Na starość niestety nie ma lekarstwa. Nasz najstarszy psiak Nanook - 10
kwietnia skończy 15,5 roku - powoli gaśnie. I jak niemal każdy starszy
pan jest strasznie uparty i nie chce leżeć na miękkim posłaniu w domu
lub w kojcu, tylko tam gdzie według niego jest najwygodniej.
To od Nanooka wszystko się zaczęło...
Tutaj jeszcze Nanook na chodzie, podczas jednego z naszych wspólnych spacerów nad rzeką.
Z kolei Pips, nasz wspaniały wheeldog musiał mieć założony na łapkę
specjalny opatrunek, ponieważ zrobił mu się ropień i cała łapa mocno
spuchła. Opatrunek został już zdjęty, opuchlizna zeszła i Pips
pomału zaczyna wracać do pełnej sprawności.
Dziękujemy za opiekę nad naszymi psami Przychodni Weterynaryjnej "Przy Kładce" z Bydgoszczy
wtorek, 7 kwietnia 2015
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Wyprawa Laponia 2015
Ekipa pokonała 350 km. Największe podziękowania należą się wspaniałym, niezwykle kochanym psiakom. Jesteście cudowne, kochamy Was mocno!
Psy bez najmniejszego problemu potrafiły przebiec 100 km w 7 godzin. I to psiaki, które większość weterynarzy widziałaby jedynie na emeryturze i kanapie. Dlaczego? Ze względu na ich wiek:
- Dante i Szajen 11 lat
- Zuza, Klein, Pips, DeDee, Tanda 10 lat
- Arina i Sofie 8 lat.
Najmłodsze to 5-letnia Bria i 3-letnia Henia.
A wszystko to za sprawą odpowiedniego treningu, jedzenia, opieki oraz uwarunkowań genetycznych alaskan husky.
Dziadki rządzą i mają z tego wielką frajdę. Pamiętajcie nie można skreślać starszych zwierzaków.
Sezon wydawał się już stracony, a tymczasem zakończył się wielkim sportowym sukcesem.
Bardzo wiele to dla nas znaczy. Podnieśliśmy się po śmierci Vilego i innych paskudztwach, których doświadczyliśmy w zeszłym roku. I to jak się podnieśliśmy!
Nie wolno się poddawać. Przynajmniej nie tak łatwo.
niedziela, 22 lutego 2015
Lapońska Odyseja
Pięć lat temu rozpoczynaliśmy naszą Lapońska Odyseję. Jej pierwszym aktem była wyprawa Inarijarvi Expedition 2010. Kolejnym miał być start w pięćsetkilometrowym Finnmarkslopet. Wyprawa się udała, start już mniej.
Kolejne lata upływały na próbach ukończenia wyścigu, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie. Los rzucał kłody pod nogi, nie szczędził przeciwności. Mijały lata, przybywało doświadczeń, ale w sprawie wyścigu nic nie szło do przodu. Zbyt dużo było w naszych działaniach chaosu i przypadkowości. Zaplanowany i zrealizowany był tylko zawsze trening. Na tym znamy się najlepiej, więc to nam wychodziło. Cała reszta, czyli pozyskiwanie funduszy na realizację planów, leżało kompletnie. I to musi się zmienić! Radykalnie.
Postanowiliśmy, że albo wejdziemy z naszym sportowym mushingiem na całkowicie profesjonalne tory, albo kończymy przygodę z nim. I to definitywnie. Nie jesteśmy ludźmi stworzonymi do działania na pół, czy właściwie na ćwierć gwizdka. Interesują nas wyłącznie najwyższe cele. Dość się już bawiliśmy w mushing. Chcemy być w nim najlepsi! A przynajmniej mieć na to szansę.
Wyprawa z 2010 roku miała być kamieniem milowym naszej kariery zaprzęgowej. Nie stała sie nim z różnych względów. Madialną klapę spowodowała tragedia smoleńska, która wydarzyła się wtedy, kiedy naszą wyprawą miały zająć się media. Nie zajęły, z oczywistych powodów.
Teraz, po pięciu latach, zaczynamy jakby wszystko od nowa. Jeszcze raz organizujemy wyprawę. Jeszcze raz w ten sam rejon Laponii. Jeszcze raz nagłośnimy wyprawę w mediach. Może tym razem nie wydarzy się nic, co mogłoby nasze plany przekreślić.
13 marca 2015 rozpoczynamy raz jeszcze naszą Lapońską Odyseję. Choć raczej to dalszy jej ciąg. Ona trwa już od pięciu lat, a plany mamy jeszcze co najmniej na cztery kolejne. Jak u Odysa. On też błądził 9 lat zanim wrócił do domu. Nie był to niestety powrót szczęśliwy. Może jednak nasz będzie?
Jakie będą te następne cztery lata? Projekt na nie ogłosimy zaraz po powrocie z wyprawy. Jej, mamy nadzieję, sukces będzie znakomitym otwarciem projektu, który chcemy realizować z maksymalnym rozmachem. No, ale o tym zaraz po wyprawie.
niedziela, 15 lutego 2015
Femundlopet odwołany
Nasza relacja z wyścigu Femundlopet nie będzie miała dalszego ciągu. Wyścig bowiem został odwołany. Przyczyną tego stały się katastrofalne warunki pogodowe.
Bardzo silny wiatr towarzyszył zaprzęgom już podczas startu w Roros. Silny wiatr to nic nowego na trasach położonych w górach, czy na dalekiej północy. Ten jednak rósł w siłę z każdą godziną. A do tego przynosił ze sobą ogromne opady śniegu. Opady tak wielkie, że wiele zaprzęgów miało poważne problemy z przebijaniem się przez jego zwały.
Zespoły z 600 km walczyły o życie gdzieś w górach pomiędzy punktami kontrolnymi. 400 km zatrzymano w pierwszym checkpoincie Tufsingdalen. Miały tam czekać na poprawę warunków, które jednak nie nadeszły.
Zawodnicy startujący na 600 km to doświadczeni maszerzy, więc sobie jakoś tam radzili. Wykorzystywali wszelkie okazje terenowe, aby się ze swoimi psami w nich ukryć. Przydatne w takich sytuacjach może się okazać dosłownie wszystko, co może dać ochronę przed wiatrem. Może to być jakikolwiek budynek, szopa, szałas, wiata. Mogą to być przewrócone drzewa, skały, uskoki terenu.
Znacznie większy problem był, przynajmniej dla organizatorów, z juniorami. 15-17 latkowie startowali na dystansie 200 km. Ich także burza dopadła w górach. Przez ponad dobę z trójka z nich nie było kontaktu. Ratownicy na skuterach śnieżnych nie mogli ich odnaleźć. W końcu jednak im się to udało. Znaleźli juniorów w zaskakująco dobrej formie. Tym razem wszystko zakończyło się szczęśliwie, zarówno dla nastoletnich zawodników jak i dorosłych.
Było jednak bardzo trudno i niebezpiecznie.
Rzadko kiedy jest aż tak źle, że wyścig może zostać odwołany. Tym razem właśnie tak było.
Długodystansowe wyścigi psich zaprzęgów to zajęcie ekstremalne. W swej trudności mające wiele wspólnego z himalaizmem, czy Rajdem Dakar. Mushing jest wspaniały, jest piękny, ale też jest niezwykle trudny i niebezpieczny. I właśnie dlatego warto go uprawiać. Tegoroczny Femundlopet pokazał nam to wszystko.
Bardzo silny wiatr towarzyszył zaprzęgom już podczas startu w Roros. Silny wiatr to nic nowego na trasach położonych w górach, czy na dalekiej północy. Ten jednak rósł w siłę z każdą godziną. A do tego przynosił ze sobą ogromne opady śniegu. Opady tak wielkie, że wiele zaprzęgów miało poważne problemy z przebijaniem się przez jego zwały.
Zespoły z 600 km walczyły o życie gdzieś w górach pomiędzy punktami kontrolnymi. 400 km zatrzymano w pierwszym checkpoincie Tufsingdalen. Miały tam czekać na poprawę warunków, które jednak nie nadeszły.
Zawodnicy startujący na 600 km to doświadczeni maszerzy, więc sobie jakoś tam radzili. Wykorzystywali wszelkie okazje terenowe, aby się ze swoimi psami w nich ukryć. Przydatne w takich sytuacjach może się okazać dosłownie wszystko, co może dać ochronę przed wiatrem. Może to być jakikolwiek budynek, szopa, szałas, wiata. Mogą to być przewrócone drzewa, skały, uskoki terenu.
Znacznie większy problem był, przynajmniej dla organizatorów, z juniorami. 15-17 latkowie startowali na dystansie 200 km. Ich także burza dopadła w górach. Przez ponad dobę z trójka z nich nie było kontaktu. Ratownicy na skuterach śnieżnych nie mogli ich odnaleźć. W końcu jednak im się to udało. Znaleźli juniorów w zaskakująco dobrej formie. Tym razem wszystko zakończyło się szczęśliwie, zarówno dla nastoletnich zawodników jak i dorosłych.
Było jednak bardzo trudno i niebezpiecznie.
Rzadko kiedy jest aż tak źle, że wyścig może zostać odwołany. Tym razem właśnie tak było.
Długodystansowe wyścigi psich zaprzęgów to zajęcie ekstremalne. W swej trudności mające wiele wspólnego z himalaizmem, czy Rajdem Dakar. Mushing jest wspaniały, jest piękny, ale też jest niezwykle trudny i niebezpieczny. I właśnie dlatego warto go uprawiać. Tegoroczny Femundlopet pokazał nam to wszystko.
sobota, 7 lutego 2015
Femundlopet
W piątek w południe ruszył wyścig Femundlopet w Norwegii. Pierwsze na
trasę wyruszyły zaprzęgi na dystansie 600 km. W sobotę pójdzie 400. Za
rok mamy nadzieje też tam być.
http://rs.femundlopet.no/race/results/status.jsp?rid=49
Najszybsze zaprzęgi mają już, w sobotę rano, 1/3 trasy za sobą. W tym momencie prowadzi Sigrid Ekran. Dotarła do punktu kontrolnego Sovollen na 208 km w niespełna 20 godzin! Tempo zaprzęgów jest nieprawdopodobne.
W tej chwili w Savollen jest już i odpoczywa 15 zaprzęgów. Między Sigrid a czwartym Petterem Jahnsenem jest zaledwie 28 minut różnicy. Ten wyścig dopiero się rozkręca.
http://rs.femundlopet.no/race/results/status.jsp?rid=49
Najszybsze zaprzęgi mają już, w sobotę rano, 1/3 trasy za sobą. W tym momencie prowadzi Sigrid Ekran. Dotarła do punktu kontrolnego Sovollen na 208 km w niespełna 20 godzin! Tempo zaprzęgów jest nieprawdopodobne.
W tej chwili w Savollen jest już i odpoczywa 15 zaprzęgów. Między Sigrid a czwartym Petterem Jahnsenem jest zaledwie 28 minut różnicy. Ten wyścig dopiero się rozkręca.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Mushing Team Poland
Najwyższy czas napisać co nieco o projekcie, który nosimy w głowie od 2009 roku. To wtedy, stojąc u progu naszych zmagań z długimi dystansami, pomyśleliśmy, że warto byłoby stworzyć taki właśnie Team Poland. Zespół maszerów i ich psów chętnych do walki na najdłuższych dystansach w Europie, a może i dalej.
Zwróciliśmy się z tą propozycją do jednego z maszerów, Maćka Słomińskiego, który jak się wtedy wydawało też miał sportowe plany. Jak widać nic z tego nie wyszło. Team Poland wtedy nie powstał.
Minęło kilka lat, a pomysł wciąż tłukł się w naszych głowach. Pomyśleliśmy, że przecież taki zespół to nie musi być nie wiadomo ile zaprzęgów. Dotarło do nas także, że już jeden zaprzęg i ludzie pracujący przy nim, maszerzy, pomocnicy, weterynarze, słowem wszyscy, którzy w jakis tam sposób pracują na sukces tego zespołu, to właśnie jeden team. Mushing Team Poland. Tak powstał ten projekt.
Jego założeniem jest zakończenie wreszcie amatorskiego rozdziału naszych prób na długich dystansach i kompletne sprofesjonalizowanie, co za słowo, całego procesu tworzenia polskiego teamu.
Musimy skończyć z przypadkowością, z wątpliwościami do ostatniej chwili, czy w ogóle gdzieś pojedziemy, czy nie. Musimy skończyć z permanentnym brakiem pieniędzy, musimy wreszcie obciąć zbędne koszty i wyeliminować robienie rzeczy niepotrzebnych.
Projekt Mushing Team Poland może wszystko zmienić. Może wprowadzić do naszego życia zupełnie nową jakość. Wreszcie może stać się sukcesem wszystkich tych, którzy nam dopingują i trzymają za nas kciuki.
Wiele pracy przed nami, w której wszyscy mogą jednak nam pomóc. Po pierwsze będziemy zdobywać patronaty honorowe i medialne. Po drugie musimy znaleźć sponsorów. Bez nich ten projekt nie ma żadnych szans. nie ma co się łudzić, że damy bez nich radę. Projekt zawiera w sobie starty w najdłuższych wyścigach na świecie. Tu nie ma możliwości ogarnięcia tego bez wsparcia sponsorów. Dlatego to tak naprawdę najważniejszy punkt projektu. Jeśli zdobędziemy fundusze, to resztę też ogarniemy. Potrafimy ciężko pracować, wielogodzinne treningi to dla nas przyjemność, a i na samych wyścigach znamy się już co nieco.
Projekt, ze szczegółami, przedstawimy kiedy będziemy już do tego gotowi. Wciąż pracujemy nad jego szczegółami.
czwartek, 15 stycznia 2015
Jesteśmy
Na bardzo długo zapanowała cisza na tym blogu. Życie zmusiło nas do trudnej walki o przetrwanie. Dzisiaj nie możemy jeszcze powiedzieć, że tę walkę wygraliśmy. Jest na to zdecydowanie za wcześnie. Tym bardziej, że wciąż tak naprawdę znajdujemy się na granicy klęski.
Ale jesteśmy, wciąż działamy i trwamy.
Kiedy okazało się, że w naszym kraju tak naprawdę nie obowiązują żadne normy, a wszelkie umowy i ustalenia można w dowolnej chwili i pod byle pretekstem, albo i bez niego, unieważnić, to zmuszeni zostaliśmy do kompletnej zmiany podejścia do naszych spraw. Nie możemy już nigdy w przyszłości próbować poprawiać sobie losu na takich zasadach jak dotąd. Ryzyko jest zbyt duże. I nie chodzi nam o nas samych, bo gdyby nie psy to radzilibyśmy sobie pewnie tak jak robią to wszyscy ludzie. Chodzilibyśmy do normalnej pracy i tyle. Są jednak w naszym życiu psy. To o ich los, tak naprawdę walczymy. Stworzyliśmy to stado, całkiem niemałe, i teraz nie mamy już odwrotu. Nie możemy "pozbyć" się psów tylko dlatego, że nasza firma nie zarabia, czy z innego podobnego powodu. Ba, to tak naprawdę nawet nie jest wykonalne. Moglibyśmy, i owszem, poszukać nowych domów dla naszych psiaków, ale ich jest 35. Ile z nich taki nowy dom znajdzie? 2, 3, może 5-6? Nigdy nie znajdziemy domów dla wszystkich. Zresztą jak mielibyśmy gdzieś oddać 15 letniego Nanooka, 14 letniego, schorowanego Moliego? U nas jest ich dom i tu dożyją swojego czasu. Reszta też nie jest wiele młodsza.
Takie stado to jednak duże koszty. Kiedy nasza firma miała pracę, to bez problemu było nas stać na karmę dla zwierzaków i ich leczenie. Kiedy nie zarabiamy, to wszystko to po pewnym czasie staje się kłopotliwe. Od kilku miesięcy przeżywamy właśnie taką sytuację. Robimy co w naszej mocy, ale to na niewiele wystarcza. Ciągle coś próbujemy, ciągle myślimy jak wyjść z tej sytuacji. Zobaczymy co przyniesie czas.
Najwazniejsze jednak, że wciąż mamy plany, wciąż mamy marzenia. To chyba nasz największy kapitał. Mamy też spore doswiadczenie, wiemy jak i co robić z psami.
Pomimo wszystko podjęliśmy w tym sezonie próbę startu w dużym wyścigu. 200 kilometrowy Gausdal Maraton skupił na sobie naszą uwagę. Jednak na jego starcie nie stanął nasz zaprzęg. Zabrakło pieniędzy. Jak zwykle. Rozmawialiśmy z kilkoma firmami, coś nam obiecali, ale jak przyszło co co czego to gdzieś zniknęli. Do szczęścia zabrakło trzech tysięcy zł.
Przygotowania do wyścigu były niezwykle trudne. Najpierw w sierpniu Krzysztof zerwał sobie mięsień łydki, co unieruchomiło go całkowicie najpierw na miesiąc, a potem po odnowieniu kontuzji na kolejne dwa.
Treningi rozpoczął przez to dopiero w listopadzie. Dwa miesiące później niż zazwyczaj.
Do tego było bardzo ciepło. Wysoka temperatura też nie ułatwiała przygotowań. Ale udało sie, kolejny raz zaprzęg złapał wielką formę. Była ona niewątpliwie zasługą wszystkich poprzednich sezonów, bardzo mocno przez nas przepracowanych. Jak sie okazało starsze, doświadczone bardzo psy, nie potrzebują już tak dużej dawki treningu. One po prostu odcinają już kupony od poprzednich sezonów.
Zawiodły jednak finanse. Dlatego teraz zmieniamy sposób szukania sponsorów. Rozmowy zaczynamy już teraz, a nie po sezonie jak czyniliśmy wcześniej. Jakie przyniesie to efekty? Zobaczymy.
Ale jesteśmy, wciąż działamy i trwamy.
Kiedy okazało się, że w naszym kraju tak naprawdę nie obowiązują żadne normy, a wszelkie umowy i ustalenia można w dowolnej chwili i pod byle pretekstem, albo i bez niego, unieważnić, to zmuszeni zostaliśmy do kompletnej zmiany podejścia do naszych spraw. Nie możemy już nigdy w przyszłości próbować poprawiać sobie losu na takich zasadach jak dotąd. Ryzyko jest zbyt duże. I nie chodzi nam o nas samych, bo gdyby nie psy to radzilibyśmy sobie pewnie tak jak robią to wszyscy ludzie. Chodzilibyśmy do normalnej pracy i tyle. Są jednak w naszym życiu psy. To o ich los, tak naprawdę walczymy. Stworzyliśmy to stado, całkiem niemałe, i teraz nie mamy już odwrotu. Nie możemy "pozbyć" się psów tylko dlatego, że nasza firma nie zarabia, czy z innego podobnego powodu. Ba, to tak naprawdę nawet nie jest wykonalne. Moglibyśmy, i owszem, poszukać nowych domów dla naszych psiaków, ale ich jest 35. Ile z nich taki nowy dom znajdzie? 2, 3, może 5-6? Nigdy nie znajdziemy domów dla wszystkich. Zresztą jak mielibyśmy gdzieś oddać 15 letniego Nanooka, 14 letniego, schorowanego Moliego? U nas jest ich dom i tu dożyją swojego czasu. Reszta też nie jest wiele młodsza.
Takie stado to jednak duże koszty. Kiedy nasza firma miała pracę, to bez problemu było nas stać na karmę dla zwierzaków i ich leczenie. Kiedy nie zarabiamy, to wszystko to po pewnym czasie staje się kłopotliwe. Od kilku miesięcy przeżywamy właśnie taką sytuację. Robimy co w naszej mocy, ale to na niewiele wystarcza. Ciągle coś próbujemy, ciągle myślimy jak wyjść z tej sytuacji. Zobaczymy co przyniesie czas.
Najwazniejsze jednak, że wciąż mamy plany, wciąż mamy marzenia. To chyba nasz największy kapitał. Mamy też spore doswiadczenie, wiemy jak i co robić z psami.
Pomimo wszystko podjęliśmy w tym sezonie próbę startu w dużym wyścigu. 200 kilometrowy Gausdal Maraton skupił na sobie naszą uwagę. Jednak na jego starcie nie stanął nasz zaprzęg. Zabrakło pieniędzy. Jak zwykle. Rozmawialiśmy z kilkoma firmami, coś nam obiecali, ale jak przyszło co co czego to gdzieś zniknęli. Do szczęścia zabrakło trzech tysięcy zł.
Przygotowania do wyścigu były niezwykle trudne. Najpierw w sierpniu Krzysztof zerwał sobie mięsień łydki, co unieruchomiło go całkowicie najpierw na miesiąc, a potem po odnowieniu kontuzji na kolejne dwa.
Treningi rozpoczął przez to dopiero w listopadzie. Dwa miesiące później niż zazwyczaj.
Do tego było bardzo ciepło. Wysoka temperatura też nie ułatwiała przygotowań. Ale udało sie, kolejny raz zaprzęg złapał wielką formę. Była ona niewątpliwie zasługą wszystkich poprzednich sezonów, bardzo mocno przez nas przepracowanych. Jak sie okazało starsze, doświadczone bardzo psy, nie potrzebują już tak dużej dawki treningu. One po prostu odcinają już kupony od poprzednich sezonów.
Zawiodły jednak finanse. Dlatego teraz zmieniamy sposób szukania sponsorów. Rozmowy zaczynamy już teraz, a nie po sezonie jak czyniliśmy wcześniej. Jakie przyniesie to efekty? Zobaczymy.
środa, 24 września 2014
Vili
Sześć miesięcy po śmierci Vilego na trasie Finnmarkslopet dostaliśmy nareszcie wyniki jego autopsji. Nie potwierdziły one naszych przypuszczeń. Vili nie miał tętniaka, nie miał ukrytej wady serca, nie miał praktycznie żadnych problemów zdrowotnych. Zabiła go chwilowa niewydolność serca, która pojawiła się też z bliżej nieokreślonego powodu.
Brak jednoznacznej przyczyny śmierci oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko to że taka śmierć może się przydarzać od czasu do czasu. Raport zresztą dokładnie na to wskazuje. I ta śmierć dotyczyć może zarówno psów, jak i ludzkich członków zespołu.
Pozostaje wierzyć statystykom, które jasno pokazują, że prawdopodobieństwo wystąpienia takiej tragedii jest bardzo niewielkie, więc mamy nadzieję, że wyczerpaliśmy już swój przydział podobnych historii.
Raport mówi także o tym, że podobne przypadki niewydolności serca są niezwykle trudne do zdiagnozowania. Nie pomogą tutaj obserwacje zwierzaka, nie pomogą badania kliniczne. Nie mamy żadnego wpływu na to co się może stać.
Mieliśmy nadzieję, że ten raport pomoże nam w przyszłości zapobiegać podobnym sytuacjom, ale nic z tego. Zwiększa on tylko poczucie naszej odpowiedzialności za to co robimy. Piszemy poczucie, bo na nim się to wszystko kończy. I tak nie mamy żadnego wpływu na takie rzeczy.
I jeszcze jedno wynika z tego raportu. To może spotkać każdego z nas. Do takiej śmierci nie jest wcale potrzebny duży wysiłek.To może się zdarzyć na spacerze, podczas zabawy, może się stać na chodniku, albo i w windzie.
Chcieliśmy wiedzieć i wiemy. Wiemy tyle, że to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Co z tą wiedzą zrobimy dalej? Do jakich wniosków dojdziemy w najbliższej choćby przyszłości?
Oto jest pytanie.
Brak jednoznacznej przyczyny śmierci oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko to że taka śmierć może się przydarzać od czasu do czasu. Raport zresztą dokładnie na to wskazuje. I ta śmierć dotyczyć może zarówno psów, jak i ludzkich członków zespołu.
Pozostaje wierzyć statystykom, które jasno pokazują, że prawdopodobieństwo wystąpienia takiej tragedii jest bardzo niewielkie, więc mamy nadzieję, że wyczerpaliśmy już swój przydział podobnych historii.
Raport mówi także o tym, że podobne przypadki niewydolności serca są niezwykle trudne do zdiagnozowania. Nie pomogą tutaj obserwacje zwierzaka, nie pomogą badania kliniczne. Nie mamy żadnego wpływu na to co się może stać.
Mieliśmy nadzieję, że ten raport pomoże nam w przyszłości zapobiegać podobnym sytuacjom, ale nic z tego. Zwiększa on tylko poczucie naszej odpowiedzialności za to co robimy. Piszemy poczucie, bo na nim się to wszystko kończy. I tak nie mamy żadnego wpływu na takie rzeczy.
I jeszcze jedno wynika z tego raportu. To może spotkać każdego z nas. Do takiej śmierci nie jest wcale potrzebny duży wysiłek.To może się zdarzyć na spacerze, podczas zabawy, może się stać na chodniku, albo i w windzie.
Chcieliśmy wiedzieć i wiemy. Wiemy tyle, że to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Co z tą wiedzą zrobimy dalej? Do jakich wniosków dojdziemy w najbliższej choćby przyszłości?
Oto jest pytanie.
sobota, 6 września 2014
Ostracyzm
Wczoraj, podczas spotkania z przyjaciółmi, zrozumieliśmy wreszcie dlaczego sporo naszych znajomych przestało się do nas odzywać po śmierci Vilego na tegorocznym wyścigu Finnmarkslopet w Norwegii.
My jesteśmy jej winni! To przez nas Vili umarł! Tak twierdzą te osoby.I dlatego spotkał nas z ich strony ten ostracyzm.
Wydano na nas wyrok nie znając szczegółów, nie znając faktów. Nie mając pojęcia ile nas ta śmierć kosztowała w sensie psychicznym i jak ciężko jest nam po niej żyć i działać.
Wciąż nie mamy wyników autopsji Vilego. Ma je Hanna Fredriksen, szef weterynarzy na Finnmarkslopet. Nawet przysłała nam przedwczoraj maila z tymi wynikami. Po norwesku, rzecz jasna. Dołączyła do tego komentarz po angielsku. Już zaczęliśmy dyskutować nad tym komentarzem. Zadawać sobie pytania, jak do tego doszło. Analizować go. Ale wtedy otworzył się wreszcie załącznik z wynikami. Tam okazało się, że to nie wyniki Vilego. Tylko jakiejś norweskiej suczki, zmarłej kiedy indziej.
Jakiż bajzel panuje na biurku, czy w komputerze Hanny Fredriksen? Ciekawe do kogo wysłała nasz załącznik? Od przedwczoraj nie mamy znowu z nią kontaktu. To jest w ogóle ciekawa postać. Będziemy mieli sobie sporo do powiedzenia jeśli kiedykolwiek spotkamy się w cztery oczy. Bo takiej dawki olewania nas to nie zaznaliśmy jeszcze od nikogo w całym naszym życiu.
Kolejny raz cała ta makabryczna historia stanęła nam przed oczami. Przeżyliśmy ją raz jeszcze. Znowu były łzy i długa dyskusja. I pytania o sens tego wszystkiego.
Ale kilkoro naszych znajomych wie przecież o nas i tej sytuacji wszystko. Wydali wyrok. To przez ten wyrok nigdy nie potrafili się do nas odezwać. Zadzwonić, napisać maila. Wcześniej dzwonili bardzo często. Po śmierci Vilego nigdy. Łatwo jest ferować wyroki. Ale sprawa nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać.
Vili umarł na samym początku biegu. Nie po kilkuset kilometrach, kiedy jego serce zaprzestało pracy w wyniku przemęczenia. Nie, Vili umarł na samym początku, po stosunkowo spokojnym biegu.
A co to oznacza? Ano tyle, że spotkać to może każdego z nas. Każdego z naszych psów. Dosłownie wszędzie. Pies może umrzeć w trakcie dzikiej zabawy z innym psem, w czasie biegu przy rowerze, który tak uwielbiają ci wydający wyroki na nas znajomi. To może spotkać każdego z Was, bo nie wiecie, czy wasz pies nie ma jakiejś ukrytej choroby, czy genetycznej wady.
Przez to co spotkało Vilego i nas, strasznie mocno zaczęliśmy się zajmować tymi kwestiami. Przeprowadziliśmy mnóstwo rozmów i przeczytaliśmy tyle samo opisów podobnych zdarzeń w necie. Takich historii jest na pęczki. Psy, tak samo jak ludzie od czasu do czasu umierają nagle i gwałtownie. Mimo, ze nic wcześniej nie wskazywało na taką możliwość.
Ale po co drążyć temat, po co rozmawiać z ludźmi, czytać książki, czy artykuły? Lepiej wydawać wyroki. Przecież wszystko już wiemy.
Strasznie to przykre. Mamy nadzieje, że nie spotka was nic podobnego w życiu, choć osobiste doświadczenie byłoby tutaj najlepszą formą nauki.
Wczoraj mieliśmy spotkanie z naszymi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi można szczerze porozmawiać. To od nich dowiedzieliśmy się dlaczego tak zwane środowisko odwróciło się od nas. Dlaczego nikt nie zadzwonił, nie napisał, choćby maila.
Co ciekawe odzywali się do nas ludzie, których znamy wyłącznie z facebooka, z którymi nigdy się nie spotkaliśmy w realu. To samo dotyczy także naszej obecnej sytuacji. "Środowisko" i w tym przypadku zamilkło.
Tragedie, które nas wszystkich spotykają, jak widać, najlepiej weryfikują prawdziwość różnych znajomości. Potwierdza się po raz kolejny powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
My jesteśmy jej winni! To przez nas Vili umarł! Tak twierdzą te osoby.I dlatego spotkał nas z ich strony ten ostracyzm.
Wydano na nas wyrok nie znając szczegółów, nie znając faktów. Nie mając pojęcia ile nas ta śmierć kosztowała w sensie psychicznym i jak ciężko jest nam po niej żyć i działać.
Wciąż nie mamy wyników autopsji Vilego. Ma je Hanna Fredriksen, szef weterynarzy na Finnmarkslopet. Nawet przysłała nam przedwczoraj maila z tymi wynikami. Po norwesku, rzecz jasna. Dołączyła do tego komentarz po angielsku. Już zaczęliśmy dyskutować nad tym komentarzem. Zadawać sobie pytania, jak do tego doszło. Analizować go. Ale wtedy otworzył się wreszcie załącznik z wynikami. Tam okazało się, że to nie wyniki Vilego. Tylko jakiejś norweskiej suczki, zmarłej kiedy indziej.
Jakiż bajzel panuje na biurku, czy w komputerze Hanny Fredriksen? Ciekawe do kogo wysłała nasz załącznik? Od przedwczoraj nie mamy znowu z nią kontaktu. To jest w ogóle ciekawa postać. Będziemy mieli sobie sporo do powiedzenia jeśli kiedykolwiek spotkamy się w cztery oczy. Bo takiej dawki olewania nas to nie zaznaliśmy jeszcze od nikogo w całym naszym życiu.
Kolejny raz cała ta makabryczna historia stanęła nam przed oczami. Przeżyliśmy ją raz jeszcze. Znowu były łzy i długa dyskusja. I pytania o sens tego wszystkiego.
Ale kilkoro naszych znajomych wie przecież o nas i tej sytuacji wszystko. Wydali wyrok. To przez ten wyrok nigdy nie potrafili się do nas odezwać. Zadzwonić, napisać maila. Wcześniej dzwonili bardzo często. Po śmierci Vilego nigdy. Łatwo jest ferować wyroki. Ale sprawa nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać.
Vili umarł na samym początku biegu. Nie po kilkuset kilometrach, kiedy jego serce zaprzestało pracy w wyniku przemęczenia. Nie, Vili umarł na samym początku, po stosunkowo spokojnym biegu.
A co to oznacza? Ano tyle, że spotkać to może każdego z nas. Każdego z naszych psów. Dosłownie wszędzie. Pies może umrzeć w trakcie dzikiej zabawy z innym psem, w czasie biegu przy rowerze, który tak uwielbiają ci wydający wyroki na nas znajomi. To może spotkać każdego z Was, bo nie wiecie, czy wasz pies nie ma jakiejś ukrytej choroby, czy genetycznej wady.
Przez to co spotkało Vilego i nas, strasznie mocno zaczęliśmy się zajmować tymi kwestiami. Przeprowadziliśmy mnóstwo rozmów i przeczytaliśmy tyle samo opisów podobnych zdarzeń w necie. Takich historii jest na pęczki. Psy, tak samo jak ludzie od czasu do czasu umierają nagle i gwałtownie. Mimo, ze nic wcześniej nie wskazywało na taką możliwość.
Ale po co drążyć temat, po co rozmawiać z ludźmi, czytać książki, czy artykuły? Lepiej wydawać wyroki. Przecież wszystko już wiemy.
Strasznie to przykre. Mamy nadzieje, że nie spotka was nic podobnego w życiu, choć osobiste doświadczenie byłoby tutaj najlepszą formą nauki.
Wczoraj mieliśmy spotkanie z naszymi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi można szczerze porozmawiać. To od nich dowiedzieliśmy się dlaczego tak zwane środowisko odwróciło się od nas. Dlaczego nikt nie zadzwonił, nie napisał, choćby maila.
Co ciekawe odzywali się do nas ludzie, których znamy wyłącznie z facebooka, z którymi nigdy się nie spotkaliśmy w realu. To samo dotyczy także naszej obecnej sytuacji. "Środowisko" i w tym przypadku zamilkło.
Tragedie, które nas wszystkich spotykają, jak widać, najlepiej weryfikują prawdziwość różnych znajomości. Potwierdza się po raz kolejny powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
piątek, 5 września 2014
Sezon 2014/2015
Nie będzie łatwo, ba będzie piekielnie trudno to zrobić, ale innego wyjścia póki co nie mamy. Sezon trzeba rozpocząć. Bodaj najtrudniejszy ze wszystkich dotąd.
Nie będzie komfortu, nie będzie wygody. Znowu czeka nas dojeżdżanie na trening samochodem z przyczepą, co wydłuża czas każdego treningu i czyni go trudniejszym. Tak się jednak wszystko poukładało, że innego wyjścia nie ma. Oby starczyło nam motywacji, zaangażowania i co tu dużo mówić, profesjonalizmu. Tego ostatniego potrzeba nam będzie jak nigdy dotąd.
16 psów rozpocznie treningi od dzisiaj. W porównaniu do poprzednich sezonów mamy kilkudniowe spóźnienie, ale cytując pewnego byłego premiera naszego pięknego kraju "nie ważne jak się zaczyna, ale jak kończy", nie przejmujemy się tym zbytnio.
A zatem kolejny sezon uważamy za otwarty!
Nie będzie komfortu, nie będzie wygody. Znowu czeka nas dojeżdżanie na trening samochodem z przyczepą, co wydłuża czas każdego treningu i czyni go trudniejszym. Tak się jednak wszystko poukładało, że innego wyjścia nie ma. Oby starczyło nam motywacji, zaangażowania i co tu dużo mówić, profesjonalizmu. Tego ostatniego potrzeba nam będzie jak nigdy dotąd.
16 psów rozpocznie treningi od dzisiaj. W porównaniu do poprzednich sezonów mamy kilkudniowe spóźnienie, ale cytując pewnego byłego premiera naszego pięknego kraju "nie ważne jak się zaczyna, ale jak kończy", nie przejmujemy się tym zbytnio.
A zatem kolejny sezon uważamy za otwarty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




