałem gdzieś przy skałach, unikając otwartych przestrzeni. Nie było to łatwe. Ponadto usiałem nadrabiać drogi.
Mój umysł działał teraz jak precyzyjna maszyna, która miała mnie wynieść żywego z tamtego miejsca. Tylko to się teraz liczyło. Musiałem uznać Adama za zmarłego. Nie miał przecież żadnych szans. Nawet jeśliby przeżył upadek i jakimś cudem przeleciał żywy przez Kocioł, to musiałaby go zabić lawina, która zeszła po nim. Mógł jeszcze, ewentualnie żyć przysypany śniegiem, pewnie nieprzytomny. Zanim jednak ktokolwiek by go odnalazł, to umarłby z wychłodzenia.

Tymczasem schodziłem. Robiłem wszystko co możliwe, aby przeżyć. Dopiero gdzieś za Bulą poczułem się pewniej. To poczucie było złudne, bo gdyby faktycznie wyjechała góra Kotła, to lawina schodziłaby właśnie tędy, na staw poniżej.
Mimo tej świadomości zacząłem myśleć, że wyjdę z tego cało. Wtedy powróciły myśli o Adamie.

- Co ja powiem jego matce? - tłukło mi się po głowie.
- Jak wytłumaczę, że jej syn zginął, a ja wyszedłem żywy? Jak powiedzieć takie coś matce?

Pokonałem lodowy próg na samym dole podejścia i chwilę później znalazłem się na stawie. Wiedziałem, że mi się udało. A także to, że nie mogę tego tak zostawić. Musiałem coś zrobić. Choćby po to, bym nie miał później do siebie pretensji, że nic nie zrobiłem. Wolałem zaryzykować własnym życiem, niż winić siebie do końca życia, że go tam zostawiłem.

Ruszyłem z powrotem. Tak jak kilka godzin temu podchodziliśmy razem. Znowu dotarłem pod lodowy próg. Wcześniej nie widziałem żadnych śladów Adama. Lawina zatrzymała się nad progiem. Zamierzałem tam dotrzeć i szukać go w śniegu. Było to okropnie ryzykowne. Na stawie miałem jakąś szansę w razie zejścia kolejnej lawiny, mogłem przewidzieć kierunek jej uderzenia, a ze względu na dużą odległość, miałbym dość czasu, aby rozpocząć ucieczkę.
Pod, czy nad progiem nie miałem już żadnych szans. Wiedziałem o tym, a mimo to czułem, że muszę go szukać. Wszystko inne przestało się wtedy liczyć.

Podchodząc pod próg ujrzałem ludzi idących w moją stronę. Byli jeszcze daleko. To zespół wycofujący się z Kazalnicy. Liczyłem na to, że oni wszystko widzieli ze swojej ściany. Może wiedzą gdzie wylądował Adam? Miałem taką nadzieję. W trójkę szukalibyśmy go skuteczniej. Ponadto jeden z nich mógłby ruszyć po pomoc do schroniska.
Postanowiłem na nich poczekać pod progiem. Dotarli do mnie niebawem. Już z daleka jeden z nich coś do mnie krzyczał. Przez wiatr jednak nie mogłem nic z tego zrozumieć. Widziałem tylko, że on to powtarza co chwilę. Ruszyłem w ich kierunku. Chciałem jak najszybciej usłyszeć co on do mnie krzyczy.

- ..... do schroniska.....
- .....poszedł do schroniska.

Wreszcie znaleźliśmy się tak blisko siebie, że usłyszałem wszystko wyraźnie:

- Twój partner poszedł do schroniska!

- Jak to poszedł?! - zapytałem i jednocześnie osunąłem się na śnieg. Zwyczajnie nogi odmówiły posłuszeństwem i usiadłem.

- Przecież on spadł, potem lawina, jak to poszedł? - niczego już nie rozumiałem.
- Widzieliśmy wszystko. Zjechał z lawiną, właściwie na niej. Jakimś cudem go nie wciągnęła pod śnieg. Dojechał tak do progu, wstał i poszedł na dół.

Nie mogłem uwierzyć. To co mówił ten człowiek było nieprawdopodobne. Niemożliwe. Przecież ... Nie ważne. Istotne było tylko to, że Adam żyje. A skoro poszedł sam dalej, to znaczy, że nie jest jakoś specjalnie poturbowany. Chyba, że był w  jakimś szoku .
Musiałem lecieć na dół. Jak najszybciej. Podziękowałem chłopakom z Kazalnicy i ruszyłem do schronu. Po drodze musiałem jeszcze zwinąć nasz obóz nad Czarnym Stawem. Namiot i sprzęt biwakowy schowaliśmy pod skałą. Musiałem teraz ją znaleźć. Nie było to łatwe, ale się udało. Szedłem najszybciej jak mogłem w stronę schroniska. Dotarłem tam już po zmroku. Nigdzie nie natknąłem się na Adama. To znaczyło, że najprawdopodobniej już tam dotarł. Co za ulga!  

czwartek, 2 czerwca 2016

"Życie jak marzenie" w Radio Zet

W ostatnią niedzielę można było posłuchać mojego gadania w audycji Marzeny Chełminiak pt. "Życie jak marzenie".
Choć nam do naszych marzeń jeszcze trochę brakuje to jednak uparcie wciąż je ścigamy. Może kiedyś je dogonimy? Czas pokaże.
W każdym razie posłuchajcie tego co powiedziałem na antenie o naszym życiu, pasji i książce.

sobota, 28 maja 2016

Nowy projekt




Ślęczymy od kilku dni nad najnowszym projektem, choć on nie taki znowu nowy. Wszak pracujemy nad tym od ładnych paru lat. Różnie to jednak bywało i równie różnie się kończyło. W każdym razie nazbierało się marzeń, dążeń i niepokończonych historii. Ten nowy projekt to próba podsumowania tego wszystkiego i pozytywnego zakończenia, można powiedzieć, porachunków z Finnmarkiem. Te porachunki to oczywiście tak umownie.

Porządny projekt, jak wiadomo nie od dziś, nie może się obyć bez krótkiego choćby filmu. Taki właśnie film obecnie przygotowujemy. Dzisiaj prezentujemy jego "półprodukt". Początek, choć w praktyce może się okazać, że będzie on całkiem inny :) Tak to bywa, kiedy ma się sporo pomysłów, z których trzeba w końcu coś wybrać. Pewnie też wyprodukujemy jeszcze ze dwa takie filmiki, bo od przybytku głowa nie boli. Może rozboli jednak później, kiedy będziemy musieli wybrać jeden z nich jako główny.
Obyśmy tylko takie problemy mieli :)



wtorek, 19 kwietnia 2016

Za horyzontem

Tanda


Dzisiaj czeka nas prelekcja w ramach cyklu podróżniczego Za horyzontem organizowanego przez Regionalne Centrum Kultury w Kołobrzegu.
Dosłownie za chwilę się tam wybieramy.

To drugie po gryfińskim Włóczykiju spotkanie z pasjonatami podróży na północy Polski. Ponadto w Kołobrzegu jeszcze, jak dotąd, nie mieliśmy okazji się znaleźć, więc tym ciekawsza będzie to wyprawa.

Będzie to czternaste spotkanie z naszej serii, którą realizujemy od 25 lutego. Rozpoczęliśmy w Katowicach, byliśmy już we Wrocławiu, Rybniku, Gryfinie, Bydgoszczy, czy Mławie, żeby wymienić choćby kilka z odwiedzonych miast. Wybieramy się jeszcze do wielu innych.
Wszędzie tam opowiadamy o psich zaprzęgach, o życiu z pasją i humanitarnym, w najlepszym tego słowa pojęciu, traktowaniu zwierząt.
Dla nas nie istnieje mushing uprawiany kosztem zdrowia, czy życia psów. Taki mushing w naszym pojęciu nie ma prawa do egzystencji. Tylko szacunek do zwierząt i miłość do natury powinny skłaniać ludzi do uprawiania tej dyscypliny.
Dlatego w trakcie naszych spotkań zawsze padają słowa o psich emerytach, którzy nie muszą obawiać się o swój los na starość. O obowiązku dbania o psy na każdym etapie ich życia.
Powtarzamy też słowa o odpowiednim przygotowaniu psów do długodystansowego biegania i o niezbędnych zabiegach, które psom się należą w jego trakcie. Nie wszyscy maszerzy o tym pamiętają, więc tym bardziej musimy o tym mówić.
Nie inaczej będzie też dzisiaj w Kołobrzegu. Tak jak wszędzie, gdzie się pojawiamy, aby głosić dobre słowo o psich bohaterach Dalekiej Północy.

piątek, 25 marca 2016

Co z psami?

                                          Sofi- latem, po jej rekordowej wyprawie

Musimy postępować etycznie i z głową. Nie można mnożyć psów podczas gdy tyle z nich szuka domów. Dotyczy to w zasadzie wszystkich ras, jak i mieszańców. Psów przychodzi na świat zdecydowanie za dużo.

Często pada, choćby w trakcie spotkań z książką, pytanie, czy mamy szczenięta. Nie, nie mamy -  odpowiadamy na takie pytania. Nie mamy choćby dlatego, aby nie przykładać się powiększania populacji psów. Wiemy doskonale ile miotów przychodzi na świat przypadkowo, ile tylko w celach zarobkowych, bądź innych jeszcze. Ludźmi kierują rozmaite motywacje. Często po prostu głupie.
Niestety dotyczy to także maszerów na całym świecie. Wciąż obecna jest w niektórych kennelach presja młodości. Psy mają być młode, chętne do ciężkiej pracy. Dlatego mnożą je. Co roku miot, albo i dwa. Byle mieć wciąż w zaprzęgu świeżą  krew. Trzeba przecież bić rekordy, coraz szybciej biegać.

Pytanie jest proste. Co dzieje się ze starszymi psami? Gdzie one trafiają? Jaki jest ich los?
Zbieramy na ten temat informacje. Tak, żeby wiedzieć.
Dzisiejszy świat oszalał. Takie są fakty. Gna gdzieś jak opętany nie zważając na ofiary. Nie omija to zjawisko także mushingu.
Wśród maszerów są niestety tacy ludzie, którym wydaje się, że jak co chwila wymienią psy na nowe, to w końcu osiągną sukces. Nie pracując jednocześnie ciężko. Bzdura. Wymienianie psów nie daje nic, jeśli się odpowiednio nie trenuje. Można mieć psy z najlepszych linii na świecie i absolutnie niczego z nimi nie osiągnąć, ale też można mieć psy z adopcji i porwać się z nimi na największe wyzwania. Problem leży w pracy z tymi psami, a nie w ich rodowodach. Papiery nie biegają.
Jeżeli maszer nie rozumie problematyki treningu, nie pojmuje po co i jak trenować, to nic nie dadzą najlepsze geny. Owszem, psy tak jak i ludzie, rodzą się z genami mistrzów, albo bez nich. Jednak te geny muszą mieć szansę się zaprezentować. Musza mieć okazję się ujawnić. Tylko odpowiedni trening może do tego doprowadzić.
Inaczej pójdą na marne.
Niestety ludzie wolą iść na skróty. Próbują z jednym zaprzęgiem, nie wychodzi, zmieniają psy, też nie ma oczekiwanego rezultatu. Znowu wymieniają psy... Tak bez końca. Tracą czas i marnują świetne zwierzaki, bo zwyczajnie nie mają pojęcia o sporcie. Psy natomiast na tym wszystkim ewidentnie cierpią. Ale kto by się tym przejmował?

My tak nie robimy. Wiemy doskonale, że wśród psów bywają zwierzaki totalnie genialne. Spotkaliśmy takie na naszej maszerskiej drodze. Zwierzaki, z którymi można osiągnąć wszystko. Nie urodziły się u nas. Znaleźliśmy je w różnych innych kennelach, w których ktoś je z jakiegoś powodu skreślił. Czasem uznał, że nie są dobrymi biegaczami, bo nigdy nie zrobił z nimi właściwej dla nich pracy.
Wśród alaskan husky większość psów jest potencjalnymi mistrzami. Każdemu z tych psów zapewnia to pula genów jaką w sobie noszą. Nieliczne jednak z nich zdobywają najwyższe laury. Dzieje się tak za sprawą odpowiedniego treningu. Tylko te jemu poddane mają szansę zaprezentowania pełni swoich możliwości.
To trzeba zrozumieć, jeśli marzy się o maszerskich sukcesach.

Nasz kennel jest tego najlepszym przykładem. Mamy w nim psy, które dzięki odpowiedniemu treningowi wielokrotnie pokazały swoją moc. Sofi, czy Tanda to przykłady najbardziej zauważalne. Suczki drobne, niepozorne, ale potrafiące biegać wprost cudownie. Po treningu stały się niezniszczalne niemal. Zawsze emanujące energią i motywacją. Jedna w wieku ośmiu, a druga dziesięciu lat potrafiły przebiec 350 kilometrów w dwa dni. Z załadowanymi maksymalnie saniami, podczas wyprawy, na której warunki wciąż nas zmuszały do postojów w ciągu dnia! 350 kilometrów stojąc w dzień! W dwa dni!
To jest kolejny przykład mocy, wiedzy i treningu. Tamten zaprzęg to były same "dziadki", nie licząc Heni.

Właśnie z odpowiedniego treningu bierze się też długowieczność alaskanów. Psy jedenastoletnie, Szejen i Dante, dzięki niemu na wyprawie pracowały na równi z trzyletnią Henią.
Nie można usuwać z zaprzęgu psów ze względu na wiek i zastępować ich wciąż młodszymi. To błędne koło i powód bezsensownego rozmnażania psów i ich różnych tragedii.
My się z tym nie zgadzamy, jesteśmy temu przeciwni i całą naszą działalnością udowadniamy swoje racje.

Teraz przydałoby się nam kilka młodszych psów, bo znowu kilku naszych biegaczy odejdzie za chwilę na emeryturę. Nie planujemy jednak własnego miotu, tylko zaczynamy szukać psów w kennelach europejskich. Czasem dorosłego psa można kupić za 150 euro, czasem za 200, czy 300, a czasem dostać za darmo. Różnie z tym bywa. Takie psy można zobaczyć, można dowiedzieć się od ich właściciela jakie mają talenty, jakie mają pochodzenie i dać im nowy dom i możliwość biegania do późnego wieku. Bez presji, bez nacisku i bez eutanazji, jeśli się okaże, że pies słabo jednak biega.
Na szczęście nam się jeszcze nie zdarzyło, aby pies adoptowany nie nadawał się do poważnego biegania. Właśnie Sofi, jest tego najlepszym przykładem.
Nasze słowa to nie jest tylko czcze gadanie. Jeśli zdobędziemy odpowiednie pieniądze, aby przygotować się do przyszłego sezonu i wystartować w poważnych wyścigach, to łatwo poprzemy nasze sowa czynem.
Zgodnie z naszym hasłem - Wiemy, Chcemy, Możemy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...