niedziela, 22 października 2017

Tekst niepoprawny

To nie będzie tekst poprawny politycznie ani miły, czy sympatyczny. Mam już swoje lata i niejedno widziałem, czy przeżyłem. Sądzę, że właśnie moje doświadczenie pozwala mi taki tekst dzisiaj napisać. Do rzeczy w takim razie.

Od wielu lat zajmuję się psimi zaprzęgami, od wielu lat prowadziłem też razem z Darią firmę oferującą różne atrakcje z owymi zaprzęgami. I powiem Wam jedno, zawsze w tym wszystkim wkurzali mnie ludzie. To delikatnie zresztą powiedziane, bo nie chcę bluzgać na swoim własnym blogu.
Tych ludzi nie były może jakieś ogromne ilości, ale zawsze tak się dzieje, że to negatywne wspomnienia pozostają w pamięci najdłużej. Na dwadzieścia, trzydzieści osób, dwie, czy trzy rozgrzeją mnie do czerwoności i zostają ze mną na długo. Niestety tak mam.
Najbardziej wkurzał mnie zawsze brak szacunku dla psów. Tego nigdy nie byłem w stanie darować. A to dość częste w tym biznesie zjawisko. Klasyczna postawa "zapłaciłem to wymagam", od początku odstręczała mnie od tej pracy. Drugim takim negatywnym elementem był alkohol. Przyjeżdża pijany facet, zawsze to byli faceci, nigdy kobiety, i zabawiaj go. Pół biedy jeśli był sympatyczny. To też brak szacunku, dla wszystkiego wokół tym razem.

Takie sytuacje odstręczały mnie od pracy z psami dla ludzi. Często miałem ochotę to wszystko grzmotnąć w cholerę i zająć się czymś innym. Niestety, kiedy podliczałem wszystkie koszty, to wychodziło mi, że tylko pracując z psami zarobię na nie, więc brnęliśmy w to dalej.
Kiedy powstał pomysł organizowania wyjazdów do Laponii, to sądziliśmy, że tam pojadą fajni ludzie. Kto inny będzie chciał odmrażać dupsko i wydawać sporą kasę na północy? Chyba tylko pasjonat tamtych regionów.
Nie mieliśmy pojęcia w co się ładujemy. Nie zapomnę do końca życia pierwszej grupy klientów zabranych do Inari. Byli okropni od momentu wyjścia z samolotu. Nie mam pojęcia po jakiego diabła zawędrowali do Laponii. Kompletne nieporozumienie. Z trudem próbowaliśmy zachowywać się profesjonalnie. Do czasu.
Po tamtej akcji miałem wszystkiego dość. Na szczęście kolejna grupa była idealna. Właśnie dla takich ludzi przygotowywaliśmy te wyjazdy.
Cóż z tego, kiedy jeszcze następna okazała się taka sama jak pierwsza. Przestraszyłem się wtedy, że przez takich ludzi znienawidzę Laponię, że zacznie nam się ona kojarzyć ze złymi emocjami. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy więcej nie zabiorę tam nikogo za pieniądze. Wytrzymałem w tym postanowieniu zaledwie niecałe dwa lata. Wszystko przez pasję. Chciałem regularnie startować w długich wyścigach, a to kosztuje sporo kasy. Nie szło jej zarobić organizując te nasze atrakcje w Polsce, nie szło dobrze zarobić na książce i spotkaniach autorskich. Znowu dałem się zwieść nadziei, że tym razem będzie lepiej.

I znowu nie było. Wyjazd do Szwecji okazał się totalną klapą. Pisałem już o tym wcześniej, więc nie będę teraz wracał do tej historii. Miała ona, pomimo wszystko jednak, pewien niezwykle pozytywny aspekt. Kilka osób niezadowolonych z obrotu spraw w Szwecji, postanowiło dać mi popalić. Nie tylko mi, bo także Darii, Kacprowi i naszym zwierzakom. Przejechali się po nas równo. Jeden nawet rozpętał kampanię w internecie tylko po to, aby nas pogrążyć. Wbrew wszystkiemu, to ten człowiek uświadomił mi w jakim bagnie się znalazłem przez swoje własne decyzje. Dzięki niemu zobaczyłem z kim mogłem mieć do czynienia. Po raz pierwszy chyba dotarło do mnie, że ta praca wymaga wyjątkowo elastycznego kręgosłupa moralnego i zmusza do robienia dobrej miny do ludzi, z którymi jest nam całkowicie nie po drodze. Ci, którzy na nas najbardziej po Szwecji napadli, byli myśliwymi. Jak wiecie nie cierpię ich serdecznie i uważam za dewiantów i wykolejeńców. Tymczasem tam w Vuolerim miałem z nimi mieszkać pod jednym dachem, uśmiechać się do nich i dzielić moim doświadczeniem. Może jeszcze wysłuchiwać opowieści o ich barbarzyńskim hobby? Ja człowiek, który za dobro zwierząt dałby się pokroić, miałem spędzić kilka dni z ich mordercami.
Nigdy w życiu!
Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy kogo tam zabieram. Nie sprawdzałem kto jest kim i czym się zajmuje. Błąd, jak się okazało.

Nie ma zatem tego złego, co by na dobre nie wyszło. Posypało się wszystko, straciliśmy cały majątek, kupę zdrowia i jakiekolwiek szanse na dalsze funkcjonowanie na rynku turystycznym z psimi zaprzęgami w Polsce.... ale warto było! Do diabła warto było! Choćby dlatego, że nie musiałem zajmować się myśliwymi.
Nie tylko dlatego zresztą. Kolejny pozytyw jest w tym taki, że wreszcie naprawdę mam dosyć tej roboty. Nigdy więcej nie zorganizuję dla ludzi, których nie znam, wyjazdu do Laponii.
To koniec z takimi historiami i koniec ze wstrętnymi ludźmi, którzy nie są w stanie dostrzec piękna natury i docenić należycie wspaniałej pracy psów. O sobie nawet nie wspomnę :)

Praca ze zwierzętami zawsze budziła moje obawy, co do dobrego ich traktowania. Mamy mnóstwo przykładów brutalnego wykorzystywania zwierząt dla ludzkiego zarobku. Wycisnąć ze zwierzaka ile się da, a potem się go pozbyć. Psa uśpić, czy wyrzucić, konia oddać do rzeźni. To normalne postępowanie. Mamy mnóstwo przykładów na to o czym piszę. Konie z Morskiego Oka, psy z rozmaitych keneli, a zwłaszcza amerykańskich i skandynawskich. Znamy przecież sprawę rozstrzelania ponad stu psów w Kanadzie, krótko po igrzyskach olimpijskich w Vancouver, kiedy zarobiły swoje wożąc turystów licznie przybyłych na olimpiadę, a po niej nie były już potrzebne. Można tę listę ciągnąć dalej i wymieniać mniej lub bardziej drastyczne przypadki pewnie bez końca.
W każdym razie zawsze wiedzieliśmy, że aby pracować z psami musimy utrzymywać wszelkie etyczne kwestie na maksymalnie wysokim poziomie. Zwierze musi być na pierwszym miejscu listy naszych priorytetów. Nie zyski, nie nasze dostatnie życie. Te powinny przyjść niejako przy okazji.

W praktyce okazało się to niezwykle trudne. Koszty prowadzenia kenelu są tak duże i jednocześnie stałe, że albo etyka, albo zarobek. I tu polegliśmy. Uciekałem ze Szwecji przed konsekwencjami akcji rozpętanej przez konkurencję, właśnie po to, by ratować psy. Tam chodziło dosłownie o ich życie. O życie moich psów, nie moje. Sam więcej zdziałałbym z urzędnikami zostając na miejscu, ale to byłoby niezwykle niebezpieczne dla psów. Ratowałem psy wpędzając się jednocześnie w gigantyczne problemy. Narażając na utratę pieniędzy, pracy w przyszłości i dobrego imienia. Miałem to wszystko gdzieś, bo znacznie łatwiej jest żyć z komornikiem na głowie niż z zapaskudzonym sumieniem, że zabiłem swoje psy.

Kilka lat temu było podobnie. Szlag nas trafił kiedy widzieliśmy jak traktowane są konie w Śliwiczkach i też musieliśmy, dla ich dobra zawalczyć. Własnym kosztem. Poszliśmy na wojnę, w której niemal nikt nas nie wsparł. "Nasi znajomi" przyjeżdżali do nas tam chętnie, żeby pobyć w fajnym miejscu, potrenować ze swoimi psami. Kiedy jednak przyszło co do czego i wystarczyło opowiedzieć w sądzie jak było, to wszyscy zniknęli. No nie wszyscy, trwała przy nas jedna osoba, która jest z nami na dobre i na złe. Jedna z kilkunastu! Inni przed sądem nie chcieli się stawić, ale w internecie, za naszymi plecami mieli bardzo dużo do powiedzenia, oczywiście negatywnie na nasz temat. Skądś to znacie, co? Każdy może opowiedzieć podobną historyjkę o "przyjaciołach". Po co ludzie tak się zachowują? Może chcą w ten sposób uciszyć własne sumienie? Mogli zachować się jak ludzie, a zachowali się jak....Wiadomo co. W Szwecji też tak było w temacie znajomych.
Zawsze będę powtarzał, że dzięki mushingowi poznałem w życiu mnóstwo cudownych, wspaniałych i bohaterskich psów oraz kupę paskudnych ludzi, na szczęście z kilkoma wyjątkami :)

Dlatego nadszedł czas na kompletną zmianę. Nie mam pojęcia jak to się wszystko ułoży, ale wiem jedno, kończę przygodę z organizacją jakiejkolwiek turystyki. Istnieją ważniejsze rzeczy do zrobienia i to na nich zamierzam się skupić. Zwłaszcza, że czas zasuwa jak opętany i z każdym dniem mam go coraz mniej. Amen.

4 komentarze:

  1. I tylko dodam, że to dobra decyzja! I życzę Wam wszystkiego najlepszego na tej nowej drodze
    Niech moc będzie z Wami

    OdpowiedzUsuń
  2. Bywają momentu w życiu w których chcemy to wszystko zamienić. To naturalne, boli ale to część życia. Na wcześniejszych doświadczeniach można zbudować coś nowego. Tego właśnie życzę. Niech będzie to przełom, kolejny rozdział, wyjazd zza zakrętu. Dopóki żyjesz jesteś zwycięzców. Doświadczenie pozostaje i tym się dziel. Wspominam naszą rozmowę przy Kotle i wiem że będzie nowa droga.... Tego życzę. Bądźcie razem, pamiętajcie także o sumieniu - to także ważny towarzysz tej drogi.
    Piotr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy nadzieję, że na gruzach może powstać coś wspaniałego, wszak nasz czas jeszcze nie dobiegł końca.O sumieniu też będziemy pamiętać, bo bez jego czystości nie da się iść naprzód. Pozdrawiamy

      Usuń

Witaj,
jeśli dodajesz komentarz jako Anonimowy, przedstaw się proszę, lubimy wiedzieć z kim rozmawiamy :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...