niedziela, 15 maja 2016

Układanka

Światopogląd, własne zdanie na różne tematy, to wszystko jest niczym puzzle. Składamy je w całość z rozproszonych fragmentów zbieranych przez całe życie. Niektórych z nich długo nie możemy znaleźć. Niby układanka jest niemal kompletna, wszystko nam już pasuje, ale brak jednego drobnego kawałka psuje końcowy efekt. Brak tej przysłowiowej kropki nad i jest brakiem, który nie pozwala doprowadzić własnego osadu sprawy do końca.

W naszym postrzeganiu świata taki problem mamy ze Skandynawią. Powszechna opinia o tej części świata jest taka, że to kraje bardzo dbające o środowisko, wzory ekologicznego podejścia do życia. Sortownie śmieci, pozyskiwanie większości energii elektrycznej (zwłaszcza Norwegia) z odnawialnych źródeł. Cud miód, żyć nie umierać. Skandynawia wydaje się wielu osobom ideałem pod tym względem. Nam również, choć dostrzegaliśmy zawsze pewne rysy na tym wizerunku. Długo nie mogliśmy ich zdefiniować. Co właściwie jest nie tak?

Wczoraj mieliśmy przyjemność znaleźć się na spotkaniu autorskim z Adamem Wajrakiem. Człowiekiem, którego wyjątkowo cenimy za wkład w ochronę przyrody w naszym kraju oraz całościową jego pracę nad pokazywaniem piękna natury i omawianiem go w sposób, w jaki nie robi tego nikt inny. To chyba jedyny dziennikarz dużych mediów, który zajmuje się przyrodą. Nazywany przez przeciwników ekoterrorystą i lewakiem. Przez to też jest nam bliski.
W trakcie spotkania, odpowiadając na czyjeś pytanie, zahaczył o Skandynawię. Powiedział, że tam natura jest piękna, bo Skandynawów jest zbyt mało, aby zdołali ją zniszczyć. Gdyby zaludnienie Szwecji, czy Norwegii byłoby tak duże jak Polski, to nie zostałby tam kamień na kamieniu. Skandynawowie bowiem, mają niezwykle interesowne podejście do natury. Wg nich ona jest po to, by człowiek z niej korzystał. W efekcie szwedzcy, czy norwescy myśliwi uwielbiają przyjeżdżać na polowania do nas, bo u siebie nie mają już na co. Także ich lasy cięte są na potęgę.
Przyrodę szwedzką, norweską i fińską ratuje to, że na terenach mniej więcej wielkości Polski mieszka cztery a nawet niemal 10 razy mniej ludzi.

Zawsze wiedzieliśmy o tym jak traktuje się tam psy zaprzęgowe. Te stare, czy chore są zabijane. Czasem za pośrednictwem weterynarza, ale częściej za pomocą broni palnej. W końcu prawie każdy tamtejszy maszer to myśliwy i broń posiada. Jest też na to przyzwolenie społeczne.
Tam istnieją kennele, w których trzyma się 300, czy 400 psów. W takiej masie nie ma możliwości etycznego traktowania zwierząt. To są firmy, które mają przynosić zysk. Chorujące psy, czy konieczność utrzymywania psich emerytów zrujnowałaby każdą taką firmę. Więc koszty się eliminuje. Dosłownie.

Tworząc naszą własną układankę wiedzieliśmy o różnych historiach. Łudziliśmy się jednak, że to może nieliczne przypadki, a nie coś co występuje powszechnie. Jednak nadal nam to nie pasowało. Jeździmy tam przecież od kilku lat, a nigdy nie widzieliśmy w terenie innego zwierzaka niż renifera. Teraz już wiemy dlaczego. Tam nie ma innych zwierząt. Zostały upolowane. Zabite i zjedzone. W Norwegii, w 4 milionowym kraju, jest 400 tysięcy myśliwych! 10 procent społeczeństwa poluje! W Polsce myśliwych mamy około 100 tysięcy. Żeby dorównać w tym Norwegom, musiałoby u nas włóczyć się po lasach prawie 4 miliony osób z giwerami. Wtedy też nie byłoby już u nas jeleni, saren, dzików, czy zajęcy. Wszystko zostałoby wymordowane i zeżarte, a lasy rozjeżdżone samochodami i zadeptane w diabły.

Czasem trzeba usłyszeć czyjeś słowa, aby własną układankę ułożyć do końca. Dla nas jej końcowy efekt nie jest optymistyczny. Człowiek chciałby żyć w świecie idealnym. Marzy o swoistej ziemi obiecanej, o miejscu w którym będzie mógł żyć w pełnej zgodzie ze swoimi poglądami i na swój sposób, a na dodatek będzie to tam kompletnie akceptowane. W rzeczywistości okazuje się jednak to całkowitą utopią. Nie ma takich miejsc. Zawsze i wszędzie jest coś nie tak. To zmusza do wyboru jedynie mniejszego zła. Nie ma jednak na to sposobu. Wszędzie trzeba walczyć z ludźmi, którzy nie rozumieją podstawowych prawideł świata natury. Tego przede wszystkim, że my ludzie jesteśmy na planecie Ziemia tylko i wyłącznie gośćmi i to na chwilę.

piątek, 6 maja 2016

Saga o ludziach pasji



Saga to, jak podają źródła, staroskandynawskie dzieło epickie o legendarnych lub historycznych bohaterach i wybitnych rodach - wyprawach Wikingów, migracji na Islandię. To opowieści o legendarnych władcach norweskich i duńskich, o wielkich wojownikach. Wspaniałe historie opowiadające o bohaterskich czynach, o poświęceniu i dążeniu do celu, choćby był on niemal nieosiągalny.
Coś jak nasza historia. To co robimy, to w naszych realiach też niemal poruszanie się w krainie o  nazwie "Niemożliwe". Jednak próbujemy, przegrywamy i podnosimy się by walczyć dalej. Czasem cel jest blisko, ale zaraz potem oddala się bardzo. Takie życie.

Wielkie cele, co oczywiste, nie mogą być łatwe. Aby je osiągnąć trzeba przejść trudną drogę. Pełną poświęcenia, wyrzeczeń i nauki. My naszą przechodzimy metr po metrze, bez taryfy ulgowej, na własnych nogach, na kolanach, a czasem się czołgając. I wierząc, że gdzieś tam na jej końcu czeka nas szczęście i spełnienie. Pewność, że to wszystko było po coś. Jak w skandynawskich sagach. Ich bohaterowie także rzucali na szalę wszystko co posiadali, włącznie z własnym życiem.

"23 kilometr" to też w pewnym sensie saga. "Saga o ludziach pasji". Tą pierwszą mamy napisaną i wydaną. Następne się piszą w naszych duszach i myślach. Dziś jeszcze puste karty papieru zapełnią się pewnego dnia kolejną opowieścią,którą życie układa już teraz.

czwartek, 5 maja 2016

Chyba się udało?



Długi, majowy weekend spędziliśmy w podróżach. Codziennych, do lecznicy. Ixi ma spory problem ze zdrowiem. Pęknięta kość gnykowa napędziła nam sporo strachu.
Każdego dnia woziliśmy go na za zastrzyki i kroplówki do Bydgoszczy. W sobotę wyglądało to tragicznie. Diagnoza była porażająca. Dawała Młodemu duże prawdopodobieństwo opuszczenia tego świata. Wszystko miało się okazać w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni leczenia.

W niedzielę zaświeciło światełko w tunelu. W poniedziałek wróciła nadzieja, że będzie dobrze - dostaliśmy już zastrzyki do domu. Kroplówki też można było odstawić, bo Ixi zaczął pić ostrożnie wodę w małych ilościach. Wieczorem zjadł nawet trochę wodnistej papki.
Dzisiaj wszystko wygląda optymistycznie. Jest apetyt, temperatura od dwóch dni w normie, Młody jest aktywny i wesoły.
Jeszcze boimy się kilku następnych dni, bo w jego gardle zachodzą procesy naprawcze. Tworzą się martwicze tkanki, których organizm będzie musiał się z czasem pozbyć. Mamy nadzieję, że poradzi sobie z tym. Inaczej może dojść do zakażenia organizmu i ... wiadomo czego.
Dlatego musimy być czujni. Obserwujemy dzieciaka, mieszka teraz z nami. Przy tej okazji zadziwia nas swoim spokojem. W zaprzęgu wariat, na wybiegu wśród innych psów wulkan energii. A w domu grzeczny, stateczny misio. Tak samo na smyczy w mieście, w lecznicy. Genialnie ułożony chłopak.
Zaskoczył nas tym. Choć z drugiej strony wszystkie nasze alaskany są właśnie takie.

Przy okazji jego choroby znowu dopadł nas lęk o życie psiaka. Tym razem najmłodszego w stadzie. To okropne uczucie, które powoduje zawieszenie wszystkich innych spraw. Nienawidzimy tego uczucia, ale ono jest wpisane w nasze życie. Śmierć wciąż kręci się gdzieś w pobliżu i nie daje wytchnienia. Czasem udaje się ją przechytrzyć i odpędzić na jakiś czas. Ona jednak wraca i ładuje lęk w nasze dusze.

Tym razem jednak coś dzieje się trochę inaczej. Budzi się sprzeciw i kontra dla takiego życia. Zaczynają w głowach kiełkować nam pewne pomysły. Powoli zaczynają przybierać kształt gotowego projektu. Złych myśli nic tak nie odpędza jak poświęcenie się idei. Nie napiszemy nowej, bo to nie byłaby prawda. Rozwijamy w tej chwili starą myśl, ale w nowej formie. Jak ją rozwiniemy to pierwsi się o tym dowiecie.
Coś za coś! Skoro jest lęk, skoro psia śmierć próbuje nas ograbić z marzeń o pięknym życiu, to musimy rzucić jej wyzwanie. Nie tylko jej. Czas na wielkie cele i wielką pracę wiodącą do ich realizacji. Albo wszystko albo nic.

poniedziałek, 2 maja 2016

Majówka, czas na aktywność

Można umrzeć ze śmiechu czytając tytuły rozmaitych tekstów w internecie i gazetach. Podobno wraz z miesiącem majem rozpoczynamy my ludzie aktywność. Jest ciepło, czasem świeci słońce, możemy wreszcie być aktywni. Nie tylko zresztą my, nasze zwierzęta też. Czytamy, artykuł napisany przez panią weterynarz, że psy mają po zimie nadwagę, brudną sierść i kołtuny, zwłaszcza między opuszkami łap, bo mniej chodziły!?
Ludzie też są zapuszczeni po zimie, jak nie przymierzając niedźwiedź po wyjściu z gawry. Jesteśmy tłuści, niedomyci i ogólnie rzecz biorąc dość śmierdzący. Jak to zwykle bywa po zimowym śnie.

Nie wiemy kto pisze te bzdury, kto głosi w rozmaitych regionach rozpoczęcie jakiegoś tam sezonu turystycznego. Ostatnio na przykład taki własnie się rozpoczął w Borach Tucholskich, co ogłosił jeden z parków krajobrazowych. A wcześniej, jesienią i zimą, to co? Bory na kłódkę były zamknięte? Jakiś zakaz wstępu obowiązywał?

Komu do głowy przychodzi, że mamy w turystyce w Polsce jeden sezon? Bzdura piramidalna. Może być sezon letni, może być zimowy, wiosenny, czy jesienny. Nie jeden trwający od maja do końca sierpnia. Jakieś tępaki to piszą, czy co?
Od groma ludzi biega, uprawia nordic walking, jeździ na rowerach i czyni to z lubością przez cały rok. Nie tylko wtedy kiedy jest ciepło i świeci słońce.
Nas do szału doprowadzają te otwarcia sezonu.
A tym bardziej rozpoczęcie aktywności. Polacy mieszkają w raczej chłodnym kraju i gdyby mieli być aktywni tylko latem, to daleko by nie zaszli. Tego lata to jest zresztą tyle co kot napłakał i do tego takie sobie. Nie przeszkadza to jednak różnym portalom wypisywać głupot.

Polska Polską, ale przy dzisiejszych możliwościach przemieszczania się, mamy dostęp do milionów form aktywności na całym świecie. Problemem może być jedynie kasa, a nie wymyślony przez kogoś martwy okres zimowy.
Dla nas zawsze zima była i będzie czasem największej aktywności. Odwrotnie lato, które jest dla zawodowych maszerów czasem odpoczynku po ciężkim sezonie i przygotowań do następnego.

Najgorsze jest to, że turystyczny rasizm sezonowy głoszą ludzie i organizacje z turystyki żyjące. Jeszcze raz wrócimy do Borów Tucholskich. Trzymanie się tam tylko i wyłącznie sezonu letniego to zbrodnia. W Borach najpiękniejsza zawsze jest jesień i to często ta w październiku. A wtedy nie ma tam w ogóle turystów. I to jest absurdalne, że nikt nie promuje tam jesieni. Zimą to faktycznie nie mają niczego do zaproponowania poza spacerami po lesie, czy sporadycznymi spływami kajakowymi dla prawdziwych miłośników tej odmiany kajakarstwa.. Nikt tam jeszcze nie wpadł na pomysł organizacji czegoś więcej. Nawet kiedy tam działaliśmy to też nikt nie widział w mushingu atrakcji wartej uwagi. Zimą w Bory jedzie się alkoholizować w pensjonatach z ofertą grupowej sprzedaży za grosze. Stąd też bierze się to otwieranie sezonu w maju. Wreszcie zacznie napływać klient na kiełbasę z grilla i piwo. Ot taka turystyka.
Szkoda gadać!


niedziela, 1 maja 2016

Mushing jest do ... bani




Obcowanie z najpiękniejszymi miejscami polarnego świata, wspaniałe emocje, uniesienia podczas współpracy z najcudowniejszymi psami świata, nie są w stanie zrównoważyć codziennego strachu jaki odczuwa maszer. Strachu o własne psy, lęku że coś zrobi się nie tak jak powinno i ucierpią na tym zwierzaki.
Ten strach jest wszechobecny. Nie można go wyrzucić z głowy i zapomnieć o nim. Nie ma od niego chwili wytchnienia.
Kiedy już zdaje się, że jest spokojnie, to zawsze wtedy zdarza się coś, co burzy ten pozorny, jak się okazuje spokój. Przychodzi choroba, a po niej często śmierć, ból po której przekreśla wszelki sens mushingu.

My się do niego nie nadajemy! Zbyt mocno nas uwiera to na co często nie mamy żadnego wpływu. Ze śmiercią nie potrafimy się ogarnąć w ogóle. W tym roku,w ciągu zaledwie jednego miesiąca odwiedziła nas ona dwa razy. Juma i Moli to były psy w solidnym wieku, zwłaszcza 15 letni Moli, ale od wczoraj walczymy o życie dwuletniego Ixiego. I to już jest przegięcie. Wesoły, ciągle skory do zabawy psiur nagle leży jak szmatka i jest na najlepszej drodze na tamten świat. Tylko dlatego, że miał pecha w zabawie ze swoimi kumplami!
Nie zgadzamy się na to! To już grubo za dużo! Los się z nami nie pierdzieli, przyzwyczailiśmy się już do tego. Można nauczyć się z tym żyć. Ale do cholery, niech on da nam czasem trochę oddechu, bo inaczej rozpadniemy się w cholerę jasną.

Są takie momenty, że naprawdę mamy wszystkiego dość. Wrzeszczymy wtedy na siebie, wywalamy całą frustrację w kłótni, całą nienawiść do tego pierdzielonego życia, a potem dalej robimy swoje. Robimy, bo odpowiadamy za nasze psy, bo musimy im zapewnić dach nad głową i pełną miskę.
W mushingu nie ma miejsca dla takich ludzi jak my! Tu potrzeba pancernej skóry i odporności na cierpienie zwierząt i ich umieranie. W ciągu ostatnich siedemnastu lat nie nauczyliśmy się tego. I nie nauczymy się już nigdy. Zwłaszcza, że oznaczałoby to naszą moralną klęskę.
Nienawidzimy czasem mushingu, a z drugiej strony nie możemy uwolnić się od niego, bo robienie tego wszystkiego zapewnia naszym zwierzakom byt. Kochamy mushing, bo od czasu do czasu daje nam całą swoją wspaniałość. Potem jednak zabiera to wszystko. I tak w kółko. Po tylu latach takich doznań i emocji nie mamy już szans na "normalne" życie. Już zawsze  będziemy tym wszystkim naznaczeni.

Dzisiaj z całą odpowiedzialnością możemy powiedzieć, przecież mamy wiele doświadczeń z różnymi aktywnościami, że mushing jest najtrudniejszym ze wszystkich sportów ekstremalnych jakie wykombinował człowiek. Byłem alpinistą i nie raz i nie dwa, stawałem ze śmiercią twarzą w twarz, ale to była moja śmierć, którą sam na siebie mogłem sprowadzić. W mushingu przeżywamy ją tyle razy ile mamy psów. I często nie mamy na to żadnego wpływu. A jeśli mamy, a ona i tak zrobi swoje, to już jest dramat na całego.
To stawia poprzeczkę w mushingu na niedostępnym dla innych sportów poziomie. To  jest przyczyną zmartwień i odbiera motywację do działania.

Mamy długi weekend. Dla nas to będzie najdłuższy długi weekend w życiu. Za chwilę znowu jedziemy do lecznicy. Ixi musi dostać swoją porcję leków i płynów. Dzisiejszy i jutrzejszy dzień ma zadecydować czy chłopak ma szansę.
Całą noc nasłuchiwaliśmy jego oddechu, na szczęście on w miarę ją przespał. To ważne, bo jest strasznie zmęczony.
Trzymajcie kciuki za tego dzieciaka! My idziemy walczyć.















wtorek, 19 kwietnia 2016

Za horyzontem

Tanda


Dzisiaj czeka nas prelekcja w ramach cyklu podróżniczego Za horyzontem organizowanego przez Regionalne Centrum Kultury w Kołobrzegu.
Dosłownie za chwilę się tam wybieramy.

To drugie po gryfińskim Włóczykiju spotkanie z pasjonatami podróży na północy Polski. Ponadto w Kołobrzegu jeszcze, jak dotąd, nie mieliśmy okazji się znaleźć, więc tym ciekawsza będzie to wyprawa.

Będzie to czternaste spotkanie z naszej serii, którą realizujemy od 25 lutego. Rozpoczęliśmy w Katowicach, byliśmy już we Wrocławiu, Rybniku, Gryfinie, Bydgoszczy, czy Mławie, żeby wymienić choćby kilka z odwiedzonych miast. Wybieramy się jeszcze do wielu innych.
Wszędzie tam opowiadamy o psich zaprzęgach, o życiu z pasją i humanitarnym, w najlepszym tego słowa pojęciu, traktowaniu zwierząt.
Dla nas nie istnieje mushing uprawiany kosztem zdrowia, czy życia psów. Taki mushing w naszym pojęciu nie ma prawa do egzystencji. Tylko szacunek do zwierząt i miłość do natury powinny skłaniać ludzi do uprawiania tej dyscypliny.
Dlatego w trakcie naszych spotkań zawsze padają słowa o psich emerytach, którzy nie muszą obawiać się o swój los na starość. O obowiązku dbania o psy na każdym etapie ich życia.
Powtarzamy też słowa o odpowiednim przygotowaniu psów do długodystansowego biegania i o niezbędnych zabiegach, które psom się należą w jego trakcie. Nie wszyscy maszerzy o tym pamiętają, więc tym bardziej musimy o tym mówić.
Nie inaczej będzie też dzisiaj w Kołobrzegu. Tak jak wszędzie, gdzie się pojawiamy, aby głosić dobre słowo o psich bohaterach Dalekiej Północy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

"23 kilometr" dla Domu Psiego Seniora



Budujemy kojce z książek. Dokładnie, właśnie tak!
Książka "23 kilometr" zamienia się w dowolne rzeczy potrzebne do naprawy, czy budowy kojców. Teraz na przykład każda książka to jedna płyta onduliny, która pokrywa dach kojców. Stary dach trochę się już sypie i przecieka gdzieniegdzie, więc niezbędne jest nowe pokrycie.
Kupując "23 kilometr" budujecie razem z nami nowy dach na Domu Psiego Seniora.
Poza tym dostajecie do ręki wartościową książkę, opisującą niebanalną historię, która będzie miała dalszy ciąg.

Nasza książka otrzymuje bardzo pozytywne recenzje i to zarówno od czytelników jak i fachowców od literatury. Recenzje zwłaszcza tych pierwszych są wręcz entuzjastyczne. Dlatego z czystym sumieniem polecamy naszą książkę. Możemy zapewnić, że jest warta każdej złotówki, którą na nią wydacie.
Dodamy jeszcze, że nie jest to opowieść tylko i wyłącznie dla "psiarzy". Znajduje się w niej o wiele więcej ciekawych treści niż tylko opis życia z psami. To książka o życiu w ogóle, o pasji i uporze w realizacji własnych celów. Zobaczcie sami przez co można przejść, dążąc do realizacji marzeń. To jest naprawdę bardzo ciekawa historia.

"23 kilometr" można kupić tylko i wyłącznie u nas, przynajmniej na razie. Wystarczy napisać do nas na info@syberiada-adventure.com podając adres do wysyłki i imię do dedykacji. My odeślemy Wam dane do wpłaty, a po niej książkę pod wskazany adres.

Dlaczego nie ma tej książki w księgarniach? Oczywiście ze względu na pieniądze. Księgarnie oferują takie warunki, że z punktu widzenia naszych zwierzaków są one nie do przyjęcia. Po pierwsze duży rabat, wiadomo księgarnia też musi zarobić. Po drugie termin płatności. Zapłacą dopiero po sprzedaży książki, o ile ją sprzedadzą. Książki autora nieznanego potrzebują aktywnej promocji. Trzeba przy nich stać i je zachwalać, jak każdy nowy towar. Tego w księgarni, gdzie znajdują się tysiące książek nikt nie zrobi.
Dlatego póki co "23 kilometr" jest do kupienia wyłącznie u nas. Czy to mailowo, czy w trakcie naszych spotkań autorskich.
Zapraszamy do zakupów, to tylko 39 zł plus wysyłka.

środa, 13 kwietnia 2016

Adja - liderka doskonała

Adja wraz ze swoją przyjaciółką rudą Whisky na jednym z jesiennych treningów

Adja (1998-20.11.2005) - suczka siberian husky, nasza pierwsza wspaniała liderka zaprzęgu, to ona nauczyła nas mushingu. Dziękujemy, że nam zaufałaś. Na zawsze będziesz w naszych sercach.

"Wielu właścicieli psów, kotów, czy innych zwierząt, zwyczajnie
je kocha. Taki jest zresztą sens posiadania zwierzaka.
Zwierzę odpowiada człowiekowi taką samą, bezinteresowną
miłością. Maszer także musi kochać swoje psy. Im bardziej,
tym lepiej dla psów.
Dlatego tak wielką tragedią jest śmierć zwierzaka.
Dawno temu umarła Adja. (...)
Rozpacz po jej śmierci była nie do opisania. Bardzo długo
ją opłakiwaliśmy. Adja wciąż wracała w naszych rozmowach,
w naszych snach. Zdarzało mi się ją nawet spotykać w realnym świecie.
Pamiętam, jak kiedyś jechałem samochodem drogą wiodącą
z naszego domu w stronę wsi. Jechało się tam wtedy wzdłuż
dużego zagajnika. Była może 23, może trochę później, gdy
w światłach samochodu zobaczyłem Adję. Biegła drogą przed
siebie. Kiedy zatrzymałem samochód, stanęła i ona. Patrzyła na
mnie, a ja chciałem wybiec do niej. Przytulić ją. Zniknęła, zanim
zdążyłem się ruszyć..."

Książkę "23 kilometr", z której pochodzi powyższy fragment można kupić bezpośrednio u nas, wystarczy napisać komentarz pod tym postem lub wysłać wiadomość na info@syberiada-adventure.com. Następnie otrzymacie od nas dane do wpłaty, a po jej zaksięgowaniu książka zostanie wysłana na podany adres.
Cena "23 kilometra" to 39 zł + 5 zł za wysyłkę InPostem lub 10 zł za wysyłkę Pocztą.

Nasze pierwsze psiaki - od lewej ruda Whisky, piaskowa Adja, biała Baja, czarno-biały Nanook, rudy Pasiki i szary Aciu. Cały ten zaprzęg biega już za Tęczowym Mostem.




Kilka recenzji Czytelników na zachętę :)

"Piękna, wzruszająca, dosadna. O oddaniu, miłości i poświęceniu. Wyciska łzy i rwie dusze w cichej bezsilności. Historia zmagania się z wszelkimi przeciwnościami losu, by ostatecznie dać nadzieję na lepsze jutro..."

"Historia prawdziwa, szczera, wzruszająca. Pełna energii, pozytywna, motywująca ale także i smutna. Czyli taka jak życie. Wciągająca od początku do ostatniej kartki.(...) pasjonująca historia niezwykłej rodziny. Tak, na pewno motywuje do działania. A autorowi można pozazdrościć uporu i wiary w to co robi. Świetna robota, polecam każdemu do przeczytania!"

"Książka jest GENIALNIE napisana - tak jak powinna być pisana książka o podróży i życiu. Zachęcam każdego do przeczytania książki "23 kilometr" - bo naprawdę warto !"

Adja, rudy Pasik i Nanook, nasz pierwszy psiak





Dzięki Waszemu wsparciu będziemy mogli zakupić niezbędne do naprawy dachu kojców płyty onduliny oraz jeszcze lepiej opiekować się naszymi podopiecznymi z Domu Psiego Seniora - 32 psami, 6 kotami i gąską.

Zapraszamy też na nasze wydarzenie: https://web.facebook.com/events/1581631592158016/
Dziękujemy!

Adja, Whisky, Baja, Pasik, Nanook i Aciu z Krzyśkiem na organizowanych przez nas sprinterskich zawodach psich zaprzęgów Myślęcinek 2003 w Bydgoszczy

piątek, 8 kwietnia 2016

Moli

                                                                    Moli - biały lider

Pojawił się w naszym życiu latem 2003 razem z Atką, suczką która była matką naszej Baji. Moli miał wtedy półtora roku, a Atka osiem lat.
Mimo młodego wieku Molaczka byliśmy już czwartym jego domem. Kompletnie pozbawiony przyzwoitości i wyobraźni hodowca, handlował tym psiakiem nie starając się nawet znaleźć dla niego odpowiedniego nabywcy. Moli trafiał gdzieś, skąd za chwilę zostawał zwrócony hodowcy. Nawet nie wiadomo z jakich powodów. Następnie kupował go ktoś inny, równie nieprzygotowany do posiadania haszczaka. I historia się powtarzała. Moli znowu wracał do hodowli. Dopiero u nas znalazł dom na całą resztę swojego życia. Razem z nim znalazła go także Atka. Adoptowaliśmy ich oboje, bo hodowcy znudziła się hodowla. Na szczęście dla tych psiaków.

Moli zapowiadał się na świetnego biegacza. I takim się też okazał. Biegał w naszych zaprzęgach, przemierzał wraz z nami polskie lasy i pola. W 2010 był jednym z liderów zaprzęgu Darii w trakcie Inarijarvi Expedition która stała się ukoronowaniem jego zaprzęgowej kariery. Tam miał już 9 lat, ale mimo tego znajdował się w szczytowej formie. To on z Angą prowadził zaprzęg Darii, kiedy walczyliśmy o pozostanie na szlaku i o przetrwanie w czasie burzy, która dopadła nas 50 kilometrów przed końcem wyprawy. To on był tym psem, który po tamtej koszmarnej nocy pierwszy wydobył się spod nawianej na psy lodowej skorupy, która tak nas przestraszyła. W książce "23 kilometr" jest taki fragment:

"Wichura nie słabła. Wciąż szarpało namiotem, bez przerwy przewalał się przez nas nawiewany śnieg. Na szczęście jednak nie miał gdzie się zatrzymać i przelatywał po prostu dalej.
Tak dotrwaliśmy do świtu, który przywitał nas przerażającym obrazkiem.
Kiedy wyszliśmy z namiotu, dostrzegliśmy w miejscach, gdzie spały psy kuliste bryły lodu. Śnieg nawiewany na psy w zetknięciu z ich ciepłymi ciałami topił się, aby za chwilę zamarznąć na rosnącym mrozie. W efekcie psiaki pokryte zostały lodową skorupą i leżały nieruchomo.
W pierwszym momencie wyglądały jakby zamarzły!
Podchodziliśmy do każdego z osobna i nakłanialiśmy je do wstania. Bez efektu. Przestraszyliśmy się nie na żarty. Lodowe bryły leżały bez ruchu, ciasno zwinięte w kłębek.
Nagle Moli, najstarszy pies w zespole, po prostu wstał, otrzepał się z lodu i śniegu, a następnie… zwyczajnie się w tym śniegu wytarzał!
Momentalnie prysło nagromadzone w nas napięcie. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze, że psiaki dały sobie radę z tą trudną sytuacją o wiele lepiej, niż przypuszczaliśmy.
W tym momencie dotarło do nas, że skończymy tę wyprawę, że dokonamy tego i nic już nie zdoła nas pokonać!"

Wtedy Moli dał nam nadzieję i radość. Nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz. Aż do 4 kwietnia 2016, kiedy to jego serce przestało bić. Odszedł wspaniały pies i przyjaciel. Wielki podróżnik i niestrudzony biegacz. Prawdziwy lider psiego zaprzęgu.
Dziękujemy Ci Molaczku za te trzynaście lat, które mieliśmy przyjemność z Tobą spędzić. Będzie nam Ciebie bardzo brakowało.

piątek, 1 kwietnia 2016

Lektury na wiosnę


"23 kilometr" - pierwsza w Polsce książka napisana przez maszera poleca się na wiosnę. To opowieść o podróży przez życie psim zaprzęgiem, o pasji, o psach - wspaniałych przyjaciołach na wspólnej ścieżce życia. To historia naszego życia z ponad trzydziestką psów zaprzęgowych.

Recenzje czytelników.

"Pasjonująca lektura o życiu, celach, pokonywaniu własnych słabości i trudności rzucanych przez los. O emocjach, życiu ze zwierzakami, oddaniu. O wzlotach, upadkach, traceniu i odzyskiwaniu wiary w siebie, w ludzi, w to co się robi .... O wyprawie, zaprzęgach..."
Agnieszka

"Historia prawdziwa, szczera, wzruszająca. Pełna energii, pozytywna, motywująca ale także i smutna. Czyli taka jak życie. Wciągająca od początku do ostatniej kartki.
O psach, rodzinie, psach, emocjach, psach, turystach i psach. Czyli o wszystkim co i mnie jest bliskie, co w pewnym stopniu kieruje moim życiem. Może mniej psy, bo miałem tylko jednego. Ale za to jakiego :) Turystyką zajmuję się na co dzień i pracuję z klientami. Wiem jak fantastyczna jest to praca ale czasami i jak trudna. Więc siłą rzeczy książka ta będzie mi bliska bo porusza też wszystkie bliskie mi tematy.
Ale przede wszystkim jest to pasjonująca historia niezwykłej rodziny. Tak, na pewno motywuje do działania. A autorowi można pozazdrościć uporu i wiary w to co robi. Świetna robota, polecam każdemu do przeczytania!"
Kazimierz

"Piękna, wzruszająca, dosadna. O oddaniu, miłości i poświęceniu. Wyciska łzy i rwie dusze w cichej bezsilności. Historia zmagania się z wszelkimi przeciwnościami losu, by ostatecznie dać nadzieję na lepsze jutro.
Przeczytajcie o pasjonującym życiu szalonego człowieka. Szalonego, gdyż, mimo wielu gorzkich doświadczeń, nie ustępującego ani na krok w realizowaniu swojej największej pasji - mushingu.
Przeczytajcie o silnej rodzinie, która nade wszystko ukochała psy - niezłomnych bohaterów psio-ludzkiego zaprzęgu.
Przeczytajcie! A potem ruszcie tyłki sprzed monitorów i oddajcie się z radością swoim pasjom i miłościom z tak wielkim zaangażowaniem, jak Krzysztof, Daria i Kacper Nowakowscy uczynili to dla mushingu i swoich czworonożnych przyjaciół"
Alina


Fragment książki.


"Wpatrywaliśmy się oboje w ciemną, nieprzeniknioną dal. Przed nami było Inarijärvi. Pierwszy raz zobaczyliśmy jezioro. Zobaczyliśmy zaledwie tyle, ile widać było w świetle reflektorów. 
Jednak ten drobny wycinek wtedy wystarczył. Zresztą nie to, co było widoczne, miało znaczenie. Od jeziora wiał wiatr. Dość mocny, jednostajny podmuch idący z mroku. Czuć było w tym wietrze długą drogę, jaką przebył. Czułem w nim ogrom przestrzeni, jaka rozciągała się w ciemnościach, gdzieś tam daleko, gdzie
wzrok nie mógł sięgnąć. Przestraszyłem się. Poczułem prawdziwy lęk. Taki pierwotny
strach głęboko w sercu.
– Jak my damy radę objechać to jezioro – pomyślałem wtedy.
Tak naprawdę pierwszy raz od czasu kiedy zaczęliśmy planować tę wyprawę, nagle ogarnęły mnie wątpliwości. Było bardzo zimno, dwadzieścia parę stopni poniżej zera. Do tego dość mocno wiało. I to coś, co trudno opisać. Jakaś groza."


I recenzja Elżbiety:

"Mój mąż "łyknął" książkę w jeden dzień, mając podobne odczucia co Ty. Ja mimo choroby "liznęłam" tylko wstęp... czytając, wzruszałam się do łez na przemian ze szczerym uśmiechem na twarzy. Krzysiek, muszę przyznać, że masz dobre pióro! Pomyśl o następnej książce. Powodzenia.

Tutaj znajdziecie rozpiskę wszystkich spotkań autorskich w całej Polsce:
Zapraszamy :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...