Nowy rok rozpoczęliśmy, jak zwykle, od pracy z psami. Ja w Laponii, Daria i Kacper w Polsce. Ja mam tutaj 13 psów, oni 28 i cały dom na głowie. Ja "tylko" treningi i Husky Safari.
Wczoraj miałem z psami pobiec wyścig Beaskadas 300 w Norwegii. Nie pobiegłem, bo pogoda szaleje jak opętana w Finnmarku i wyścig przesunięto na następny weekend. Dla mnie to klapa. Za tydzień mam gości na kolejne Safari i jechać do Norwegii nie mogę. Mocno to komplikuje mój plan.
W północnej Norwegii od początku grudnia panują masakryczne warunki. Opady deszczu i wichury bardzo utrudniają życie psim zaprzęgom. Dla mnie to problem jeszcze wiekszy, bo Beaskadas jest kwalifikacją do dwóch nastepnych wyscigów i kluczem do realizacji Trylogii Norweskiej.
Nie chcę jeszcze podejmować żadnych ostatecznych decyzji. Zobaczę co wydarzy się dalej. Póki co muszę skupić się na moich gościach i pokazać im Laponię z maszerskiego punktu widzenia.
Poza wszystkim mamy tu, w Vuollerim, piękną zimę. Jest mróz i sporo śniegu. Ostatnie dwa dni z temperaturami -34 pokazały możliwości zimy w tym rejonie, a pewnie nie było to ostanie jej słowo.
Pozdrawiam z Dalekiej Połnocy
Krzysztof
niedziela, 8 stycznia 2017
niedziela, 25 grudnia 2016
Świąteczny prezent
Dzisiaj jednak stało się inaczej. Zorza rozbłysła dużo mocniej niż dotąd, na dodatek ożyła. Przestała być statyczna i zaczęła falować. Ten jej ruch jest niesamowity, magiczny, nieprawdopodobny.
Tym razem udało mi się zarejestrować co nieco aparatem, ale to co było dzisiaj najciekawsze okazało się dla obiektywu zbyt dynamiczne. Nie zarejestrował niczego. Dlatego moje to co widziałem własnym okiem.
To najlepszy prezent świąteczny jaki moglem dostać tutaj.
sobota, 24 grudnia 2016
Świąteczny czas
Święta to czas magiczny. Wreszcie trochę zwalniamy, przestajemy pracować, mamy chwilę na zadumę, refleksję nad naszym życiem, której na co dzień nam brakuje.
Taka jest największa zaleta świąt. Czas spędzony z rodziną, z najbliższymi, z którymi dzieli się dolę i niedolę. Rodzina to najważniejsza sprawa na świecie. Nie ma niczego ponad nią. Czuje się to zwłaszcza, gdy rodzina jest daleko.
Daria z Kacprem w Polsce, ja w Szwecji. Na szczęście jest internet i telefony. Mamy stały kontakt. I świadomość, że ta rozłąka jest po coś. Po to, bym przygotował grunt dla nas wszystkich na lapońskiej ziemi. Następne święta spędzimy już razem i będą one najwspanialsze w naszym życiu. Już my się o to postaramy.
Tymczasem u mnie w Vuollerim pada śnieg. Sypie od nocy i sypać ma do jutra. A jutro wedlug prognoz piękna pogoda. Wczoraj temperatura doszła niemalże do -20, dzisiaj natomiast jest ledwie -8. Tutaj to ciepło.
Życzymy Wam wszystkim ciepłych właśnie świąt, spędzonych z najbliższymi. Wszystkiego najlepszego na święta i nie tylko. Kochajcie się i szanujcie, bo rodzina i przyjaciele to największy skarb jaki człowiek może w życiu znaleźć.
piątek, 23 grudnia 2016
Beaskades 300
Za dwa tygodnie stanę z moim psim zespołem na starcie pierwszego w tym sezonie długodystansowego wyścigu psich zaprzęgów Beaskades 300. Wyścigu najważniejszego dla mnie w tym sezonie. On jest bowiem kwalifikacją do dwóch kolejnych.
Specjalnie po to, aby mieć szansę na pozytywne zakończenie zmagań z jego trasą, wybrałem się na trening do szwedzkiej Laponii. To przez ten wyścig spędzę święta z dala od mojej rodziny. Po raz pierwszy nie będziemy w święta razem. Nie jest to dla nas proste. Tym bardziej więc zależy mi na powodzeniu w tych zawodach. Skoro płacimy za to tak wysoką psychicznie cenę, to niech będzie sukces.
Oczywiście zaklinanie rzeczywistości nic tutaj nie da. Realia są twarde. Albo dam radę przygotować mój zespół, albo nie. Taryfy ulgowej nie będzie, tak jak i zresztą nie było jej nigdy.
Rzeczywistość nas nie rozpieszczała. W Polsce warunki treningowe zawsze były trudne, stąd decyzja o przygotowaniach w Szwecji. Tutaj jednak też nie jest różowo. Na początku było nieźle, ale dwudniowa odwilż z opadami deszczu wszystko zamieniła w lodowisko. Na dzisiejszym treningu doszło do bardzo groźnej sytuacji. Na szczęście doświadczenie i rozsądek wzięły górę i uchroniły mnie przed poważnym wypadkiem. Kolejna lekcja maszerskiej pokory. Na co dzień nie zdaję sobie sprawy z zagrożeń, owszem sport ekstremalny, ale zazwyczaj mam nad wszystkim kontrolę, aż nagle zdarza się dzień jak dzisiaj i wszystko biorą diabli. Tylko wielkie doświadczenie ratuje sytuację. Dzisiaj mogło skończyć się bardzo źle dla mnie. Na szczęście mam tylko podrapany trochę nos.
Na Beaskades 300 zgłosiło się ponad 60 zaprzęgów. Na moim dystansie z 8 psów jest ich 34. W tym jeden Polak oprócz mnie, Marcin Harna, pracujący i trenujący na co dzień w norweskim Tromso.
Dwóch Polaków, trzech Finów i jedna Szwedka, cała reszta to Norwegowie. Tak jest zazwyczaj na wszystkich wyścigach długodystansowych. Norwegowie są w przytłaczającej większości.
Dwa tygodnie treningów, szlifowania formy, a potem zobaczymy jak będzie. Oby tylko warunki na trasach się poprawiły, bo obecne lodowisko i tu w Szwecji i tam w Norwegii nie napawa optymizmem. Jestem jednak dobrej myśli. Pogoda musi się poprawić.
Poniżej pełna lista zawodników startujących z ósemką psów na 220 kilometrowej trasie:
Sølvi Monsen, Alta, Beskades husky, Alta THK
Herlof Hammari, Alta, Lamas kennel, Alta THK
Runar Terje Foslund, Alta, Vidar Uglebakken, Alta THK
Marion Jarry, Varangerbotn, Vesterelva & Viddas
Maja Sellevoll, Storslett, Røyelskampen kennel, Nordreisa THK
Emma Cowell, Langfjordbotn, Azgard N70, Alta THK
Christian Kunz, Kvaløya, Tromsø Villmarksenter
Raine Niemi, Finland, Team Maglelin, Pohjos-Lapin V.
Karolliina Ruippo, Finland, Team Magelin, Pohjos-Lapin V.
Sanja Heikkila, Storslett
Heidi Walseth, Alta, Haldde husky, Alta THK
Vidar Myklevoll, Alta, Northern Lights husky, Alta THK
Tommy Theodorsen, Straumsbukta, Kvaløya husky, Troms THK
Geir-Ivar Vikholt, Borkenes, Suna-Sanik kennel
Silje Holmen Larsen, Storslett. Nirva Huskies
Mailin Jerijervi, Svanvik. Tripp Trapp husky, Varanger THK
Kenneth Nilsen, Alta, Tverrelvdalen husky, Alta THK
Dre Langefeld, Langfjordbotn. Vidda Runners Huskies
Hans Petter Harangen, Lakselv. Vestavinden husky. Alta THK
Silje Maret Somby, Karasjok, Alta THK
Anna Dorothea Yri, Alta, Yri kennel. Alta THK
Åse Østvold, Alta, Bechs racing kennel. Alta THK
Marcin Harna, Kvaløysletta, Tromsø Villmarkssenter
Rune Røksland, Lakselv, Vov Vov Husky, Alta THK
Krzysztof Nowakoski, Polen. Syberiada Adventure
Ebbe W. Pedersen, Alta, Northern Lights huskies. Alta THK
Elaine Brown, Alta, Northern Lighs huskies
Ingvill Aasheim, Langfjordbotn, Parken gård husky
Matti Salmi, Finland, Nellim husky
Kristoffer Bjørkhaug, Alta, North Cape huskies
Raghnild Larshus, Alta North Cape huskies
Mads Larsen, Alta, Northern lights husky
Maria Sparboe, Alta, Team Horisont, Alta THK
Anette Jonsson, Sverige, Team Saari Sleddogs
czwartek, 22 grudnia 2016
Polarna codzienność
Pierwszy wyścig tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. To już 6 stycznia w norweskiej Gargii. Trzeba przygotować solidnie zespół.
Dlatego codziennie robimy to samo. Pobudka około 7. Śniadanie, przegląd prasy internetowej, wyjście do psów. Muszę przygotować im śniadanie. Wypuścić z przyczepy, każdego przejrzeć, popatrzeć czy wszystko w porządku.
Kiedy psy zjedzą zabieram się za przygotowanie sprzętu do treningu. Robię psom przekąski na trasę, zakładam im szelki i buty.
Możemy ruszać.
Kiedy mam gości to pomagają mi w tym wszystkim, kiedy ich nie ma robię wszystko sam. Każdego dnia. Od czasu do czasu nadchodzi dzień odpoczynkowy. Dla psów i dla mnie. Jak już nadejdzie, to nie wiadomo co z nim robić. Trudno jest wyskoczyć na chwilę z kołowrotu.
Miałem taki dzień w ostatni poniedziałek. Odespałem trochę sennych zaległości jeszcze z Polski i solidnie poczytałem książkę Jacka Hugo-Badera pt. "Skucha". Czyta się to bardzo szybko, uwielbiam styl Badera, a i tematy w jego książkach raczej z tych mnie wciągających. Lecą więc strony szybko. Jak skończę to biorę się za najnowszą o Jurku Kukuczce.
Dzisiaj spróbujemy pojechać w stronę Harads. Znalazłem kilka dni temu drogowskaz, to dzisiaj tam spróbujemy. Wczoraj szlak do Kabdalis okazał się nieistniejący. Po czterech kilometrach trafiliśmy na coś w rodzaju pętli tramwajowej. Ktoś zatoczył koło skuterem i wrócił. Z sześdziesięciokilomertowej trasy istnieją na razie tylko cztery. To kiepska wiadomość. W tamtym rejonie pozostaje nam włóczenie się po szosie. Tylko, że pierwsze jej cztery kilometry przy ostatnim opadzie deszczu posypano piaskiem. Wczoraj zamordowałem tam do końca ślizgi w treningowych saniach. Trudno inaczej kiedy osiem w sumie kilometrów robi się po żwirze.
Jeśli szlak do Harads okażę się tak samo niedrożny to zostaje nam tylko zapora, a ta napawa mnie niepokojem. Jej ogrom źle działa na moją psychę. Chociaż może raczej chodzi o zalodzony, stromy zjazd do niej? No cóż, trzeba będzie ją oswoić. Mushing to sport ekstremalny, więc nie ma co liczyć, że zawsze będzie przyjemnie. Strach, lęk, obawa, to stały towarzysz maszera. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to oswoić.
etykiety
23 kilometr,
Beaskadas 300,
Daleka Północ,
Laponia,
nasz sprzęt,
nasze psy,
opowieści,
pisanie,
psie zaprzęgi,
sport,
Szwecja,
treningi,
Trylogia Norweska,
wyścig
środa, 21 grudnia 2016
Zmiana pogody
W niedzielę
popołudniu zrobiło się nagle dużo cieplej. Z -10 temperatura
podniosła się do -5, ale tylko pozornie wciąż był mróz.
Wieczorem zaczął padać deszcz. Widocznie wyżej była dodatnia
temperatura, a mróz pokazywany przez termometry to efekt zimna
bijącego od śniegu i lodu.
Po deszczu
wszystko pokryło się lodową glazurą. Jest bardzo niebezpiecznie
chodzić, a co dopiero jechać zaprzęgiem. Na razie wygląda to
kiepsko. Zobaczymy co nas dzisiaj czeka. Czy bieg w teren, czy dzień
relaksu, drugi już z rzędu, bo wczorajszy był wcześniej
zaplanowany.
Niedzielę
wykorzystałem na wycieczkę do Jokkmokk. Bardzo ładne miasteczko, w
ten dzień emanujące spokojem. Wszystko pozamykane włącznie z
samskim muzeum, które jest tam dużą atrakcją. Szwedzi nie pracują
jednak w niedzielę, nie licząc pracowników marketów, które są
otwarte na okrągło od 8 do 22.
Nie omieszkałem
więc wejść do jednego z nich. Od razu zauważyłem na półce
tutejszy smakołyk. Blodpuding, czyli puding(?) galaretka(?) z krwi.
Je się to z konfiturą na przykład.
Krwawy puding to
jednak nic przy innym szwedzkim specjale. Kiszonych śledziach. To ni
mniej ni więcej, jak zgniłe śledzie zamknięte w puszce. Wyjątkowa
ohyda.
Te puszki są tak
nagazowane, że potrafią wybuchać, dlatego nie ma mowy aby
wpuszczono kogoś z tym specjałem do samolotu. Szwedzi podobno
otwierają taką puszkę w ogródku, w wykopanym wcześniej dołku.
Po przebiciu puszki tryska z niej wyjątkowo cuchnąca ciecz, którą
należy odcedzić. Jeśli zrobimy to w domu, to smród pozostanie w
nim na lata. Ponoć wielu Szwedów ma w trakcie otwierania tych
puszek odruch wymiotny. Mimo to uwielbiają zgniłe śledzie i
zajadają je z chrupkim pieczywem.
Przysmak ten
wymyślono, kiedy dawno temu sprzedawano Finom solone śledzie.
Szwecja była w tamtych czasach ubogim krajem, więc ktoś postanowił
zaoszczędzić na drogiej soli i wysłać Finom trochę mniej solone
śledzie niż zazwyczaj. Te, jak się okazało, nie przetrwały
transportu i zgniły. Beczki wróciły do Szwecji. Tam natomiast nie
chcąc zmarnować takiej ilości towaru zjedzono go w takim stanie w
jakim był. W ten oto sposób powstał narodowy przysmak. Smacznego.
niedziela, 18 grudnia 2016
Zorza polarna
Jak to z nią bywa pojawiła się nagle
wczoraj wieczorem i równie nagle zniknęła. Zrobiła mniej więcej
piętnastominutowy pokazik i nie zdążyłem nawet ustawić statywu z
aparatem. W każdym razie była, pokazała się i mam nadzieję na
znacznie więcej.
Wczoraj też eksplorowałem dalej teren
wokół domu. Na mapie znalazłem szlak prowadzący do Jokkmokk i
Kabdalis. Ruszyłem nim szczęśliwy, że nie wszystkie drogi
prowadzą przez tamę na rzece Lulealven, dokąd dotarłem
przedwczoraj. Do zapory prowadzi dość karkołomna trasa. Wijąca
się w górach w zasadzie ścieżka szerokości sań. Jest na niej
mnóstwo podjazdów i co oczywiste także zjazdów. Te są wyjątkowo
ekscytujące. Duża stromizna to duża prędkość zaprzęgu nawet
pomimo hamowania. Przy tych prędkościach przelatuje się między
drzewami dosłownie na milimetry. Trzeba być bardzo skupionym, aby
nie doszło do wypadku.
Na koniec, ostatni kilometr do zapory
wiedzie zalodzoną asfaltową drogą. Mocno w dół. Idzie ona także
po samej zaporze, na drugą stronę rzeki. Na szosie jest bardzo
ślisko, a hamowanie mało skuteczne. To taki zjazd, który po prostu
trzeba przetrwać.
Kiedy natomiast zbliżyłem się do
zapory, mym oczom ukazał się widok wprost imponujący. Zapora jest
ogromna. Wznosi się dobre pięćdziesiąt metrów nad lustro rzeki po drugiej stronie rzeki. Do tego
otaczają ją góry. Pięknie i groźnie jednocześnie.
Wczoraj, po
przeżyciach około zaporowych, chciałem trasy łatwiejszej, na której
nie będę musiał się tak mocno skupiać, a Erene łatwo poradzi
sobie z zaprzęgiem.
Właśnie taką
trasą okazał się szlak do Jokkmokk, którym wyruszyliśmy wczoraj.
Do Jokkmokk mam
czterdzieści sześć kilometrów, więc szlak zapowiadał się
doskonale. Zapowiadał, bowiem po mniej więcej półtora kilometra od
domu skończył się na jakiejś asfaltówce.
Rozglądałem się
wokół szukając znaczników, pojechałem po śladach jakiegoś skutera, nic.
Szlaku dalej nie ma. Najprawdopodobniej nie ma go jeszcze. Jest
początek zimy, turyści jeszcze nie dotarli, więc nie ma dla kogo
go utrzymywać w przejezdnym stanie.
W tej sytuacji
wybrałem jazdę szosą. Najpierw po lodzie, a po kilku kilometrach
skręciłem w inną, mniej uczęszczana szosę, którą przykrywał
przyjemny śnieg. Psom biegło się doskonale, ja moglem odpocząć od
trudności technicznych, a Erene bezstresowo rozkoszować się jazdą
zaprzęgiem.
Przez dwadzieścia
kilometrów spędzonych na szosie, minął nas jeden samochód.
Poczułem się jak
maszerzy z Alaski, którzy do treningów wykorzystują Denali
Highway, na której mijają się z tirami, z rzadka oczywiście.
Wystarczy, że na takiej drodze zaprzęg trzyma się prawej strony i
można śmigać. Kierowcy tutaj są bardzo ostrożni zbliżając się do
psów.
Dzisiaj dzień odpoczynkowy, wizyta w sennym Jokkmokk, a jutro wracamy do zaprzęgowego młyna. Przed świętami pierwsza próba z dużo dłuższym dystansem niż dotychczas, czyli ponad 50 km. W święta atak na 100. Pierwszy wyścig coraz bliżej.
sobota, 17 grudnia 2016
Vuollerim - 17 grudnia 2016
Zorza się nie pokazała. Usłyszałem,
że jest za ciepło. A jest -15. Może coś w tym jest, a może to
wina księżyca, który świeci jak opętany ostatnio. W każdym
razie czekam dalej cierpliwie.
Wieczorem dotarło nareszcie mięso dla
psów. 525 kilogramów mieszanki łososia z kurczakiem i wołowiną.
Psy szczęśliwe, ja również. Nic tak nie poprawia morale zespołu
jak pełne brzuchy.
Wciąż nie mam internetu. Te posty
zamieszczam dzięki uprzejmości dobrych ludzi. Pojawiła się jednak
pewna szansa, że jednak podłączę się do sieci. Najwcześniej
jednak dopiero na koniec przyszłego tygodnia.
Jest tutaj ze mną od dwóch dni
pierwsza uczestniczka Husky Safari. To Erene z Wielkiej Brytanii. Jak
zwykle mam spore kłopoty ze zrozumieniem angielskiego u Anglika.
Rozumiem co po angielsku mówią Niemcy, Szwedzi, Finowie i inni,
natomiast nie rozumiem Anglików. Masakra. Jakoś sobie jednak
radzimy. Wczoraj Erene była pierwszy raz zaprzęgiem w terenie.
Dzisiaj drugi raz. Zobaczymy jak poradzi sobie z psami i trudnościami
trasy, choć dzisiaj spróbujemy poszukać jakiejś mniej
ekscytującej.
Początek w Vuollerim
Dojechałem, to pierwsza informacja.
Długa droga za mną i muszę napisać, że samotna jazda przez
niemal 2300 km, to żadna frajda. Na pamięć znam teksty wszystkich
piosenek które, miałem w odtwarzaczu i wszystkie audiobooki. Tak
to jest, kiedy nie ma do kogo otworzyć ust. Zwłaszcza nie jest to
proste dla takiego gaduły jak ja :)
W każdym razie jestem. Dotarłem tutaj
wczoraj około godziny 4 nad ranem. Końcówka podróży była
straszna. Piekielnie straszna. Co kilka kilometrów musiałem się
zatrzymywać i wychodzić z samochodu na mróz. Inaczej zasnąłbym
za kierownicą. Pchała mnie do przodu jedynie świadomość, że to
ostatnie 80 km i położę się do łóżka w ciepłym domu. Choć
tak naprawdę, to jechałem jedynie dlatego, że wyjechali mi na
przeciw moi przyjaciele. Ania, Mikołaj i Kuba. Skoro postanowili
poprowadzić mnie na ostatnim odcinku, to nie byłoby w porządku
powiedzieć im nagle, że staję i śpię w samochodzie. Musiałem
dojechać do domu.
Poranek był straszny. Przed pójściem
spać musiałem oczywiście zająć się jeszcze psami, wypuścić je
z przyczepy, napoić, dać coś do jedzenia. Do tego zabrałem z
samochodu wszystko to co mogło w nim zamarznąć. Soki, mokre
jedzenie, warzywa, komputer, aparat foto i kamerę.
Spać położyłem się około piątej,
a budzik dzwonił o ósmej trzydzieści. Słysząc go nie mogłem
zrozumieć o co mu chodzi, ani gdzie ja właściwie jestem.
Dzisiaj jest już dużo lepiej. Jedna
przespana normalnie noc poprawiła zdecydowanie mój stan.
No dobrze, teraz o Vuollerim i północy
Szwecji w ogóle.
Jest ciemno, to po pierwsze. Noc
polarna jest w rozkwicie. Co prawda robi się widno tak mniej więcej
około dziewiątej, ale już po trzynastej powoli zaczyna zapadać
zmrok. Przez te cztery godziny jest na tyle jasno, że można
swobodnie robić coś na zewnątrz, natomiast w domach ludzie i tak
palą światła. Nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe, mam tylko
wrażenie, że od czternastej jest już noc. Czekałem na mięso dla
psów, które obiecali dowieść mi dziś wieczorem. Słyszę to i
myślę sobie, jak to wieczorem, jak już jest wieczór i to raczej
późny, po czym zerkam na zegarek, a ten pokazuje dopiero piętnastą,
a tu mrok jak o drugiej w nocy. No cóż trzeba się do tego
przyzwyczaić. Tu i tak nie jest tak źle. Jeszcze ciemniej jest teraz
dalej na północy. Choćby w Inari, czy Alcie.
Ciemność to jedno, ale opowiem wam
teraz trochę o jeżdżeniu samochodem tutaj. Otóż drogi są
kompletnie zalodzone. Asfaltu nie widać spod lodu zupełnie. Wygląda
to na jakiś koszmar. Jak po tym jeździć? Zwłaszcza, że tutaj są
góry. Jest na to jednak sposób. Opony z kolcami. Te kolce to takie
niewielkie stalowe wypustki, ledwo wystające ponad bieżnik opony.
One jednak wystarczają w zupełności, aby zapewnić samochodom
przyczepność. Dzięki nim ludzie jeżdżą tutaj jak po asfalcie.
Szwedzi i inni mieszkańcy północy pędzą po tych lodowiskach z
prędkością ponad stu kilometrów na godzinę, za nic mając
zakręty i strome zjazdy. Kolce tak świetnie trzymają, że jest to
możliwe.
Kiedyś myślałem, że nigdy nie będę
w stanie po lodach jeździć tak szybko jak oni, a tymczasem już w
Finlandii gnałem z przyczepą dziewięćdziesiąt kilometrów na
godzinę, co wcześniej wydawało mi się czystym szaleństwem. Jest
bowiem coś irracjonalnego w jeździe samochodem z takimi
prędkościami, po ciemku, drogą, którą niemal nie daje się iść
pieszo, gdyż jest tak okropnie ślisko.
Teraz parę słów o dzikich
zwierzętach. Laponia to oczywiście renifery. Widziałem dzisiaj
mnóstwo ich śladów na śniegu, ale żadnego z nich osobiście.
Gdzieś się kręcą, nawet jeden musiał być dzisiaj blisko mojego
domu, ale widziałem tylko ślady. Renifery to oczywistość.
Spotkania z nimi są bezpieczne, choć oczywiście nie zawsze. One
też nie lubią kiedy ktoś jest nachalny i kręci się blisko nich.
Wtedy najczęściej po prostu uciekają. Jest jednak zwierzę tutaj,
które raczej nie będzie uciekać. To łoś. Jednego z nich
spotkaliśmy wczoraj w nocy na trasie. Stanął na środku jezdni i
patrzył na samochód. W takiej sytuacji nie wolno go poganiać, ani
straszyć. Na łosia to nie podziała. Wręcz przeciwnie. Wszyscy
opowiadają tutaj historię jak to pewien kierowca zaczął na tego
zwierza trąbić. Łoś potraktował to jako agresję do jego własnej
osoby i agresją postanowił odpowiedzieć. Facet uciekał na
wstecznym biegu, a łoś demolował mu samochód. Rozbił przednią
szybę, zniszczył maskę, a w końcu uszkodził i silnik. Nie wolno
poganiać łosi. Jedyny bezpieczny sposób to stać spokojnie i
łaskawie czekać aż on sobie pójdzie. Pod żadnym też pozorem nie
wolno wychodzić z samochodu.
Ciekawe jak wyglądają tu spotkania z
łosiami podczas jazdy psim zaprzęgiem? Czy obecność psów
przegoni łosia, czy też może właśnie sprowokuje go do ataku? Mam
nadzieję, że nigdy tego nie sprawdzę.
Jest tu jeszcze jedno duże zwierzę,
ono jednak teraz śpi pogrążone w zimowym śnie. To niedźwiedź.
Jest podobno ich tu sporo i nierzadko zaglądają do wiosek. Zwłaszcza
wiosną kiedy budzą się głodne i chude i wyruszają na poszukiwanie
żywności. Niedźwiedzie będą jednak spały jeszcze do kwietnia.
Napiszę też, że Vuollerim to bardzo
urokliwe miejsce. Wszyscy mieszkają w tradycyjnych skandynawskich,
drewnianych domach. Większość z nich ma bordowy, albo żółty
kolor. Mój jest żółty. Jest tutaj szkoła, biblioteka, sklep,
stacja benzynowa i dom kultury. Jest hotel i czynny tylko latem
camping. Cisza i spokój. Ludzie żyją w swoim spokojnym rytmie.
Miasteczko sprawia wrażenie dość sennego, pewnie dlatego, że ludzie
tu tylko mieszkają, a większość z nich dojeżdża gdzieś do pracy.
Choćby do odległego o czterdzieści kilometrów Jokkmokk.
No dobrze, to byłoby na tyle jeśli
chodzi o moje pierwsze wrażenia. Jestem, jakby nie patrzeć, na
końcu cywilizowanego świata. Tutaj bezkresna natura przenika się z
cywilizacją na każdym kroku. Ma się wrażenie bycia na granicy.
Zasięg telefonów, samochody, telewizory, a tymczasem kilkaset, a
może nawet kilkadziesiąt metrów obok panuje już natura i jej
ogrom. Dziś pojechałem zaprzęgiem w teren po raz pierwszy. Szlak
najpierw prowadził niemal obok domów, a za moment, dosłownie za
zakrętem, zaczął się dziki bór. Gęsty las, zwalone stare
drzewa, potoki, mnóstwo śladów zwierząt i śnieg. Dużo śniegu.
Im bardziej jechałem przed siebie tym bardziej oddalałem się od
cywilizacji. Psy biegły przed siebie jak oszalałe, szybko
oddalając nas od Vuollerim, od ludzi i ich świata. Pierwszy bieg w
nowym miejscu zawsze jest szalony. Psy wyspane w podróży roznosi
dosłownie energia. Chcą działać, biegać, i kiedy już mogą,
robią to z dziką pasją. Zazwyczaj zapominają przy tym o niemal
wszystkich zasadach, Robią się głuche na moje komendy i prośby o
odrobinę choćby spokoju, tak mi przecież potrzebnego kiedy
rozpoznaję dopiero teren. Nic z tego. Psy robią to po swojemu.
Jutro na szczęście powinno być już
spokojniej. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Pierwszy kontakt z terenem pokazał mi
też jego trudności. To nie jest płaska powierzchnia wielkiego
zamarzniętego jeziora. To góry z krętymi ścieżkami, podbiegami i
szalonymi zjazdami. Będzie niełatwo, ale przecież właśnie takich
trudności szukałem. Im ciężej będzie na treningu tym mniej nas
zaskoczy na trasach wyścigów.
Pozdrawiam z zimowego na maksa
Vuollerim. Dzisiaj -15 i niemal czyste niebo w tej chwili, więc może
pokaże się zorza.
środa, 7 grudnia 2016
Sezon 2017
Dystans dość spory jak na początek sezonu, bo nie wszędzie były dobre warunki do treningu. W Polsce jak zwykle, raz cieplej, raz zimniej, często z deszczem. Nie ma co do tego wracać. W naszym kraju zawsze tak wygląda jesienno-zimowa pogoda. To dlatego przecież wyjeżdżamy na treningi do Szwecji.
Różowo także jednak nie było z warunkami i w samej Norwegii. Wiem od znajomego z Tromso, że też przeczekiwał okresy niepogody. Najgorsze były deszcze i przychodzący po nich mróz, który zamieniał teren w lodowisko. Teraz im się tam poprawiło, bo wreszcie spadł śnieg.
Co innego w Szwecji. W okolicach Jokkmokk, czyli tam, gdzie znajdziemy się już za kilka dni, warunki wymarzone. Jest mnóstwo śniegu i spory mróz, sięgający -20 stopni. To tylko potwierdza sens wyboru tego miejsca na nasze przygotowania.
Sezon 2017 będzie naszym najdłuższym i najtrudniejszym sezonem w całej naszej, trwającej już siedemnaście lat, zaprzęgowej karierze. Mamy nadzieje też, iż będzie to sezon szczęśliwy, obfitujący w pozytywne wibracje i dający mnóstwo satysfakcji nam i naszym przyjaciołom, którzy są z nami, wspierają nas i życzą nam jak najlepiej.
Zostało nam jeszcze do załatwienia kilka spraw, kilka napraw w domu, pakowanie... i w sobotę ruszamy. Jeszcze o tym napiszemy.
etykiety
Beasakadas 300,
Femundlopet,
Finnmarkslopet,
Laponia,
mushing,
Norwegia,
psie zaprzęgi,
sport,
syberiada na co dzień,
Szwecja,
treningi,
Trylogia Norweska,
wyścig
Subskrybuj:
Posty (Atom)


