Prawie cztery miesiące temu napisałem tutaj ostatniego posta. Podałem tam informację, że w Szwecji nie można trzymać, w trakcie wyjazdu, psów w przyczepie, co zmusiło mnie do opuszczenia tego kraju i przerwania działalności tam.
Pisałem to mając słowną interpretację prawa usłyszaną od szwedzkich urzędników oraz ich pisemną decyzję wydaną w języku szwedzkim, zakazującą mi używania przyczepy w celach mieszkalnych dla psów.
W lutym, już po napisaniu tamtego tekstu, otrzymałem wreszcie decyzję w zrozumiałym dla mnie języku. Prawo, na które powołali się urzędnicy pozwalało mi używać przyczepy w taki sposób w jaki to czyniłem.
Zatem zakazanie mi działania w Szwecji było bezprawne.
Złożyłem odwołanie do szwedzkiego sądu administracyjnego i tam ta sprawa leży od lutego. Dzisiaj dostałem kolejną odpowiedź z tegoż sądu : I am sorry but I can´t get you a date for a decision. You still have to wait.
Czekam tak już cztery miesiące, nazywany oszustem, kłamcą, wyłudzaczem itd. Ile poczekam jeszcze? Tyle ile będzie trzeba. Miałem prawo tam działać. Miałem prawo robić to w taki sposób w jaki robiłem. Moje psy miały prawo do bycia psami, a ja człowiekiem. Szwedzcy urzędnicy złamali moje prawa człowieka. Wpędzili mnie w niesamowite problemy. Miałem realizować marzenia a mam długi i niepewną przyszłość. Ja, moja rodzina i wszystkie nasze zwierzęta. Tylko dlatego, że urzędnik działał w zmowie z lokalnym biznesem. Gdybym był Szwedem nikt by mnie nie tknął, być może. Jednak Polaka trzeba było usadzić i pokazać mu jego miejsce. Tak to odbieram.
Powtórzę jeszcze raz, złamano moje prawa człowieka. Nie odpuszczę tej sprawy. To jest walka o moja godność i prawo do działania. Szwecja nie może zrujnować wielu lat naszej ciężkiej pracy.
wtorek, 30 maja 2017
sobota, 4 lutego 2017
Koniec marzeń
Niecały miesiąc temu napisałem ostatni post z Vuollerim. Już wtedy było źle, ale wciąż miałem nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży.
Nie stało się tak.
Finnmarkslopet robi wszystko, aby mnie od siebie odepchnąć. Miałem z tym wyścigiem problem od zawsze. Mimo wszystko jednak zabierałem się za niego kolejny raz i kolejny. Umarł Vili, a teraz musiałem przerwać przygotowania do Trylogii Norweskiej z przyczyny, która nie mieści mi się w głowie.
Kto nie wie o co chodzi może o tym przeczytać tu: https://web.facebook.com/SyberiadaAdventure/posts/1531926396825206
Na tym kończę z marzeniami o wielkim wyścigu. Jego koszt stał się zbyt duży. Co wykombinuje los przy mojej kolejnej próbie? Nie będę tego sprawdzał.
Mam dość ciągłego walczenia z przepisami i spełniania coraz to nowych warunków, które maksymalnie promują Skandynawów, co jest jednym z powodów tak małej liczby zawodników z innych krajów na starcie.
Norwegowie mają ten wyścig pod nosem. Dla wszystkich innych samo dotarcie na jego start to już wyprawa. Bardzo niebezpieczna wyprawa.
Ponadto kiedy oni trenują, to my latamy i załatwiamy bzdurne dokumenty, których nikt i nigdzie jeszcze nie sprawdzał. Ale papiery mieć musimy. Musimy także truć nasze zwierzaki tabletkami na robale przed każdym przekroczeniem granicy. Oni nie muszą tego robić. Przez to nasze psy są słabsze.
W tym sezonie postanowiłem przygotowywać się w szwecji, celowo piszę nazwę tego kraju z małej litery, ale tam okazało się, że muszę wybudować kenel, aby przebywać w tym kraju choćby jeden dzień.
Wszędzie na świecie maszerzy trenując na wyjeździe trzymają swoje psy w przyczepach. W szwecji jest to zabronione. Szwedzki urzędnik wie lepiej co jest dobre dla moich psów niż ja, który poświęciłem całe życie dla mushingu! Znam swoje psy doskonale, wiem który czego potrzebuje i ta wiedza potwierdza się we wszystkich moich działaniach. Ale to młoda inspektorka po 10 minutowej rozmowie ze mną wie lepiej.
Nie mam zamiaru nigdy więcej dać się tak traktować. Tam nie ma żadnej wolności. Ich przepisy są fikcją i totalną ściemą. Według ich idiotycznych wytycznych moim psom było źle w przyczepie, więc postanowili je zabić. Czy ktoś może zrozumieć taki idiotyzm? Takie coś możliwe jest tylko w szwecji, która chwali się brakiem bezdomnych zwierząt, które po prostu są zabijane. Taki mają sposób na bezdomność.
Przyczepa, w której pies po ciężkim treningu ma doskonałe warunki do odpoczynku, jest zła, ale spanie psów na śniegu, bez słomy i kurtek podczas ich "kultowej" imprezy Fjalraven Polar jest ok.
Przyczepa be, a bieganie bez butów i kurtek na tejże imprezie i we wszystkich kenelach turystycznych ok. Przyczepa be, a zabijanie starszych psów ok. Starszy pies w szwecji to już ośmiolatek. Przyczepa be, a eutanazja na życzenie ok! Taka jest szwecja.
Zająłem się mushingiem wiele lat temu, bo dawał w cywilizowanym świecie namiastkę wolności. W terenie z psami, wiatrem i przestrzenią czułem się wolny. szwecja zabiła to poczucie. Nie tylko szwecja zresztą. Przepisy, papiery, ciągłe ich zmiany. To zabija ducha, doprowadza do absurdu, z którego ja się wypisuję. Nie interesuje mnie mushing obarczony coraz głupszymi przepisami i ludźmi.
Do widzenia.
Nie stało się tak.
Finnmarkslopet robi wszystko, aby mnie od siebie odepchnąć. Miałem z tym wyścigiem problem od zawsze. Mimo wszystko jednak zabierałem się za niego kolejny raz i kolejny. Umarł Vili, a teraz musiałem przerwać przygotowania do Trylogii Norweskiej z przyczyny, która nie mieści mi się w głowie.
Kto nie wie o co chodzi może o tym przeczytać tu: https://web.facebook.com/SyberiadaAdventure/posts/1531926396825206
Na tym kończę z marzeniami o wielkim wyścigu. Jego koszt stał się zbyt duży. Co wykombinuje los przy mojej kolejnej próbie? Nie będę tego sprawdzał.
Mam dość ciągłego walczenia z przepisami i spełniania coraz to nowych warunków, które maksymalnie promują Skandynawów, co jest jednym z powodów tak małej liczby zawodników z innych krajów na starcie.
Norwegowie mają ten wyścig pod nosem. Dla wszystkich innych samo dotarcie na jego start to już wyprawa. Bardzo niebezpieczna wyprawa.
Ponadto kiedy oni trenują, to my latamy i załatwiamy bzdurne dokumenty, których nikt i nigdzie jeszcze nie sprawdzał. Ale papiery mieć musimy. Musimy także truć nasze zwierzaki tabletkami na robale przed każdym przekroczeniem granicy. Oni nie muszą tego robić. Przez to nasze psy są słabsze.
W tym sezonie postanowiłem przygotowywać się w szwecji, celowo piszę nazwę tego kraju z małej litery, ale tam okazało się, że muszę wybudować kenel, aby przebywać w tym kraju choćby jeden dzień.
Wszędzie na świecie maszerzy trenując na wyjeździe trzymają swoje psy w przyczepach. W szwecji jest to zabronione. Szwedzki urzędnik wie lepiej co jest dobre dla moich psów niż ja, który poświęciłem całe życie dla mushingu! Znam swoje psy doskonale, wiem który czego potrzebuje i ta wiedza potwierdza się we wszystkich moich działaniach. Ale to młoda inspektorka po 10 minutowej rozmowie ze mną wie lepiej.
Nie mam zamiaru nigdy więcej dać się tak traktować. Tam nie ma żadnej wolności. Ich przepisy są fikcją i totalną ściemą. Według ich idiotycznych wytycznych moim psom było źle w przyczepie, więc postanowili je zabić. Czy ktoś może zrozumieć taki idiotyzm? Takie coś możliwe jest tylko w szwecji, która chwali się brakiem bezdomnych zwierząt, które po prostu są zabijane. Taki mają sposób na bezdomność.
Przyczepa, w której pies po ciężkim treningu ma doskonałe warunki do odpoczynku, jest zła, ale spanie psów na śniegu, bez słomy i kurtek podczas ich "kultowej" imprezy Fjalraven Polar jest ok.
Przyczepa be, a bieganie bez butów i kurtek na tejże imprezie i we wszystkich kenelach turystycznych ok. Przyczepa be, a zabijanie starszych psów ok. Starszy pies w szwecji to już ośmiolatek. Przyczepa be, a eutanazja na życzenie ok! Taka jest szwecja.
Zająłem się mushingiem wiele lat temu, bo dawał w cywilizowanym świecie namiastkę wolności. W terenie z psami, wiatrem i przestrzenią czułem się wolny. szwecja zabiła to poczucie. Nie tylko szwecja zresztą. Przepisy, papiery, ciągłe ich zmiany. To zabija ducha, doprowadza do absurdu, z którego ja się wypisuję. Nie interesuje mnie mushing obarczony coraz głupszymi przepisami i ludźmi.
Do widzenia.
niedziela, 8 stycznia 2017
Wieści z koła polarnego
Nowy rok rozpoczęliśmy, jak zwykle, od pracy z psami. Ja w Laponii, Daria i Kacper w Polsce. Ja mam tutaj 13 psów, oni 28 i cały dom na głowie. Ja "tylko" treningi i Husky Safari.
Wczoraj miałem z psami pobiec wyścig Beaskadas 300 w Norwegii. Nie pobiegłem, bo pogoda szaleje jak opętana w Finnmarku i wyścig przesunięto na następny weekend. Dla mnie to klapa. Za tydzień mam gości na kolejne Safari i jechać do Norwegii nie mogę. Mocno to komplikuje mój plan.
W północnej Norwegii od początku grudnia panują masakryczne warunki. Opady deszczu i wichury bardzo utrudniają życie psim zaprzęgom. Dla mnie to problem jeszcze wiekszy, bo Beaskadas jest kwalifikacją do dwóch nastepnych wyscigów i kluczem do realizacji Trylogii Norweskiej.
Nie chcę jeszcze podejmować żadnych ostatecznych decyzji. Zobaczę co wydarzy się dalej. Póki co muszę skupić się na moich gościach i pokazać im Laponię z maszerskiego punktu widzenia.
Poza wszystkim mamy tu, w Vuollerim, piękną zimę. Jest mróz i sporo śniegu. Ostatnie dwa dni z temperaturami -34 pokazały możliwości zimy w tym rejonie, a pewnie nie było to ostanie jej słowo.
Pozdrawiam z Dalekiej Połnocy
Krzysztof
Wczoraj miałem z psami pobiec wyścig Beaskadas 300 w Norwegii. Nie pobiegłem, bo pogoda szaleje jak opętana w Finnmarku i wyścig przesunięto na następny weekend. Dla mnie to klapa. Za tydzień mam gości na kolejne Safari i jechać do Norwegii nie mogę. Mocno to komplikuje mój plan.
W północnej Norwegii od początku grudnia panują masakryczne warunki. Opady deszczu i wichury bardzo utrudniają życie psim zaprzęgom. Dla mnie to problem jeszcze wiekszy, bo Beaskadas jest kwalifikacją do dwóch nastepnych wyscigów i kluczem do realizacji Trylogii Norweskiej.
Nie chcę jeszcze podejmować żadnych ostatecznych decyzji. Zobaczę co wydarzy się dalej. Póki co muszę skupić się na moich gościach i pokazać im Laponię z maszerskiego punktu widzenia.
Poza wszystkim mamy tu, w Vuollerim, piękną zimę. Jest mróz i sporo śniegu. Ostatnie dwa dni z temperaturami -34 pokazały możliwości zimy w tym rejonie, a pewnie nie było to ostanie jej słowo.
Pozdrawiam z Dalekiej Połnocy
Krzysztof
niedziela, 25 grudnia 2016
Świąteczny prezent
Dzisiaj jednak stało się inaczej. Zorza rozbłysła dużo mocniej niż dotąd, na dodatek ożyła. Przestała być statyczna i zaczęła falować. Ten jej ruch jest niesamowity, magiczny, nieprawdopodobny.
Tym razem udało mi się zarejestrować co nieco aparatem, ale to co było dzisiaj najciekawsze okazało się dla obiektywu zbyt dynamiczne. Nie zarejestrował niczego. Dlatego moje to co widziałem własnym okiem.
To najlepszy prezent świąteczny jaki moglem dostać tutaj.
sobota, 24 grudnia 2016
Świąteczny czas
Święta to czas magiczny. Wreszcie trochę zwalniamy, przestajemy pracować, mamy chwilę na zadumę, refleksję nad naszym życiem, której na co dzień nam brakuje.
Taka jest największa zaleta świąt. Czas spędzony z rodziną, z najbliższymi, z którymi dzieli się dolę i niedolę. Rodzina to najważniejsza sprawa na świecie. Nie ma niczego ponad nią. Czuje się to zwłaszcza, gdy rodzina jest daleko.
Daria z Kacprem w Polsce, ja w Szwecji. Na szczęście jest internet i telefony. Mamy stały kontakt. I świadomość, że ta rozłąka jest po coś. Po to, bym przygotował grunt dla nas wszystkich na lapońskiej ziemi. Następne święta spędzimy już razem i będą one najwspanialsze w naszym życiu. Już my się o to postaramy.
Tymczasem u mnie w Vuollerim pada śnieg. Sypie od nocy i sypać ma do jutra. A jutro wedlug prognoz piękna pogoda. Wczoraj temperatura doszła niemalże do -20, dzisiaj natomiast jest ledwie -8. Tutaj to ciepło.
Życzymy Wam wszystkim ciepłych właśnie świąt, spędzonych z najbliższymi. Wszystkiego najlepszego na święta i nie tylko. Kochajcie się i szanujcie, bo rodzina i przyjaciele to największy skarb jaki człowiek może w życiu znaleźć.
piątek, 23 grudnia 2016
Beaskades 300
Za dwa tygodnie stanę z moim psim zespołem na starcie pierwszego w tym sezonie długodystansowego wyścigu psich zaprzęgów Beaskades 300. Wyścigu najważniejszego dla mnie w tym sezonie. On jest bowiem kwalifikacją do dwóch kolejnych.
Specjalnie po to, aby mieć szansę na pozytywne zakończenie zmagań z jego trasą, wybrałem się na trening do szwedzkiej Laponii. To przez ten wyścig spędzę święta z dala od mojej rodziny. Po raz pierwszy nie będziemy w święta razem. Nie jest to dla nas proste. Tym bardziej więc zależy mi na powodzeniu w tych zawodach. Skoro płacimy za to tak wysoką psychicznie cenę, to niech będzie sukces.
Oczywiście zaklinanie rzeczywistości nic tutaj nie da. Realia są twarde. Albo dam radę przygotować mój zespół, albo nie. Taryfy ulgowej nie będzie, tak jak i zresztą nie było jej nigdy.
Rzeczywistość nas nie rozpieszczała. W Polsce warunki treningowe zawsze były trudne, stąd decyzja o przygotowaniach w Szwecji. Tutaj jednak też nie jest różowo. Na początku było nieźle, ale dwudniowa odwilż z opadami deszczu wszystko zamieniła w lodowisko. Na dzisiejszym treningu doszło do bardzo groźnej sytuacji. Na szczęście doświadczenie i rozsądek wzięły górę i uchroniły mnie przed poważnym wypadkiem. Kolejna lekcja maszerskiej pokory. Na co dzień nie zdaję sobie sprawy z zagrożeń, owszem sport ekstremalny, ale zazwyczaj mam nad wszystkim kontrolę, aż nagle zdarza się dzień jak dzisiaj i wszystko biorą diabli. Tylko wielkie doświadczenie ratuje sytuację. Dzisiaj mogło skończyć się bardzo źle dla mnie. Na szczęście mam tylko podrapany trochę nos.
Na Beaskades 300 zgłosiło się ponad 60 zaprzęgów. Na moim dystansie z 8 psów jest ich 34. W tym jeden Polak oprócz mnie, Marcin Harna, pracujący i trenujący na co dzień w norweskim Tromso.
Dwóch Polaków, trzech Finów i jedna Szwedka, cała reszta to Norwegowie. Tak jest zazwyczaj na wszystkich wyścigach długodystansowych. Norwegowie są w przytłaczającej większości.
Dwa tygodnie treningów, szlifowania formy, a potem zobaczymy jak będzie. Oby tylko warunki na trasach się poprawiły, bo obecne lodowisko i tu w Szwecji i tam w Norwegii nie napawa optymizmem. Jestem jednak dobrej myśli. Pogoda musi się poprawić.
Poniżej pełna lista zawodników startujących z ósemką psów na 220 kilometrowej trasie:
Sølvi Monsen, Alta, Beskades husky, Alta THK
Herlof Hammari, Alta, Lamas kennel, Alta THK
Runar Terje Foslund, Alta, Vidar Uglebakken, Alta THK
Marion Jarry, Varangerbotn, Vesterelva & Viddas
Maja Sellevoll, Storslett, Røyelskampen kennel, Nordreisa THK
Emma Cowell, Langfjordbotn, Azgard N70, Alta THK
Christian Kunz, Kvaløya, Tromsø Villmarksenter
Raine Niemi, Finland, Team Maglelin, Pohjos-Lapin V.
Karolliina Ruippo, Finland, Team Magelin, Pohjos-Lapin V.
Sanja Heikkila, Storslett
Heidi Walseth, Alta, Haldde husky, Alta THK
Vidar Myklevoll, Alta, Northern Lights husky, Alta THK
Tommy Theodorsen, Straumsbukta, Kvaløya husky, Troms THK
Geir-Ivar Vikholt, Borkenes, Suna-Sanik kennel
Silje Holmen Larsen, Storslett. Nirva Huskies
Mailin Jerijervi, Svanvik. Tripp Trapp husky, Varanger THK
Kenneth Nilsen, Alta, Tverrelvdalen husky, Alta THK
Dre Langefeld, Langfjordbotn. Vidda Runners Huskies
Hans Petter Harangen, Lakselv. Vestavinden husky. Alta THK
Silje Maret Somby, Karasjok, Alta THK
Anna Dorothea Yri, Alta, Yri kennel. Alta THK
Åse Østvold, Alta, Bechs racing kennel. Alta THK
Marcin Harna, Kvaløysletta, Tromsø Villmarkssenter
Rune Røksland, Lakselv, Vov Vov Husky, Alta THK
Krzysztof Nowakoski, Polen. Syberiada Adventure
Ebbe W. Pedersen, Alta, Northern Lights huskies. Alta THK
Elaine Brown, Alta, Northern Lighs huskies
Ingvill Aasheim, Langfjordbotn, Parken gård husky
Matti Salmi, Finland, Nellim husky
Kristoffer Bjørkhaug, Alta, North Cape huskies
Raghnild Larshus, Alta North Cape huskies
Mads Larsen, Alta, Northern lights husky
Maria Sparboe, Alta, Team Horisont, Alta THK
Anette Jonsson, Sverige, Team Saari Sleddogs
czwartek, 22 grudnia 2016
Polarna codzienność
Pierwszy wyścig tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. To już 6 stycznia w norweskiej Gargii. Trzeba przygotować solidnie zespół.
Dlatego codziennie robimy to samo. Pobudka około 7. Śniadanie, przegląd prasy internetowej, wyjście do psów. Muszę przygotować im śniadanie. Wypuścić z przyczepy, każdego przejrzeć, popatrzeć czy wszystko w porządku.
Kiedy psy zjedzą zabieram się za przygotowanie sprzętu do treningu. Robię psom przekąski na trasę, zakładam im szelki i buty.
Możemy ruszać.
Kiedy mam gości to pomagają mi w tym wszystkim, kiedy ich nie ma robię wszystko sam. Każdego dnia. Od czasu do czasu nadchodzi dzień odpoczynkowy. Dla psów i dla mnie. Jak już nadejdzie, to nie wiadomo co z nim robić. Trudno jest wyskoczyć na chwilę z kołowrotu.
Miałem taki dzień w ostatni poniedziałek. Odespałem trochę sennych zaległości jeszcze z Polski i solidnie poczytałem książkę Jacka Hugo-Badera pt. "Skucha". Czyta się to bardzo szybko, uwielbiam styl Badera, a i tematy w jego książkach raczej z tych mnie wciągających. Lecą więc strony szybko. Jak skończę to biorę się za najnowszą o Jurku Kukuczce.
Dzisiaj spróbujemy pojechać w stronę Harads. Znalazłem kilka dni temu drogowskaz, to dzisiaj tam spróbujemy. Wczoraj szlak do Kabdalis okazał się nieistniejący. Po czterech kilometrach trafiliśmy na coś w rodzaju pętli tramwajowej. Ktoś zatoczył koło skuterem i wrócił. Z sześdziesięciokilomertowej trasy istnieją na razie tylko cztery. To kiepska wiadomość. W tamtym rejonie pozostaje nam włóczenie się po szosie. Tylko, że pierwsze jej cztery kilometry przy ostatnim opadzie deszczu posypano piaskiem. Wczoraj zamordowałem tam do końca ślizgi w treningowych saniach. Trudno inaczej kiedy osiem w sumie kilometrów robi się po żwirze.
Jeśli szlak do Harads okażę się tak samo niedrożny to zostaje nam tylko zapora, a ta napawa mnie niepokojem. Jej ogrom źle działa na moją psychę. Chociaż może raczej chodzi o zalodzony, stromy zjazd do niej? No cóż, trzeba będzie ją oswoić. Mushing to sport ekstremalny, więc nie ma co liczyć, że zawsze będzie przyjemnie. Strach, lęk, obawa, to stały towarzysz maszera. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to oswoić.
etykiety
23 kilometr,
Beaskadas 300,
Daleka Północ,
Laponia,
nasz sprzęt,
nasze psy,
opowieści,
pisanie,
psie zaprzęgi,
sport,
Szwecja,
treningi,
Trylogia Norweska,
wyścig
środa, 21 grudnia 2016
Zmiana pogody
W niedzielę
popołudniu zrobiło się nagle dużo cieplej. Z -10 temperatura
podniosła się do -5, ale tylko pozornie wciąż był mróz.
Wieczorem zaczął padać deszcz. Widocznie wyżej była dodatnia
temperatura, a mróz pokazywany przez termometry to efekt zimna
bijącego od śniegu i lodu.
Po deszczu
wszystko pokryło się lodową glazurą. Jest bardzo niebezpiecznie
chodzić, a co dopiero jechać zaprzęgiem. Na razie wygląda to
kiepsko. Zobaczymy co nas dzisiaj czeka. Czy bieg w teren, czy dzień
relaksu, drugi już z rzędu, bo wczorajszy był wcześniej
zaplanowany.
Niedzielę
wykorzystałem na wycieczkę do Jokkmokk. Bardzo ładne miasteczko, w
ten dzień emanujące spokojem. Wszystko pozamykane włącznie z
samskim muzeum, które jest tam dużą atrakcją. Szwedzi nie pracują
jednak w niedzielę, nie licząc pracowników marketów, które są
otwarte na okrągło od 8 do 22.
Nie omieszkałem
więc wejść do jednego z nich. Od razu zauważyłem na półce
tutejszy smakołyk. Blodpuding, czyli puding(?) galaretka(?) z krwi.
Je się to z konfiturą na przykład.
Krwawy puding to
jednak nic przy innym szwedzkim specjale. Kiszonych śledziach. To ni
mniej ni więcej, jak zgniłe śledzie zamknięte w puszce. Wyjątkowa
ohyda.
Te puszki są tak
nagazowane, że potrafią wybuchać, dlatego nie ma mowy aby
wpuszczono kogoś z tym specjałem do samolotu. Szwedzi podobno
otwierają taką puszkę w ogródku, w wykopanym wcześniej dołku.
Po przebiciu puszki tryska z niej wyjątkowo cuchnąca ciecz, którą
należy odcedzić. Jeśli zrobimy to w domu, to smród pozostanie w
nim na lata. Ponoć wielu Szwedów ma w trakcie otwierania tych
puszek odruch wymiotny. Mimo to uwielbiają zgniłe śledzie i
zajadają je z chrupkim pieczywem.
Przysmak ten
wymyślono, kiedy dawno temu sprzedawano Finom solone śledzie.
Szwecja była w tamtych czasach ubogim krajem, więc ktoś postanowił
zaoszczędzić na drogiej soli i wysłać Finom trochę mniej solone
śledzie niż zazwyczaj. Te, jak się okazało, nie przetrwały
transportu i zgniły. Beczki wróciły do Szwecji. Tam natomiast nie
chcąc zmarnować takiej ilości towaru zjedzono go w takim stanie w
jakim był. W ten oto sposób powstał narodowy przysmak. Smacznego.
niedziela, 18 grudnia 2016
Zorza polarna
Jak to z nią bywa pojawiła się nagle
wczoraj wieczorem i równie nagle zniknęła. Zrobiła mniej więcej
piętnastominutowy pokazik i nie zdążyłem nawet ustawić statywu z
aparatem. W każdym razie była, pokazała się i mam nadzieję na
znacznie więcej.
Wczoraj też eksplorowałem dalej teren
wokół domu. Na mapie znalazłem szlak prowadzący do Jokkmokk i
Kabdalis. Ruszyłem nim szczęśliwy, że nie wszystkie drogi
prowadzą przez tamę na rzece Lulealven, dokąd dotarłem
przedwczoraj. Do zapory prowadzi dość karkołomna trasa. Wijąca
się w górach w zasadzie ścieżka szerokości sań. Jest na niej
mnóstwo podjazdów i co oczywiste także zjazdów. Te są wyjątkowo
ekscytujące. Duża stromizna to duża prędkość zaprzęgu nawet
pomimo hamowania. Przy tych prędkościach przelatuje się między
drzewami dosłownie na milimetry. Trzeba być bardzo skupionym, aby
nie doszło do wypadku.
Na koniec, ostatni kilometr do zapory
wiedzie zalodzoną asfaltową drogą. Mocno w dół. Idzie ona także
po samej zaporze, na drugą stronę rzeki. Na szosie jest bardzo
ślisko, a hamowanie mało skuteczne. To taki zjazd, który po prostu
trzeba przetrwać.
Kiedy natomiast zbliżyłem się do
zapory, mym oczom ukazał się widok wprost imponujący. Zapora jest
ogromna. Wznosi się dobre pięćdziesiąt metrów nad lustro rzeki po drugiej stronie rzeki. Do tego
otaczają ją góry. Pięknie i groźnie jednocześnie.
Wczoraj, po
przeżyciach około zaporowych, chciałem trasy łatwiejszej, na której
nie będę musiał się tak mocno skupiać, a Erene łatwo poradzi
sobie z zaprzęgiem.
Właśnie taką
trasą okazał się szlak do Jokkmokk, którym wyruszyliśmy wczoraj.
Do Jokkmokk mam
czterdzieści sześć kilometrów, więc szlak zapowiadał się
doskonale. Zapowiadał, bowiem po mniej więcej półtora kilometra od
domu skończył się na jakiejś asfaltówce.
Rozglądałem się
wokół szukając znaczników, pojechałem po śladach jakiegoś skutera, nic.
Szlaku dalej nie ma. Najprawdopodobniej nie ma go jeszcze. Jest
początek zimy, turyści jeszcze nie dotarli, więc nie ma dla kogo
go utrzymywać w przejezdnym stanie.
W tej sytuacji
wybrałem jazdę szosą. Najpierw po lodzie, a po kilku kilometrach
skręciłem w inną, mniej uczęszczana szosę, którą przykrywał
przyjemny śnieg. Psom biegło się doskonale, ja moglem odpocząć od
trudności technicznych, a Erene bezstresowo rozkoszować się jazdą
zaprzęgiem.
Przez dwadzieścia
kilometrów spędzonych na szosie, minął nas jeden samochód.
Poczułem się jak
maszerzy z Alaski, którzy do treningów wykorzystują Denali
Highway, na której mijają się z tirami, z rzadka oczywiście.
Wystarczy, że na takiej drodze zaprzęg trzyma się prawej strony i
można śmigać. Kierowcy tutaj są bardzo ostrożni zbliżając się do
psów.
Dzisiaj dzień odpoczynkowy, wizyta w sennym Jokkmokk, a jutro wracamy do zaprzęgowego młyna. Przed świętami pierwsza próba z dużo dłuższym dystansem niż dotychczas, czyli ponad 50 km. W święta atak na 100. Pierwszy wyścig coraz bliżej.
sobota, 17 grudnia 2016
Vuollerim - 17 grudnia 2016
Zorza się nie pokazała. Usłyszałem,
że jest za ciepło. A jest -15. Może coś w tym jest, a może to
wina księżyca, który świeci jak opętany ostatnio. W każdym
razie czekam dalej cierpliwie.
Wieczorem dotarło nareszcie mięso dla
psów. 525 kilogramów mieszanki łososia z kurczakiem i wołowiną.
Psy szczęśliwe, ja również. Nic tak nie poprawia morale zespołu
jak pełne brzuchy.
Wciąż nie mam internetu. Te posty
zamieszczam dzięki uprzejmości dobrych ludzi. Pojawiła się jednak
pewna szansa, że jednak podłączę się do sieci. Najwcześniej
jednak dopiero na koniec przyszłego tygodnia.
Jest tutaj ze mną od dwóch dni
pierwsza uczestniczka Husky Safari. To Erene z Wielkiej Brytanii. Jak
zwykle mam spore kłopoty ze zrozumieniem angielskiego u Anglika.
Rozumiem co po angielsku mówią Niemcy, Szwedzi, Finowie i inni,
natomiast nie rozumiem Anglików. Masakra. Jakoś sobie jednak
radzimy. Wczoraj Erene była pierwszy raz zaprzęgiem w terenie.
Dzisiaj drugi raz. Zobaczymy jak poradzi sobie z psami i trudnościami
trasy, choć dzisiaj spróbujemy poszukać jakiejś mniej
ekscytującej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

