Wydział promocji miasta Bydgoszcz wyrzuca do kosza ciekawe oferty promocji Bydgoszczy!
Miesiąc temu złożyliśmy wydziałowi promocji ciekawą ofertę promowania miasta poprzez naszą działalność. Opisaliśmy w niej dokładnie kim jesteśmy, jakie są nasze cele i jakie mamy możliwości działania na rzecz miasta. Wspomnieliśmy rzecz jasna o promowaniu Bydgoszczy zarówno w Polsce jak i na świecie, a możliwości mamy dość poważne. Wszędzie, gdzie się pojawiamy mogłaby nam towarzyszyć flaga miasta, moglibyśmy podkreślać skąd pochodzimy i tak dalej.
Chcieliśmy spotkać się z dyrektorem wydziału promocji i opisać mu naszą ofertę. Jednak prawdopodobnie dużo łatwiej byłoby dostać się na audiencję do Benedykta XVI niż do pana dyrektora!
Przez trzy tygodnie próbowaliśmy się umówić, ale ciągle gdzieś znikała nasza oferta, choć nazajutrz po wysłaniu trafiła ponoć do dyrektora. Wreszcie po trzech tygodniach się znalazła, a wtedy pani z sekretariatu poinformowała nas, że cyt "miasto nie ma takich pieniędzy, żeby wesprzeć państwa działalność".
Po pierwsze nie składaliśmy oferty dotyczącej wspierania naszej działalności tylko promowania miasta, a przede wszystkim nie wspominaliśmy w niej o żadnych pieniądzach. Nie każde rozliczenie musi odbywać się w sferze finansów.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że skoro pani z sekretariatu mówiła o pieniądzach to oznacza to jedynie, że w ogóle nie czytała naszej oferty. I to jest skandaliczne!
Po pierwsze obywatel jest kompletnie lekceważony. Po drugie w wydziale panuje bałagan, dowodem na to jest nasza znikająca oferta, a ponadto cała ta sytuacja stwarza wrażenie niejasnych zasad panujących w wydziale promocji miasta.
Nie mieliśmy żadnych wymagań finansowych, wysłaliśmy ofertę i jedyne czego oczekiwaliśmy to spotkania i wspólnego omówienia ewentualnych możliwości. Niestety w wydziale promocji mówiąc kolokwialnie olano nas.
Po raz kolejny urząd pokazał, że istnieje sam dla siebie. Takie w każdym razie jako obywatele odnieśliśmy wrażenie po w/w sytuacji.
środa, 21 lipca 2010
wtorek, 13 lipca 2010
Hot dogs
Z nieba leje się żar i niemal każdy marzy o wypadzie nad morze czy jezioro. Lody, zimne napoje, orzeźwiający prysznic, wentylator włączony przez całą dobę – to nasze sposoby na przetrwanie tych gorących dni. Nie, wcale nie narzekamy, tak właśnie powinno wyglądać prawdziwe lato. Zresztą dla nas każda pora roku ma w sobie coś pozytywnego i nawet podczas jesiennych deszczy można spędzić ciekawie czas. Wszystko zależy od nas samych.
Teraz też zamiast narzekać polecamy dla ochłody przenieść się w krainę lodu wraz z lekturą książki Aliny i Czesława Centkiewiczów pt. ”Kierunek Antarktyda” :)
A jak z takimi wysokimi temperaturami dają sobie radę psy północy? Wbrew pozorom naprawdę całkiem dobrze. Psiaki te już od wielu pokoleń mieszkają na naszej szerokości geograficznej i zdołały przystosować się do panujących tutaj warunków atmosferycznych. Ich gruba sierść jest doskonałym izolatorem zarówno zimą jak i latem. I tak na przegrzanie o wiele bardziej narażone na są psy porośnięte krótkim futrem.
Nasze psiaki mieszkają w zadaszonych kojcach, podzielonych na boksy i wyposażonych w budy o płaskich dachach, ponieważ bardzo lubią na nich leżeć i obserwować wszystko z góry. Do swojej dyspozycji mają też duży wybieg, na który są wypuszczane kilka razy dziennie.
Woda w miskach jest wymieniana kilka razy dziennie, ponieważ szybko paruje i nagrzewa się, a psy wolą pić zimną. Nie zapominamy też o wystawianiu na wybiegu miseczki z wodą dla ptaków, które mieszkają w okolicy.
Podczas letnich miesięcy wolnych od pracy w zaprzęgu husky większość dnia przesypiają, przybierając często bardzo śmieszne pozy. Na wybiegu każdy z nich zajmuje się swoimi sprawami. Jedne znajdują ochłodę w zacienionym, przyjemnym miejscu, a inne wręcz przeciwnie - „opalają się” w prażącym słońcu. Cały czas jest dla nas nieodgadnione, że przebywanie na słońcu o wiele bardziej lubią suczki. Potrafią one leżeć tak dość długo i pomimo tego, iż szybko dyszą z gorąca, dopiero po pewnym czasie przenoszą się w cień. Wygląda to tak jakby chciały naładować akumulatory przed zimą :)

Szara Renia i ruda Mała – mama i córka wygrzewają się w słońcu.

Pasik odpoczywa w dziurze pod przyczepą.
Wraz z nadchodzącym wieczornym chłodem psy robią się coraz bardziej aktywne i skore do zabawy. A dość zimne noce to dla nich czas spokojnego odpoczynku. Te niesamowite zwierzaki równie dobrze jak lato umieją także przetrwać mroźną zimę. Podczas naszej wyprawy za koło podbiegunowe nie miały najmniejszych problemów z przystosowaniem się do temperatur poniżej minus 30 stopni. I nawet długa licząca w obie strony ponad 5000 kilometrów podróż w specjalnie dla nich skonstruowanej przyczepie nie zgasiła w nich entuzjazmu, radości i energii do biegania. Psy północy potrafią odnaleźć się w każdej sytuacji. Czy mieszkają w domu (np. sunie podczas cieczki lub psiaki w trakcie leczenia), czy też na zewnątrz w kojcu wszędzie jest im dobrze i nie marudzą. Człowiek w tych i wielu innych sprawach może się od nich dużo nauczyć. A przede wszystkim tego, że trzeba się cieszyć każdą daną nam chwilą :)
Teraz też zamiast narzekać polecamy dla ochłody przenieść się w krainę lodu wraz z lekturą książki Aliny i Czesława Centkiewiczów pt. ”Kierunek Antarktyda” :)
A jak z takimi wysokimi temperaturami dają sobie radę psy północy? Wbrew pozorom naprawdę całkiem dobrze. Psiaki te już od wielu pokoleń mieszkają na naszej szerokości geograficznej i zdołały przystosować się do panujących tutaj warunków atmosferycznych. Ich gruba sierść jest doskonałym izolatorem zarówno zimą jak i latem. I tak na przegrzanie o wiele bardziej narażone na są psy porośnięte krótkim futrem.
Nasze psiaki mieszkają w zadaszonych kojcach, podzielonych na boksy i wyposażonych w budy o płaskich dachach, ponieważ bardzo lubią na nich leżeć i obserwować wszystko z góry. Do swojej dyspozycji mają też duży wybieg, na który są wypuszczane kilka razy dziennie.
Woda w miskach jest wymieniana kilka razy dziennie, ponieważ szybko paruje i nagrzewa się, a psy wolą pić zimną. Nie zapominamy też o wystawianiu na wybiegu miseczki z wodą dla ptaków, które mieszkają w okolicy.
Podczas letnich miesięcy wolnych od pracy w zaprzęgu husky większość dnia przesypiają, przybierając często bardzo śmieszne pozy. Na wybiegu każdy z nich zajmuje się swoimi sprawami. Jedne znajdują ochłodę w zacienionym, przyjemnym miejscu, a inne wręcz przeciwnie - „opalają się” w prażącym słońcu. Cały czas jest dla nas nieodgadnione, że przebywanie na słońcu o wiele bardziej lubią suczki. Potrafią one leżeć tak dość długo i pomimo tego, iż szybko dyszą z gorąca, dopiero po pewnym czasie przenoszą się w cień. Wygląda to tak jakby chciały naładować akumulatory przed zimą :)

Szara Renia i ruda Mała – mama i córka wygrzewają się w słońcu.

Pasik odpoczywa w dziurze pod przyczepą.
Wraz z nadchodzącym wieczornym chłodem psy robią się coraz bardziej aktywne i skore do zabawy. A dość zimne noce to dla nich czas spokojnego odpoczynku. Te niesamowite zwierzaki równie dobrze jak lato umieją także przetrwać mroźną zimę. Podczas naszej wyprawy za koło podbiegunowe nie miały najmniejszych problemów z przystosowaniem się do temperatur poniżej minus 30 stopni. I nawet długa licząca w obie strony ponad 5000 kilometrów podróż w specjalnie dla nich skonstruowanej przyczepie nie zgasiła w nich entuzjazmu, radości i energii do biegania. Psy północy potrafią odnaleźć się w każdej sytuacji. Czy mieszkają w domu (np. sunie podczas cieczki lub psiaki w trakcie leczenia), czy też na zewnątrz w kojcu wszędzie jest im dobrze i nie marudzą. Człowiek w tych i wielu innych sprawach może się od nich dużo nauczyć. A przede wszystkim tego, że trzeba się cieszyć każdą daną nam chwilą :)
czwartek, 8 lipca 2010
Tego jeszcze nie było!

Dzisiaj po południu, korzystając z wolnej chwili, postanowiliśmy choć trochę wyczesać psie futra.
Takiej ilości sierści jak teraz to nie mieliśmy nigdy dotąd. Zazwyczaj trochę czesaliśmy psiaki, ale większej części futra pozbywały się latem same.
W tym roku ilość kłaków przechodzi dosłownie ludzkie pojęcie. Jesteśmy nimi dosłownie zawaleni.
Sprzątamy kojce i okolice co najmniej trzy razy dziennie, bo inaczej psy zniknęłyby chyba w kudłach. Te zaś fruwają wszędzie. Każdy ruch psiaków rozsiewa sierść wszędzie dookoła.
Odpowiada za ten stan pewnie zima. Długi okres z dużym mrozem, a potem chłodna wiosna i taki sam początek lata, no i oczywiście pobyt w Laponii, wywołały u psów tak potężną i grubą osłonę z futra.
W taczce na zdjęciu plon z zaledwie sześciu psów, nie wyczesanych niestety do końca!
A zostało jeszcze 22.
sobota, 3 lipca 2010
Tak sobie myślimy o zimie
Do zimy jeszcze masa czasu, a i lato jak marzenie, ale my musimy choć trochę pomyśleć już o zimie. Przygotowujemy świeżą ofertę na zimę, pracujemy nad nową stroną firmową, bo stara przestała być rozwojowa, a poza tym to chyba wypada od czasu do czasu coś zmienić. Tak więc "zmiany,zmiany, zmiany". Mamy nadzieję, że na lepsze.
Wracamy do organizacji, tak jak to było na początku istnienia naszej firmy, Husky Safari z Sylwestrem w tle. Tym razem jednak Nowy Rok powitamy w fińskiej Laponii, nad jeziorem Inari. Niesamowite będzie to, że wyruszymy na długie wycieczki zaprzęgami w czasie polarnej nocy, co doda im cudownego i niesamowitego smaczku.
W tym czasie robi się tam szaro zaledwie na trzy-cztery godziny. Niewielu ludzi miało okazję spędzić takiego Sylwestra!!
Poza tym rozpoczęliśmy już przygotowania do startu w Finnmarkslopet 2011. Psy mają do września urlop, więc mamy czas na osobisty trening. Biegamy, uprawiamy nordic walking i jeździmy na rowerach. Do końca wakacji powinniśmy już biegać naprawdę spore dystanse.
Ponadto nadal są z nami firmy, które wspierały Inarijarvi Expedition 2010, czyli Husky Polska, Yeti oraz Happy Dog. I mało tego, że wspierać nas będą nadal, to jeszcze współpraca ta mocno się w najbliższym czasie rozwinie.
Jest to niezaprzeczalny dowód na to, że współpraca z nami jest satysfakcjonująca dla wszystkich stron. I tak musi po prostu być.
W najbliższych dwóch tygodniach powinna ruszyć nowa nasza strona z nową ofertą. A tymczasem cieszmy się latem.
Wracamy do organizacji, tak jak to było na początku istnienia naszej firmy, Husky Safari z Sylwestrem w tle. Tym razem jednak Nowy Rok powitamy w fińskiej Laponii, nad jeziorem Inari. Niesamowite będzie to, że wyruszymy na długie wycieczki zaprzęgami w czasie polarnej nocy, co doda im cudownego i niesamowitego smaczku.
W tym czasie robi się tam szaro zaledwie na trzy-cztery godziny. Niewielu ludzi miało okazję spędzić takiego Sylwestra!!
Poza tym rozpoczęliśmy już przygotowania do startu w Finnmarkslopet 2011. Psy mają do września urlop, więc mamy czas na osobisty trening. Biegamy, uprawiamy nordic walking i jeździmy na rowerach. Do końca wakacji powinniśmy już biegać naprawdę spore dystanse.
Ponadto nadal są z nami firmy, które wspierały Inarijarvi Expedition 2010, czyli Husky Polska, Yeti oraz Happy Dog. I mało tego, że wspierać nas będą nadal, to jeszcze współpraca ta mocno się w najbliższym czasie rozwinie.
Jest to niezaprzeczalny dowód na to, że współpraca z nami jest satysfakcjonująca dla wszystkich stron. I tak musi po prostu być.
W najbliższych dwóch tygodniach powinna ruszyć nowa nasza strona z nową ofertą. A tymczasem cieszmy się latem.
wtorek, 22 czerwca 2010
Młodzi bohaterowie
Dokładnie dwa lata temu w naszym kenelu przyszły na świat najmłodsze psiaki Syberiady.
Rasti, Ruka, Balto, Bongo i Kaksi. Cała piątka od samego początku wykazywała się olbrzymią energią, a zarazem niespotykaną łagodnością do innych psów. W końcu są dziećmi Angi, która jest kompletnie niezainteresowana przepychankami z innymi psami.
Ich narodziny bardzo nas ucieszyły, bo potrzebowaliśmy nowych, dobrych psów do zespołu, a ich pochodzenie w zasadzie to gwarantowało.
Maluchy rosły, bawiły się, bawią się do dzisiaj, aż pewnego dnia nadszedł czas pierwszej próby w zaprzęgu.
Oj nie były łatwe te początki. Wszystkie strasznie źle czuły się w obrożach, uprzężach. Robiły wszystko, aby się ich pozbyć. Wyglądało to jak ujeżdżanie dzikich mustangów.
Krótko mówiąc byliśmy załamani. Z żadnymi psami wcześniej nie mieliśmy takich problemów.
Na szczęście, jak to zwykle u haszczaków bywa, nagle zwyczajnie pobiegły w zaprzęgu przed siebie. I wtedy się zaczęło. Ujawniły się ich charaktery. Dopiero wtedy zobaczyliśmy jakimi są psami. Jak są twarde psychicznie, odporne na zmęczenie i wytrwałe. Jak bardzo chcą przeć naprzód!
Niesamowite jest obserwowanie szczeniaka, który w ciągu kilku dni zamienia się w twardego, pełnego biegowej pasji zaprzęgowca.
W życiu codziennym natomiast nadal pozostaje tym psim dzieckiem, któremu tylko głupoty w głowie.
Przed wyprawą mieliśmy rozmaite problemy z przygotowaniami. Na początku sezonu było bardzo ciepło jak na tę porę roku. Potem przyszły śniegi, jakich wcześniej u nas nie było, co paradoksalnie też wymusiło zmianę planów treningowych.
Jednym słowem wszystko w przygotowaniach było kompletnie nie tak jak powinno być. Wiedzieliśmy, że starsze doświadczone psy dadzą radę na wyprawie mimo wszystko, ale strasznie obawialiśmy się o młodzież. Mała ilość wybieganych przez nią kilometrów nie dawała nam żadnej pewności co do ich formy i możliwości.
Owszem udowadniali na treningach, że dobrze rokują na przyszłość, ale właśnie na przyszłość. Dosłownie nie spaliśmy po nocach, drżąc o nie i wciąż zastanawiając się, czy dadzą radę.
Przed samym wyjazdem okazało się, że dla Ruki wyprawa to jeszcze zbyt duże wyzwanie. Dlatego postanowiliśmy zostawić ją w domu. Jest najdrobniejsza z całego rodzeństwa, ze względu na cieczkę miała najmniej treningu, podobnie zresztą jak Rasti i zabranie jej na wyprawę byłoby zbyt dużym ryzykiem. Ma jeszcze czas na wyczyn w swoim życiu.
Bardzo podobna sytuacja była z Rasti. Ona jednak pokazała na treningach niezwykłą siłę psychiczną i wolę biegania tak wielką, że nie mieliśmy sumienia jej zostawić. Pojechała z założeniem, że jeśli tylko coś będzie nie tak to dalej pojedzie w saniach.
Z chłopakami było znacznie lepiej. Oni jak na całą tą sytuację przygotowani byli dość dobrze, choć też nie brakowało trudnych sytuacji na treningach. Ich przewagą nad siostrami był zdecydowanie brak zmarnowanego czasu na cieczkę.
Wreszcie dzieciaki wyruszyły w swą życiową podróż, która odbyła się bez najmniejszych problemów, mimo iż nigdy nie pokonały tak wielkiej odległości w przyczepie.
Dotarły, tak jak i reszta zespołu na miejsce w doskonałej kondycji psychicznej i fizycznej.
Na miejscu, dzień przed wyruszeniem na trasę wyprawy, wybraliśmy się na rekonesans. Przejechaliśmy około 30 km. Niestety Bongo miał na kilka kilometrów przed bazą jakiś kryzys i do końca jechał w saniach. Reszta dzieciaków nie miała żadnych problemów.
Bongo jednak dal nam mocno do myślenia. To duży pies, ważący swoje, i ewentualne wiezienie go w saniach to spore obciążenie dla innych psów.
Było jednak już za późno na jakiekolwiek zmiany, nie mogliśmy niczego zmienić na tym etapie.
Wyruszyliśmy na drugi dzień. Jechaliśmy spokojnie, nie forsując tempa. Cel był jasny - objechać to jezioro dookoła. Nie ważne ile zajmie nam to czasu, byle tylko dojechać do końca.
Gdybyśmy zrobili na treningach to co zaplanowaliśmy, to grzalibyśmy pełną parą nie oglądając się na nic.
Młodzież od początku szła po prostu obłędnie. Bongo pierwszego dnia do zmroku przebiegł 50 km bez najmniejszych problemów, świetnie też radził sobie Kaksi, zaś Balto kipiał wręcz energią i na postojach nie mógł się doczekać dalszej jazdy.
Największym jednak zaskoczeniem była Rasti. Ta suczka miała za sobą najmniej treningu. W jego czasie przebiegła mniejszy dystans niż podczas tylko pierwszej doby na wyprawie! Dziewczyna, która z założenia miała biec tylko do pierwszych oznak problemów, a potem jechać w saniach, dała znakomicie radę do samego końca, cały czas będąc wesołą i aktywną. To wielokrotnie ona powodowała, że cały zaprzęg przyśpieszał!
Rasti, Bongo, Kaksi i Balto to najwięksi bohaterowie tej wyprawy. Mieli wtedy jedynie 20 miesięcy, a poradzili sobie ze wszystkim tak samo jak starsze doświadczone psy. W szczenięcym niemal wieku dokonali czynu, o jakim większość psów może jedynie marzyć i weszli wszyscy do elitarnej grupy długodystansowców.
To prawdziwi bohaterowie!
Dużo zdrowia i sto lat dzieciaki!!

Ruka

Czarno-biały Balto

Rudy Bongo

Rasti

Kaksi w ostatnim bucie
Rasti, Ruka, Balto, Bongo i Kaksi. Cała piątka od samego początku wykazywała się olbrzymią energią, a zarazem niespotykaną łagodnością do innych psów. W końcu są dziećmi Angi, która jest kompletnie niezainteresowana przepychankami z innymi psami.
Ich narodziny bardzo nas ucieszyły, bo potrzebowaliśmy nowych, dobrych psów do zespołu, a ich pochodzenie w zasadzie to gwarantowało.
Maluchy rosły, bawiły się, bawią się do dzisiaj, aż pewnego dnia nadszedł czas pierwszej próby w zaprzęgu.
Oj nie były łatwe te początki. Wszystkie strasznie źle czuły się w obrożach, uprzężach. Robiły wszystko, aby się ich pozbyć. Wyglądało to jak ujeżdżanie dzikich mustangów.
Krótko mówiąc byliśmy załamani. Z żadnymi psami wcześniej nie mieliśmy takich problemów.
Na szczęście, jak to zwykle u haszczaków bywa, nagle zwyczajnie pobiegły w zaprzęgu przed siebie. I wtedy się zaczęło. Ujawniły się ich charaktery. Dopiero wtedy zobaczyliśmy jakimi są psami. Jak są twarde psychicznie, odporne na zmęczenie i wytrwałe. Jak bardzo chcą przeć naprzód!
Niesamowite jest obserwowanie szczeniaka, który w ciągu kilku dni zamienia się w twardego, pełnego biegowej pasji zaprzęgowca.
W życiu codziennym natomiast nadal pozostaje tym psim dzieckiem, któremu tylko głupoty w głowie.
Przed wyprawą mieliśmy rozmaite problemy z przygotowaniami. Na początku sezonu było bardzo ciepło jak na tę porę roku. Potem przyszły śniegi, jakich wcześniej u nas nie było, co paradoksalnie też wymusiło zmianę planów treningowych.
Jednym słowem wszystko w przygotowaniach było kompletnie nie tak jak powinno być. Wiedzieliśmy, że starsze doświadczone psy dadzą radę na wyprawie mimo wszystko, ale strasznie obawialiśmy się o młodzież. Mała ilość wybieganych przez nią kilometrów nie dawała nam żadnej pewności co do ich formy i możliwości.
Owszem udowadniali na treningach, że dobrze rokują na przyszłość, ale właśnie na przyszłość. Dosłownie nie spaliśmy po nocach, drżąc o nie i wciąż zastanawiając się, czy dadzą radę.
Przed samym wyjazdem okazało się, że dla Ruki wyprawa to jeszcze zbyt duże wyzwanie. Dlatego postanowiliśmy zostawić ją w domu. Jest najdrobniejsza z całego rodzeństwa, ze względu na cieczkę miała najmniej treningu, podobnie zresztą jak Rasti i zabranie jej na wyprawę byłoby zbyt dużym ryzykiem. Ma jeszcze czas na wyczyn w swoim życiu.
Bardzo podobna sytuacja była z Rasti. Ona jednak pokazała na treningach niezwykłą siłę psychiczną i wolę biegania tak wielką, że nie mieliśmy sumienia jej zostawić. Pojechała z założeniem, że jeśli tylko coś będzie nie tak to dalej pojedzie w saniach.
Z chłopakami było znacznie lepiej. Oni jak na całą tą sytuację przygotowani byli dość dobrze, choć też nie brakowało trudnych sytuacji na treningach. Ich przewagą nad siostrami był zdecydowanie brak zmarnowanego czasu na cieczkę.
Wreszcie dzieciaki wyruszyły w swą życiową podróż, która odbyła się bez najmniejszych problemów, mimo iż nigdy nie pokonały tak wielkiej odległości w przyczepie.
Dotarły, tak jak i reszta zespołu na miejsce w doskonałej kondycji psychicznej i fizycznej.
Na miejscu, dzień przed wyruszeniem na trasę wyprawy, wybraliśmy się na rekonesans. Przejechaliśmy około 30 km. Niestety Bongo miał na kilka kilometrów przed bazą jakiś kryzys i do końca jechał w saniach. Reszta dzieciaków nie miała żadnych problemów.
Bongo jednak dal nam mocno do myślenia. To duży pies, ważący swoje, i ewentualne wiezienie go w saniach to spore obciążenie dla innych psów.
Było jednak już za późno na jakiekolwiek zmiany, nie mogliśmy niczego zmienić na tym etapie.
Wyruszyliśmy na drugi dzień. Jechaliśmy spokojnie, nie forsując tempa. Cel był jasny - objechać to jezioro dookoła. Nie ważne ile zajmie nam to czasu, byle tylko dojechać do końca.
Gdybyśmy zrobili na treningach to co zaplanowaliśmy, to grzalibyśmy pełną parą nie oglądając się na nic.
Młodzież od początku szła po prostu obłędnie. Bongo pierwszego dnia do zmroku przebiegł 50 km bez najmniejszych problemów, świetnie też radził sobie Kaksi, zaś Balto kipiał wręcz energią i na postojach nie mógł się doczekać dalszej jazdy.
Największym jednak zaskoczeniem była Rasti. Ta suczka miała za sobą najmniej treningu. W jego czasie przebiegła mniejszy dystans niż podczas tylko pierwszej doby na wyprawie! Dziewczyna, która z założenia miała biec tylko do pierwszych oznak problemów, a potem jechać w saniach, dała znakomicie radę do samego końca, cały czas będąc wesołą i aktywną. To wielokrotnie ona powodowała, że cały zaprzęg przyśpieszał!
Rasti, Bongo, Kaksi i Balto to najwięksi bohaterowie tej wyprawy. Mieli wtedy jedynie 20 miesięcy, a poradzili sobie ze wszystkim tak samo jak starsze doświadczone psy. W szczenięcym niemal wieku dokonali czynu, o jakim większość psów może jedynie marzyć i weszli wszyscy do elitarnej grupy długodystansowców.
To prawdziwi bohaterowie!
Dużo zdrowia i sto lat dzieciaki!!

Ruka

Czarno-biały Balto

Rudy Bongo

Rasti

Kaksi w ostatnim bucie
Niezła jazda
Jakiś czas temu dotarła do nas informacja dotycząca zmiany rozporządzenia Komisji Unii Europejskiej regulującego kwestie przewożenia zwierząt domowych, w tym oczywiście i psów, na terenie krajów Unii Europejskiej.
Spychaliśmy tę kwestię przez kilka tygodni gdzieś dalej, nie zajmując się nią praktycznie w ogóle, jako jedną ze spraw do wyjaśnienia, ale w przyszłości.
Dzisiaj rano jednak krążąc po jakimś psim forum w internecie rzucił nam się w oczy ten temat. I całe szczęście, bo to zmobilizowało nas do zajęcia się tą sprawą. O co do diabła chodzi w tym rozporządzeniu?
Ludzie snuli tam rozmaite wersje coraz czarniejszych scenariuszy. A to trzeba wypełnić milion formularzy, a to zdobyć tysiąc zaświadczeń od setek lekarzy weterynarii w tym wojewódzkich , powiatowych itd, itp. O całej masie forsy do wydania na to wszystko już nawet nie wspominając. Czytając wynurzenia forumowiczów zupełnie spokojnie można było popaść sobie w niezłą depresję.
Dlatego postanowiliśmy podejść do tematu metodycznie. Najpierw internet. Wpisaliśmy w google numer rozporządzenia. Bez najmniejszego problemu dotarliśmy do jego treści. Co prawda jej zrozumienie to już kompletnie inna para kaloszy. No cóż ostatecznie oboje mamy tylko maturę i niepełne wyższe:))
Swoją drogą to język jakim takie rzeczy są pisane chyba celowo jest właśnie taki. Przynajmniej urzędnicy są niezbędni, bo kiedy człowiek już sobie z dziesięć razy to poczyta, to i tak na koniec musi zadzwonić do urzędu, by ktoś mu to wszystko po ludzku wyjaśnił.
My zadzwoniliśmy do wojewódzkiego lekarza weterynarii. Tam miły pan poprosił o telefon "nieco później, bo musi temat skonsultować z kolegą".
W porządku dzwonimy później. Pan już bardziej pewny siebie tłumaczy co i jak, ale na końcu pada stwierdzenie - "ale tak do końca to nie wiem". Sporo na szczęście jednak wiedział, a w każdym razie polecił nam zadzwonić do powiatowego. Tam "powtórka z rozrywki". Szanowny pan coś wiedział, czegoś nie był pewny... w zasadzie po rozmowie znaleźliśmy się niemal w punkcie wyjścia, albo i gorzej. Mianowicie Unia wymyśliła sobie kolejny dokument niezbędny aby psy mogły przekroczyć jakąkolwiek granicę, a u nas nikt nie wie o co chodzi. Już widzieliśmy w wyobraźni siebie zjeżdżających z promu gdzieś w Norwegii czy Szwecji, a tam nam mówią, że nie mamy jakichś papierów i mamy wracać, może jeszcze z jakąś grzywną albo i gorzej! Koszmar!
Tutaj nastąpiła seria dalszych telefonów, także do lekarza zajmującego się naszymi zwierzakami na co dzień. Doktor Połulich ostro zabrał się do roboty przy telefonie.
Tak nam zeszło parę godzin. W odstawkę poszły inne sprawy zaplanowane na ten dzień.
Unijne rozporządzenie stało się niemalże sprawą życia i śmierci!
Nie mogło zresztą być inaczej. W naszym przypadku nie może być mowy o improwizacji, nie może być spraw, które nas zaskoczą. Zbyt wiele pracy, czasu i pieniędzy poświęcamy dla naszej działalności, aby zawalić wszystko przez nieznajomość przepisów.
Po południu nastąpił jednak cud! Stało się coś co spowodowało, że dosłownie opadły nam szczęki. Zadzwonił do nas powiatowy lekarz weterynarii we własnej osobie, i oznajmił iż konsultował sprawę z wojewódzkim i przedstawił nam co jest grane i o co chodzi z tymi nowymi przepisami. Po raz pierwszy w naszym życiu zdarzyło się, że państwowy urzędnik z własnej inicjatywy drążył temat i jeszcze poinformował petenta o wynikach tego drążenia. Brawo panie doktorze, takie postępowanie pozwala wierzyć, że gdzieś tam za pieniądze z naszych podatków pracują porządni ludzie, którzy wiedzą po co piastują swój urząd. A to nie częste w naszym kraju.
Wieczorem zadzwonił jeszcze doktor Połulich z bardzo podobnymi informacjami. Damy radę!
Najlepsze jest to, że na wspomnianym forum kilkanaście osób blisko dwa tygodnie bije pianę, nawet wysyła oficjalne pisma w różne miejsca, a mimo to nie potrafi znaleźć ostatecznych odpowiedzi. My dotarliśmy do nich w parę godzin. Chyba popadniemy w samo uwielbienie:))
Spychaliśmy tę kwestię przez kilka tygodni gdzieś dalej, nie zajmując się nią praktycznie w ogóle, jako jedną ze spraw do wyjaśnienia, ale w przyszłości.
Dzisiaj rano jednak krążąc po jakimś psim forum w internecie rzucił nam się w oczy ten temat. I całe szczęście, bo to zmobilizowało nas do zajęcia się tą sprawą. O co do diabła chodzi w tym rozporządzeniu?
Ludzie snuli tam rozmaite wersje coraz czarniejszych scenariuszy. A to trzeba wypełnić milion formularzy, a to zdobyć tysiąc zaświadczeń od setek lekarzy weterynarii w tym wojewódzkich , powiatowych itd, itp. O całej masie forsy do wydania na to wszystko już nawet nie wspominając. Czytając wynurzenia forumowiczów zupełnie spokojnie można było popaść sobie w niezłą depresję.
Dlatego postanowiliśmy podejść do tematu metodycznie. Najpierw internet. Wpisaliśmy w google numer rozporządzenia. Bez najmniejszego problemu dotarliśmy do jego treści. Co prawda jej zrozumienie to już kompletnie inna para kaloszy. No cóż ostatecznie oboje mamy tylko maturę i niepełne wyższe:))
Swoją drogą to język jakim takie rzeczy są pisane chyba celowo jest właśnie taki. Przynajmniej urzędnicy są niezbędni, bo kiedy człowiek już sobie z dziesięć razy to poczyta, to i tak na koniec musi zadzwonić do urzędu, by ktoś mu to wszystko po ludzku wyjaśnił.
My zadzwoniliśmy do wojewódzkiego lekarza weterynarii. Tam miły pan poprosił o telefon "nieco później, bo musi temat skonsultować z kolegą".
W porządku dzwonimy później. Pan już bardziej pewny siebie tłumaczy co i jak, ale na końcu pada stwierdzenie - "ale tak do końca to nie wiem". Sporo na szczęście jednak wiedział, a w każdym razie polecił nam zadzwonić do powiatowego. Tam "powtórka z rozrywki". Szanowny pan coś wiedział, czegoś nie był pewny... w zasadzie po rozmowie znaleźliśmy się niemal w punkcie wyjścia, albo i gorzej. Mianowicie Unia wymyśliła sobie kolejny dokument niezbędny aby psy mogły przekroczyć jakąkolwiek granicę, a u nas nikt nie wie o co chodzi. Już widzieliśmy w wyobraźni siebie zjeżdżających z promu gdzieś w Norwegii czy Szwecji, a tam nam mówią, że nie mamy jakichś papierów i mamy wracać, może jeszcze z jakąś grzywną albo i gorzej! Koszmar!
Tutaj nastąpiła seria dalszych telefonów, także do lekarza zajmującego się naszymi zwierzakami na co dzień. Doktor Połulich ostro zabrał się do roboty przy telefonie.
Tak nam zeszło parę godzin. W odstawkę poszły inne sprawy zaplanowane na ten dzień.
Unijne rozporządzenie stało się niemalże sprawą życia i śmierci!
Nie mogło zresztą być inaczej. W naszym przypadku nie może być mowy o improwizacji, nie może być spraw, które nas zaskoczą. Zbyt wiele pracy, czasu i pieniędzy poświęcamy dla naszej działalności, aby zawalić wszystko przez nieznajomość przepisów.
Po południu nastąpił jednak cud! Stało się coś co spowodowało, że dosłownie opadły nam szczęki. Zadzwonił do nas powiatowy lekarz weterynarii we własnej osobie, i oznajmił iż konsultował sprawę z wojewódzkim i przedstawił nam co jest grane i o co chodzi z tymi nowymi przepisami. Po raz pierwszy w naszym życiu zdarzyło się, że państwowy urzędnik z własnej inicjatywy drążył temat i jeszcze poinformował petenta o wynikach tego drążenia. Brawo panie doktorze, takie postępowanie pozwala wierzyć, że gdzieś tam za pieniądze z naszych podatków pracują porządni ludzie, którzy wiedzą po co piastują swój urząd. A to nie częste w naszym kraju.
Wieczorem zadzwonił jeszcze doktor Połulich z bardzo podobnymi informacjami. Damy radę!
Najlepsze jest to, że na wspomnianym forum kilkanaście osób blisko dwa tygodnie bije pianę, nawet wysyła oficjalne pisma w różne miejsca, a mimo to nie potrafi znaleźć ostatecznych odpowiedzi. My dotarliśmy do nich w parę godzin. Chyba popadniemy w samo uwielbienie:))
czwartek, 17 czerwca 2010
Finnmarkslopet 2011
Czekaliśmy na ten moment! Na oficjalnej stronie jednego z najdłuższych wyścigów psich zaprzęgów na świecie i najdłuższego w Europie pojawiła się niedawno informacja o dacie kolejnego wyścigu. Otóż Finnmarkslopet 2011 rozpoczyna się 12 marca 2011 roku o godzinie 10.
Dopiero co uporaliśmy się z relacjami z wyprawy Inarijarvi Expedition 2010, a już zaczynamy przygotowania do następnego punktu w naszym projekcie. Będzie to start w najpoważniejszych długodystansowych wyścigach psich zaprzęgów w Europie.
Sukces marcowej wyprawy i trzy doby na jeziorze Inari utwierdziły nas w przekonaniu, że czas na wyścigi, i że możemy już podjąć takie wyzwanie i mieć szansę na jego realizację.
Co roku startuje w tym wyścigu europejska elita maszerów. W tym roku stanęło na starcie 108 załóg, z których 77 zameldowało się na mecie.
Te dane pokazują jak trudną dyscypliną są długie dystanse.
Ponadto w tej grupie znalazło się zaledwie 20 kobiet, a jedynie 5 było spoza Norwegii.
Wśród mężczyzn także dominują Norwegowie. Na 77 panów tylko 26 było z innych krajów niż Norwegia. Swoją drogą zawsze zastanawiamy się skąd Norwegowie biorą tyle Ludzi?
Jest ich tak mało, a są widoczni w tak wielu dyscyplinach sportowych i to z ogromnymi sukcesami. I nie tylko w sportach zimowych.
Wystartujemy w tym wyścigu na dystansie 500 kilometrów, gdzie Krzysztof będzie drugim Polakiem, który zmierzy się z tą trasą, natomiast Daria będzie na tych zawodach pierwszą Polką.
Mniej więcej rok temu zapowiadaliśmy, że zrobimy wszystko, aby wprowadzić polskie zaprzęgi na trasy najdłuższych wyścigów na świecie i zamierzamy dotrzymać słowa!
Dopiero co uporaliśmy się z relacjami z wyprawy Inarijarvi Expedition 2010, a już zaczynamy przygotowania do następnego punktu w naszym projekcie. Będzie to start w najpoważniejszych długodystansowych wyścigach psich zaprzęgów w Europie.
Sukces marcowej wyprawy i trzy doby na jeziorze Inari utwierdziły nas w przekonaniu, że czas na wyścigi, i że możemy już podjąć takie wyzwanie i mieć szansę na jego realizację.
Co roku startuje w tym wyścigu europejska elita maszerów. W tym roku stanęło na starcie 108 załóg, z których 77 zameldowało się na mecie.
Te dane pokazują jak trudną dyscypliną są długie dystanse.
Ponadto w tej grupie znalazło się zaledwie 20 kobiet, a jedynie 5 było spoza Norwegii.
Wśród mężczyzn także dominują Norwegowie. Na 77 panów tylko 26 było z innych krajów niż Norwegia. Swoją drogą zawsze zastanawiamy się skąd Norwegowie biorą tyle Ludzi?
Jest ich tak mało, a są widoczni w tak wielu dyscyplinach sportowych i to z ogromnymi sukcesami. I nie tylko w sportach zimowych.
Wystartujemy w tym wyścigu na dystansie 500 kilometrów, gdzie Krzysztof będzie drugim Polakiem, który zmierzy się z tą trasą, natomiast Daria będzie na tych zawodach pierwszą Polką.
Mniej więcej rok temu zapowiadaliśmy, że zrobimy wszystko, aby wprowadzić polskie zaprzęgi na trasy najdłuższych wyścigów na świecie i zamierzamy dotrzymać słowa!
wtorek, 11 maja 2010
Czas na podsumowanie
Na jeziorze spędziliśmy równe trzy doby. Zaczęliśmy w sobotę 20 marca około godziny 15-tej, i zakończyliśmy około 15-tej we wtorek 23 marca.
Pokonaliśmy w tym czasie 260 km jadąc po zamarzniętej powierzchni jeziora i zataczając wokół niego pętlę. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy, pierwsi maszerzy z Polski.
Wyprawa stała się dla nas ogromnym źródłem doświadczenia i wiedzy, doskonałym sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności, czyli dokładnie tym, czym miała być.
To był jej główny cel, który zrealizowaliśmy w 100 procentach.
Znakomicie sprawdziły się psy. Dały sobie świetnie radę z trudnymi warunkami, z którymi nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Rozwiały tym samym nasze wszystkie obawy, które spędzały nam sen z powiek przed wyprawą.
Także my sami stanęliśmy na wysokości zadania. W zasadzie nie mieliśmy żadnych problemów kondycyjnych, zdrowotnych i motywacyjnych, o które nie trudno na takim dystansie.
Na pewno ogromny wpływ miał na to sprzęt, którego używaliśmy, a który spisał się bez zarzutu.
Był to
- namiot FIGHTER i śpiwory ANAPURNA firmy HUSKY
- buty Glacier firmy Sorel
- puchowe kurtki PANDA, rękawice, polary ICY oraz bieliznę termoaktywną SCORPION firmy YETI
- karmę dla psów SUPREME ADULT SPORT firmy HAPPY DOG
Podsumowując bardzo udana wyprawa, świetna przygoda i cała masa wrażeń, które pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Pokonaliśmy w tym czasie 260 km jadąc po zamarzniętej powierzchni jeziora i zataczając wokół niego pętlę. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy, pierwsi maszerzy z Polski.
Wyprawa stała się dla nas ogromnym źródłem doświadczenia i wiedzy, doskonałym sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności, czyli dokładnie tym, czym miała być.
To był jej główny cel, który zrealizowaliśmy w 100 procentach.
Znakomicie sprawdziły się psy. Dały sobie świetnie radę z trudnymi warunkami, z którymi nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Rozwiały tym samym nasze wszystkie obawy, które spędzały nam sen z powiek przed wyprawą.
Także my sami stanęliśmy na wysokości zadania. W zasadzie nie mieliśmy żadnych problemów kondycyjnych, zdrowotnych i motywacyjnych, o które nie trudno na takim dystansie.
Na pewno ogromny wpływ miał na to sprzęt, którego używaliśmy, a który spisał się bez zarzutu.
Był to
- namiot FIGHTER i śpiwory ANAPURNA firmy HUSKY
- buty Glacier firmy Sorel
- puchowe kurtki PANDA, rękawice, polary ICY oraz bieliznę termoaktywną SCORPION firmy YETI
- karmę dla psów SUPREME ADULT SPORT firmy HAPPY DOG
Podsumowując bardzo udana wyprawa, świetna przygoda i cała masa wrażeń, które pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
niedziela, 9 maja 2010
Ostatnie kilometry
Po koszmarnym biwaku pragnęliśmy jak najszybciej ruszyć dalej. Musieliśmy rozgrzać się ruchem, dlatego znowu postanowiliśmy poczekać ze śniadaniem aż wstanie na dobre słońce i rozgrzeje choć trochę powietrze.
Kończyły się już buty, więc dostały je tylko najbardziej potrzebujące ich psy. Reszta, mieliśmy nadzieję, dojdzie do końca bez nich. Zostało nam tylko 40 km do bazy, więc już nic nie powinno zakłócić naszego planu.
Droga wiodła teraz wśród ogromu małych wysepek rozsianych wokół, niekiedy wijąc się w ciasnych przesmykach pomiędzy nimi by po chwili znów wyprowadzić nas na otwartą przestrzeń. Nie tak ogromną już jednak jak drugiego dnia wyprawy.
Po dwudziestu kilometrach zatrzymaliśmy się na postój. Na resztkach paliwa roztopiliśmy śnieg i daliśmy psom wodę. Sami wreszcie napiliśmy się herbaty, bo zrobiło się ciepło i zaczął działać palnik gazowy. Po raz drugi na tej wyprawie.
Po mrozach poprzednich dni i nocy teraz mieliśmy wrażenie upału. Rozłożyliśmy się leniwie wprost na śniegu, a słonce rozgrzewało nasze ciała. Poczuliśmy totalny spokój. Pozostałe do końca trasy 20 kilometrów było już tylko formalnością.



Po tym jakże zasłużonym odpoczynku ruszyliśmy do ostatniego etapu wyprawy. Dwadzieścia końcowych kilometrów było jak pożegnanie z jeziorem.
Jechaliśmy spokojnym równym tempem. Skończyły się problemy z łapami, cudownie świeciło słońce, było naprawdę ciepło. Sielanka.





Jadąc tak wciąż wypatrywaliśmy wyspy Ukko. Była jakby ostatnim celem do zaliczenia. W jej okolicy wracaliśmy na szlak, który przebyliśmy wcześniej.
Długo to trwało, wiele wysp z oddali wglądało podobnie. Kilka razy myśleliśmy, że to ona, ale okazywało się że jeszcze nie.
Wreszcie jej charakterystyczna sylwetka pojawiła się na horyzoncie! To była bardzo szczęśliwa chwila. Dotarcie do Ukko oznaczało zrealizowanie naszego największego marzenia. Objechaliśmy jezioro Inari dookoła. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy!
To był wielki dzień dla naszego teamu i całego kenelu, ale także historyczny moment dla polskiego mushingu. Moment, w którym zaczęła się pisać jego nowa historia.







Od świętej wyspy do bazy pozostało niecałe piętnaście kilometrów, które pokonaliśmy w kompletnym spokoju, rozkoszując się cudownym smakiem sukcesu.
Po równych trzech dobach znaleźliśmy się znowu w bazie pełnej jedzenia i wody.
Najpierw potężną porcję mięsa i karmy dostały psy, a kiedy najedzone wreszcie do syta zasnęły w przyczepie to wreszcie i my mogliśmy spokojnie udać się na odpoczynek i posiłek.
Kończyły się już buty, więc dostały je tylko najbardziej potrzebujące ich psy. Reszta, mieliśmy nadzieję, dojdzie do końca bez nich. Zostało nam tylko 40 km do bazy, więc już nic nie powinno zakłócić naszego planu.
Droga wiodła teraz wśród ogromu małych wysepek rozsianych wokół, niekiedy wijąc się w ciasnych przesmykach pomiędzy nimi by po chwili znów wyprowadzić nas na otwartą przestrzeń. Nie tak ogromną już jednak jak drugiego dnia wyprawy.
Po dwudziestu kilometrach zatrzymaliśmy się na postój. Na resztkach paliwa roztopiliśmy śnieg i daliśmy psom wodę. Sami wreszcie napiliśmy się herbaty, bo zrobiło się ciepło i zaczął działać palnik gazowy. Po raz drugi na tej wyprawie.
Po mrozach poprzednich dni i nocy teraz mieliśmy wrażenie upału. Rozłożyliśmy się leniwie wprost na śniegu, a słonce rozgrzewało nasze ciała. Poczuliśmy totalny spokój. Pozostałe do końca trasy 20 kilometrów było już tylko formalnością.



Po tym jakże zasłużonym odpoczynku ruszyliśmy do ostatniego etapu wyprawy. Dwadzieścia końcowych kilometrów było jak pożegnanie z jeziorem.
Jechaliśmy spokojnym równym tempem. Skończyły się problemy z łapami, cudownie świeciło słońce, było naprawdę ciepło. Sielanka.





Jadąc tak wciąż wypatrywaliśmy wyspy Ukko. Była jakby ostatnim celem do zaliczenia. W jej okolicy wracaliśmy na szlak, który przebyliśmy wcześniej.
Długo to trwało, wiele wysp z oddali wglądało podobnie. Kilka razy myśleliśmy, że to ona, ale okazywało się że jeszcze nie.
Wreszcie jej charakterystyczna sylwetka pojawiła się na horyzoncie! To była bardzo szczęśliwa chwila. Dotarcie do Ukko oznaczało zrealizowanie naszego największego marzenia. Objechaliśmy jezioro Inari dookoła. Dokonaliśmy tego jako pierwsi Polacy!
To był wielki dzień dla naszego teamu i całego kenelu, ale także historyczny moment dla polskiego mushingu. Moment, w którym zaczęła się pisać jego nowa historia.







Od świętej wyspy do bazy pozostało niecałe piętnaście kilometrów, które pokonaliśmy w kompletnym spokoju, rozkoszując się cudownym smakiem sukcesu.
Po równych trzech dobach znaleźliśmy się znowu w bazie pełnej jedzenia i wody.
Najpierw potężną porcję mięsa i karmy dostały psy, a kiedy najedzone wreszcie do syta zasnęły w przyczepie to wreszcie i my mogliśmy spokojnie udać się na odpoczynek i posiłek.
sobota, 1 maja 2010
Nocny koszmar
Wszystkie wydarzenia trzeciego dnia spowodowały, że nie mieliśmy innego wyjścia jak biwakować. Marzenia o spaniu w łóżku trzeba było odłożyć na później.
Zbliżała się godzina 23, a wiatr wcale nie miał zamiaru się uspokoić. Wręcz przeciwnie. Zakotwiczyliśmy sanie i rozłożyliśmy psom słomę, która robiła wszystko by odlecieć z wiatrem. Daria przykrywała zwierzaki kocami, a ja próbowałem roztopić dla nich trochę śniegu, żeby się napiły. Chowając się za saniami i zasłaniając palnik własnym ciałem zdołałem uzyskać trochę wody.
Znowu używaliśmy strzykawki i glukozy.
Zaprzęgi ustawiliśmy blisko siebie, aby choć trochę wzajemnie osłaniały się od wiatru. Każde z sań przymocowaliśmy dużymi kotwicami, małymi zaś napięliśmy liny. Ponadto związaliśmy sanie ze sobą, aby stanowiły większą masę, bo wiatr co i rusz szarpał nimi na boki.
Tymczasem robiło się co raz zimniej. Wichura przepędziła niż towarzyszący nam od południa. Około północy termometr wskazywał już -12 i to nie miał być koniec spadku temperatury. Musieliśmy szybko zrobić coś ze sobą. Wypić coś i zjeść. Do tego potrzebny był namiot.
Wyjąłem go z worka. Wiatr wypełnił jego materiał natychmiast powietrzem i niemal wyrwał nam go z rąk! Szybko rzuciliśmy namiot na śnieg i usiedliśmy na nim. To był jedyny sposób, żeby go zatrzymać w miejscu. Ponadto przypięliśmy do sań linką.
Wyciągnąłem aluminiowe pałąki stanowiące stelaż naszego schronienia. Daria przytrzymywała płachtę, a ja wsuwałem pręty tam gdzie ich miejsce. Po kilku minutach zmagań z szarpiącą się materią pałąki znalazły się na swoim miejscu. Teraz pozostało już tylko napiąć to wszystko i ustawić namiot.
Łatwo powiedzieć! Wiatr się wściekł. Szarpał jak opętany materiałem próbując wyrwać nam go z rąk. Kiedy tylko napięliśmy pałąki namiot zamienił się w wypełniony powietrzem balon. Trzymaliśmy chwilę z całych sił mając nadzieję ustawić go na śniegu.
Nie mieliśmy żadnych szans w tej walce. Tylko dzięki linkom mocującym nasze schronienie nie odleciało w mrok nocy!
Musieliśmy jak najszybciej wysunąć pałąki i zmniejszyć "powierzchnię nośną" płachty. To zadanie też nie było proste, ale ostatecznie szczęśliwie zakończone. Namiot spoczął na śniegu jak szmata, a my musieliśmy wsunąć się do niego, jeśli mieliśmy przetrwać tę noc.
Weszliśmy do środka w butach, bowiem ich zdjęcie wydawało nam się zbyt dużym ryzykiem w takiej sytuacji. Jakoś zmieściliśmy się w śpiworach. Tak leżąc w nierozstawionym namiocie, ułożonym w osłonie z sań, próbowaliśmy złapać trochę snu. Nie było to proste, bo ciągle myśleliśmy o psach. Jak one radzą sobie w tej sytuacji. Dwie suczki spały z nami przytulone do mojego śpiwora, ale reszta była na zewnątrz. Dlatego od czasu do czasu wysuwałem głowę na zewnątrz i gadałem coś do psów, a widząc że reagują, uspokajałem się i sam zasypiałem.
Wichura nie słabła. Wciąż szarpało namiotem, bez przerwy przewalał się przez nas nawiewany śnieg. Na szczęście jednak nie miał gdzie się zatrzymać i przelatywał po prostu dalej.
Tak dotrwaliśmy do świtu, który przywitał nas przerażającym obrazkiem.
Otóż kiedy wyszliśmy z namiotu dostrzegliśmy w miejscach, gdzie spały psy kuliste bryły lodu. Śnieg nawiewany na psy w zetknięciu z ich ciepłymi ciałami topił się, aby za chwile zamarznąć na rosnącym mrozie. W efekcie psiaki pokryte zostały lodową skorupą i nie ruszały się.
W pierwszym momencie wyglądały jakby zamarzły!
Podchodziliśmy do każdego z osobna i nakłanialiśmy je do wstania. Bez efektu.
Przestraszyliśmy się nie na żarty. Lodowe bryły leżały bez ruchu ciasno zwinięte w kłębek.
Nagle Moli, najstarszy pies w zespole, jakby nigdy nic, po prostu wstał, otrzepał się z lodu i śniegu, a następnie...zwyczajnie się w tym śniegu wytarzał!
Moli nas dosłownie powalił. Momentalnie prysnęło nagromadzone w nas napięcie. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze, że psiaki dały sobie radę z tą trudną sytuacją o wiele lepiej niż przypuszczaliśmy.
W tym momencie dotarło do nas, że skończymy tę wyprawę, że dojedziemy do końca i nic już nie zdoła nas pokonać!
Zbliżała się godzina 23, a wiatr wcale nie miał zamiaru się uspokoić. Wręcz przeciwnie. Zakotwiczyliśmy sanie i rozłożyliśmy psom słomę, która robiła wszystko by odlecieć z wiatrem. Daria przykrywała zwierzaki kocami, a ja próbowałem roztopić dla nich trochę śniegu, żeby się napiły. Chowając się za saniami i zasłaniając palnik własnym ciałem zdołałem uzyskać trochę wody.
Znowu używaliśmy strzykawki i glukozy.
Zaprzęgi ustawiliśmy blisko siebie, aby choć trochę wzajemnie osłaniały się od wiatru. Każde z sań przymocowaliśmy dużymi kotwicami, małymi zaś napięliśmy liny. Ponadto związaliśmy sanie ze sobą, aby stanowiły większą masę, bo wiatr co i rusz szarpał nimi na boki.
Tymczasem robiło się co raz zimniej. Wichura przepędziła niż towarzyszący nam od południa. Około północy termometr wskazywał już -12 i to nie miał być koniec spadku temperatury. Musieliśmy szybko zrobić coś ze sobą. Wypić coś i zjeść. Do tego potrzebny był namiot.
Wyjąłem go z worka. Wiatr wypełnił jego materiał natychmiast powietrzem i niemal wyrwał nam go z rąk! Szybko rzuciliśmy namiot na śnieg i usiedliśmy na nim. To był jedyny sposób, żeby go zatrzymać w miejscu. Ponadto przypięliśmy do sań linką.
Wyciągnąłem aluminiowe pałąki stanowiące stelaż naszego schronienia. Daria przytrzymywała płachtę, a ja wsuwałem pręty tam gdzie ich miejsce. Po kilku minutach zmagań z szarpiącą się materią pałąki znalazły się na swoim miejscu. Teraz pozostało już tylko napiąć to wszystko i ustawić namiot.
Łatwo powiedzieć! Wiatr się wściekł. Szarpał jak opętany materiałem próbując wyrwać nam go z rąk. Kiedy tylko napięliśmy pałąki namiot zamienił się w wypełniony powietrzem balon. Trzymaliśmy chwilę z całych sił mając nadzieję ustawić go na śniegu.
Nie mieliśmy żadnych szans w tej walce. Tylko dzięki linkom mocującym nasze schronienie nie odleciało w mrok nocy!
Musieliśmy jak najszybciej wysunąć pałąki i zmniejszyć "powierzchnię nośną" płachty. To zadanie też nie było proste, ale ostatecznie szczęśliwie zakończone. Namiot spoczął na śniegu jak szmata, a my musieliśmy wsunąć się do niego, jeśli mieliśmy przetrwać tę noc.
Weszliśmy do środka w butach, bowiem ich zdjęcie wydawało nam się zbyt dużym ryzykiem w takiej sytuacji. Jakoś zmieściliśmy się w śpiworach. Tak leżąc w nierozstawionym namiocie, ułożonym w osłonie z sań, próbowaliśmy złapać trochę snu. Nie było to proste, bo ciągle myśleliśmy o psach. Jak one radzą sobie w tej sytuacji. Dwie suczki spały z nami przytulone do mojego śpiwora, ale reszta była na zewnątrz. Dlatego od czasu do czasu wysuwałem głowę na zewnątrz i gadałem coś do psów, a widząc że reagują, uspokajałem się i sam zasypiałem.
Wichura nie słabła. Wciąż szarpało namiotem, bez przerwy przewalał się przez nas nawiewany śnieg. Na szczęście jednak nie miał gdzie się zatrzymać i przelatywał po prostu dalej.
Tak dotrwaliśmy do świtu, który przywitał nas przerażającym obrazkiem.
Otóż kiedy wyszliśmy z namiotu dostrzegliśmy w miejscach, gdzie spały psy kuliste bryły lodu. Śnieg nawiewany na psy w zetknięciu z ich ciepłymi ciałami topił się, aby za chwile zamarznąć na rosnącym mrozie. W efekcie psiaki pokryte zostały lodową skorupą i nie ruszały się.
W pierwszym momencie wyglądały jakby zamarzły!
Podchodziliśmy do każdego z osobna i nakłanialiśmy je do wstania. Bez efektu.
Przestraszyliśmy się nie na żarty. Lodowe bryły leżały bez ruchu ciasno zwinięte w kłębek.
Nagle Moli, najstarszy pies w zespole, jakby nigdy nic, po prostu wstał, otrzepał się z lodu i śniegu, a następnie...zwyczajnie się w tym śniegu wytarzał!
Moli nas dosłownie powalił. Momentalnie prysnęło nagromadzone w nas napięcie. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze, że psiaki dały sobie radę z tą trudną sytuacją o wiele lepiej niż przypuszczaliśmy.
W tym momencie dotarło do nas, że skończymy tę wyprawę, że dojedziemy do końca i nic już nie zdoła nas pokonać!
Subskrybuj:
Posty (Atom)