wtorek, 9 lutego 2016

Praca u podstaw



Długie dystanse w psich zaprzęgach to nie żarty. Ogromny dystans, trudności trasy, nieułatwiająca sprawy pogoda. Wszystko to sprawia, że pokonanie kilkuset kilometrowej trasy to duże wyzwanie. To po prostu wyczyn.
Skoro wyczyn, to także wyczynowy musi być trening przed startem w takim wyścigu. Nie chodzi tutaj o drakońskie metody treningowe, tylko o podejście do treningu. O dokładne planowanie. Maszer musi znać możliwości swojego zaprzęgu. Rozumieć co jest jego siłą, a co słabością. I pracować w odpowiedni sposób na tymi cechami.
Praca u podstaw. Tylko w ten sposób możemy cokolwiek osiągnąć.
Człowiek musi przejść cały program treningowy i taki sam muszą przejść zwierzęta. Psy to nie maszynki do biegania, w które wystarczy wlać paliwo i pójdą zdobywać laury. Sport wymaga ciężkiej pracy, ba harówy wręcz. Kto tego nie rozumie, ten nie ma szans już na starcie.

Piszemy to w kontekście tego co obecnie dzieje się na trasach wyścigów. Dzisiaj kończy się już Femundlopet w Norwegii, a na Alasce w najlepsze rozkręca się sportowa walka na Yukon Quest.
Norweski wyścig ma dwa dystanse. 400 i 600 kilometrów. Na obydwa należy się wcześniej zakwalifikować. Przed startem na 400 kilometrów zawodnik musi ukończyć jeden z wyścigów z listy znajdującej się na stronie femundlopet.no. To wyścigi do 200 kilometrów z jednym punktem kontrolnym. Wyjątkiem jest tutaj czeski Sedivackuv Long i francuska La Grande Odyssee, które są wyścigami etapowymi.

Właśnie - etapowe. Co to oznacza? Wyścig etapowy to jest taki, którego trasa podzielona została na etapy. Każdy z nich ma swój start i swoją metę. Ma też określony dystans. O konkretnej godzinie zawodnicy startują do etapu i kończą go na mecie. Każdy ma ten sam dystans do pokonania. Po etapie następuje najczęściej przerwa. Psy śpią do następnego etapu, zazwyczaj do następnego dnia w przyczepach, ludzie w hotelu, czy czymś podobnym. Potem startują wszyscy w kolejnym etapie. I tak aż do końca wyścigu.

Wyścigi bezetapowe to coś zupełnie innego. Tutaj mamy start i metę całego wyścigu. Zawodnicy startują i jadą do mety non stop. To znaczy zatrzymując się tylko dla dania odpoczynku psom. Po drodze muszą przejechać przez punkty kontrolne na trasie. Ominięcie któregokolwiek z nich oznacza automatyczną dyskwalifikację. Chyba, że zaprzęg zawróci do miejsca, w którym zboczył z trasy i stamtąd będzie kontynuował bieg.
Często myli się punkty kontrolne z etapami. Owszem, zazwyczaj zaprzęgi na punktach kontrolnych biorą odpoczynek, jest to z wielu względów sensowne, ale nie konieczne. Na wyścigu bezetapowym zespół przebywa cały czas na trasie. Żeby odpocząć biwakuje się na trasie, na niej też karmi się psy. Ponadto nikt z zewnątrz nie może pomagać maszerowi w opiece nad psami. Każdy zajmuje się sam swoim zaprzęgiem.
Jeśli jakiś pies zachoruje, złapie kontuzję, czy osłabnie to zostawia się go na punkcie kontrolnym pod opieką ekipy maszera.
Piszemy o tym, bo często pojawiają się wpisy w internecie, że jakiś maszer wyruszył do kolejnego etapu Femundlopet. Nie wyruszył, bo tam nie ma etapów.

Wiemy już jak zakwalifikować się do 400 kilometrowego Femundlopet. Natomiast żeby stanąć na starcie 600 km, trzeba ukończyć dużo dłuższy wyścig. Z europejskich tylko Femundlopet 400 i Finnmarkslopet 500 oraz 1000 dają taką kwalifikację. Ma to swój wielki sens. Startowanie zaprzęgiem nieprzygotowanym do trudów tak długiej trasy to igranie z losem. Dlatego zawodnik musi wcześniej udowodnić, że da sobie radę. Udowodnić poprzez ukończenie krótszego dystansu. Taki jest sens kwalifikacji.
Opieka nad ósemką, czy dwunastką psów na trasie to nie łatwe zadanie. Wymaga ono dużego doświadczenia i wiedzy. Trzeba wiedzieć, gdzie zrobić postój i jak długi. Skąd wiedzieć? To wyniesiemy tylko z długich treningów. To w ich trakcie poznajemy potrzeby i możliwości swoich psów.
Na Femundlopet są postoje obowiązkowe. Dla czterysetki to cztery godziny w Tufsingdalen, pierwszym punkcie trasy oraz osiem godzin w Tolga, ostatnim punkcie kontrolnym przed metą.
Na sześćsetce obowiązkowych odpoczynków jest więcej. Cztery godziny w Tufsingdalen, osiem w dowolnym punkcie i osiem w Tolga.
Oprócz tego każdy zawodnik może odpoczywać ile chce i gdzie chce. W granicach rozsądku oczywiście. Pamiętać przecież trzeba, że samo przebywanie na trasie, pod gołym niebem też jest wyczerpujące.

Psy śpią na słomie rozłożonej na śniegu. Zapewnia ona dobrą izolację od zimna. Ponadto często ubiera się psiakom kurtki. Na koniec przykrywa się psy kocami. Chodzi o to, aby jak najlepiej odizolować je od warunków atmosferycznych i dać możliwie dużo ciepła niezbędnego do prawidłowej regeneracji organizmów i spokojnego snu. Grube, wełniane koce chronią zarówno przed wiatrem jak i wilgocią. Na dodatek są na tyle ciężkie, że nie poderwie ich wiatr i nie zrzuci z psów. Zresztą maszer musi pilnować w trakcie odpoczynków, aby wszystkie psy były przykryte.

Kwalifikacje, start w wyścigu, taktyka, to wszystko nie skończy się dobrze, jeśli nie przygotujemy zaprzęgu odpowiednio do tego za co się zabieramy. Pisząc zaprzęgu mamy na myśli także ludzi, bo oni są przecież częścią zespołu zwanego zaprzęgiem. Psy, maszer i pomocnicy. Wszyscy muszą być przygotowani do swoich zadań. Człowiek powinien być wybiegany i sprawny fizycznie. Odporny na działanie w stresie i w ciągłym fizycznym i psychicznym zmęczeniu. Na dodatek przy dużym niedostatku snu. Tak samo psy. Choć one mają dużo większe możliwości spania na trasie. Odpoczynki przesypiają niemal w stu procentach.
Pomocnik natomiast musi doskonale znać regulamin wyścigu, aby nie zrobić czegoś, co może narazić zespół na karę. Pomocnik doskonale musi wiedzieć w czym maszerowi może pomóc, a od czego ma trzymać się z daleka. Konieczna też w jego przypadku jest umiejętność jazdy samochodem w zimowych i górskich na dodatek warunkach.

Wszystko to trzeba wytrenować. Zaprzęg, przed wyścigiem takim jak Femundlopet 400 musi pokonać w trakcie treningów dwa i pół, trzy tysiące kilometrów. W przypadku sześćsetki jeszcze więcej.Tego nie da się pominąć. Bez takiego treningu nie mamy czego szukać na wyścigu. No chyba, że lubimy wlec się za wszystkimi na szarym końcu i wycofać ostatecznie po wielu kilometrach walki o przetrwanie.

O ten, odpowiedni trening, nie jest łatwo w Polsce. Nasze zimy są ostatnio fatalnie ciepłe, co blokuje możliwość sensownego treningu. Dlatego trzeba tak wszystko planować, aby przynajmniej dwa miesiące spedzać na treningach na północy. Tak jak robi się to we wszystkich sportach zimowych. Biegach, biatlonie, czy narciarstwie zjazdowym. Trzeba się z tym pogodzić.

Kiedy natomiast wszystko dopniemy jak trzeba, przepracujemy treningowo czas przed wyścigiem, to efekty mogą być genialne. W tym momencie dojeżdżają do mety sześćsetki Femundlopet ostatni zawodnicy. Zwycięzca Petter Jahnsen spędził na trasie zaledwie 69 godzin. 42 godziny i 5 minut jego zaprzęg biegł, a 26 godzin i 55 minut odpoczywał. Drugi Ralph Johannessen pokonał trasę w czasie 69 godzin i 22 minut, trzeci Ronny Frydenlund 69 godzin i 26 minut.

Zwycięzca czterysetki potrzebował na to 39 godzin i 28 minut. Został nim Lasse Austgarden. 25 godzin i 58 minut zajął mu bieg na trasie. Odpoczywał natomiast 13 godzin i 31 minut.
Drugi zaprzęg Niklasa Rogne stracił do niego zaledwie minutę. Minutę po 400 kilometrach!
Trzeci Robin Johansen dotarł do mety 29 minut po zwycięzcy.

Takiego poziomu nie uzyska jednak nikt bez ciężkiej pracy. Naukowo udowodniono, żeby osiągnąć mistrzostwo w czymkolwiek należy temu poświęcić minimum 10 tysięcy godzin. Bez tego nie mamy szans.
Pamiętajmy zatem, że u podstaw wszystkiego jest praca, praca i jeszcze raz praca. Do tego wiara we własne możliwości, wytrwałość, motywacja i wiele jeszcze innych czynników.
Potem natomiast czeka nas świętowanie sukcesów :) I tego się trzymajmy.


piątek, 5 lutego 2016

Tymczasem na Alasce

W norweskim Roros trwa już na dobre startowa gorączka. O jedenastej pierwszy zaprzęg wyruszy na trasę, a już jutro rozpoczyna się pierwszy z alaskańskich gigantów Yukon Quest. 1000 milowy, jeden z dwóch tak długich wyścigów na świecie.

Dwadzieścia trzy zespoły, dwudziestu trzech maszerów i 322 psy staną w sobotę, szóstego lutego na starcie tego wyścigu. Wśród zawodników jest trzynastu Amerykanów, trzech Kanadyjczyków, Belg, Brytyjczyk, Francuz, Szwed, dwóch Norwegów i Japonka. Dziewiętnastu mężczyzn i cztery kobiety.

Wyścig odbędzie się po raz trzydziesty trzeci. Ta historia rozpoczęła się w 1983 roku, ale jego korzenie sięgają wprost do czasów gorączki złota. Dziś trasa wyścigu przebiega po starych traperskich szlakach zakładanych ponad sto lat temu.
Start nastąpi w Fairbanks na Alasce, a zaprzęgi muszą dotrzeć do mety zlokalizowanej w Whitehorse w Terytorium Jukonu.
Wcześniej jednak wszystkie zespoły będą musiały zatrzymać się w Dawson City, mniej więcej w połowie trasy, na obowiązkowy trzydziestosześcio godzinny odpoczynek.
Najlepszy zaprzęgom pokonanie tej trasy zajmie najpewniej około dziewięciu dni. O ile pozwoli na to pogoda i warunki na trasie. Te dwa czynniki są najistotniejsze na tak wielkich dystansach.

W historii tego wyścigu znajdujemy także polski akcent. W 2004 roku ukończyła go Polka mieszkająca w Kanadzie, Agata Franczak. Zajęła wówczas siedemnaste miejsce, na dwadzieścia finiszujących zaprzęgów. Na trasie spędziła trzynaście dni, trzynaście godzin i trzydzieści dwie minuty.
Jak dotąd żadnemu Polakowi nie udało się powtórzyć wyczynu pani Agaty. Ba, żaden Polak nawet tego nie próbował.  

czwartek, 4 lutego 2016

Femundlopet 2016

Jutro w Roros, w środkowej Norwegii, startuje pierwszy z najdłuższych europejskich wyścigów psich zaprzęgów - Femundlopet.
Wyścig odbywa się na dwóch dystansach, 400 i 600 kilometrów. Na starcie krótszej trasy pojawi się 85 zaprzęgów, a na 600 km 41. Wystartują także juniorzy, którzy do pokonania będą mieć 200 km. Juniorów jest trzynastu.

W tym roku ten wyścig jest nieco słabiej obsadzony, bo w przeszłości zdarzało się, że na jego starcie pojawiało się nawet około dwustu zaprzęgów we wszystkich kategoriach łącznie. Być może wpływ na to ma kiepska zima w Europie i brak dobrych warunków do przygotowań, a może spowodowane to jest po części absencją kilku norweskich gwiazd, które trenują już na Alasce przed startami w Yukon Quest, czy Iditarod. Pewnie to wszystko złożyło się na słabszą obsadę w tym roku.

Wyjątkowo, bo po raz pierwszy, mamy też na liście startowej dwóch Polaków. Karol Henke na 400 km i Dariusz Morsztyn na 600. Dla tego pierwszego to debiut w długim dystansie, a dla drugiego to kolejna próba na największych wyścigach. Morsztyn pragnie ukończyć 600 kilometrową trasę, aby otrzymać prawo do startu w tysiąc kilometrowym Finnmarkslopet, który rusza za miesiąc. Czy to mu się uda? Czas pokaże. Nie wiemy w jakiej dyspozycji są polskie zespoły, sami ich członkowie na ten temat niewiele mówią, czy piszą, ale to ich prawo. Nie wspominają także o tym, że tegoroczny Femundlopet to Mistrzostwa Europy na długim dystansie. Dlaczego Polacy milczą na ten temat? Nie rozumiemy.

Femundlopet miał już kilka lat temu rangę Mistrzostw Świata, teraz ma Mistrzostw Europy. To zawsze podnosi prestiż imprezy. Co do mistrzostw świata, to sens ich rozgrywania jest dla nas mało czytelny, bo w końcu wielu świetnych maszerów jest zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie oceanu i nigdy nie ma możliwości aby oni wszyscy pojawili się na jednej imprezie, natomiast sens mistrzostw Europy jest ewidentny. Nie ma problemu, aby najlepsi spotkali się na wyścigu w Norwegii.

Jutro o godzinie jedenastej pierwsze zaprzęgi ruszą na trasy. Najpierw zawodnicy sześćsetki, po nich juniorzy, a po przerwie o godzinie piętnastej klasa duo, której nie rozgryźliśmy jeszcze do końca i o godzinie dziewiętnastej czterysetka.

Życzymy wszystkim powodzenia i bezpiecznego dotarcia do mety. Postaramy się na bieżąco komentować to co będzie się działo w norweskim Roros.

wtorek, 2 lutego 2016

Ostatnia prosta

To w jaki sposób przebiegają prace nad wydaniem mojej książki, samo w sobie robi się tematem na książkę. Dopiero teraz dotarło do mnie na co się porwałem.

Dwa tygodnie temu dostałem gotowy już tekst, złożone zdjęcia, okładkę.  I wtedy Daria zaczęła wszystko to jeszcze raz przeglądać. I znalazła błędy. Zaczęliśmy je poprawiać. Dwa dni siedzieliśmy nad tym, aż zdecydowaliśmy się drugi raz wysłać książkę do korekty. Tak się zresztą postępuje z wszelkimi poważnymi publikacjami. Korektę powinno robić kilku korektorów, jeden po drugim. Dwóch to minimum. Muszę przyznać, że wcześniej niezbyt doceniałem jej rolę, ale życie to zweryfikowało. 

Nie mogliśmy puścić do druku, a potem do czytelników czegoś, co zawiera błędy. Stąd to opóźnienie, bo przecież obiecywałem, że książka wyjdzie w połowie stycznia.
Rozmawiałem wczoraj z korektorem i powiedział mi, że dzisiaj tekst będzie gotowy. Oby.
Nie zdawałem sobie sprawy ile to musi trwać. A musi, jeśli ma być dobrze zrobione.


Mamy nadzieje, że dzięki temu "23 kilometr" będzie się dobrze czytało i zostawi ta książka dobre wrażenie po sobie.


niedziela, 17 stycznia 2016

Agropasja - psie zaprzęgi

Dzisiaj w Polsacie News można było obejrzeć program o psich zaprzęgach z naszym udziałem. Akurat prowadziliśmy kurs maszerski w Myślęcinku, gdy dopadła nas ekipa Polsatu.
Bardzo fajnie to skręcili i powiedzieli parę ważnych słów na koniec.
Tutaj możecie obejrzeć ten program.

Mission impossible



Trzeba wszystko zmienić. Zmienić podejście do przygotowań, do treningu. Trzeba skończyć z wszelką wiarą, że uda się przygotować do wielkich wyścigów w Polsce, w naszym klimacie. Nie uda się! Nie ma takich możliwości, a nawet jeśliby się pojawiły to będzie to zupełnie nie do przewidzenia i zaplanowania.

Nigdy u nas nie było prosto z warunkami pogodowymi, ale to co dzieje się z klimatem w ostatnich dwóch, trzech sezonach to już klęska. Żaden plan treningowy nie miał szans pełnej realizacji. Treningi odbywają się od strzału do strzału. Nie ma warunków, to zmieniamy plany, albo nawet wstrzymujemy bieganie. Warunki się pojawiają, to ruszamy "z kopyta". Tylko, że "z kopyta" się właśnie nie da. Pies i człowiek potrzebuje racjonalnego treningu, nie szaleństwa. Musi być w treningu zarezerwowane masę miejsca na wypoczynek, na regenerację. Bez tego zniszczymy i psie i ludzkie organizmy. To droga jedynie do kontuzji, a nie dobrego sportowego wyniku.

Długodystansowy mushing to poważna sprawa. Z tej powagi trzeba zdawać sobie sprawę. Odpowiadamy za psy, za siebie, za swoją rodzinę wreszcie, bo jeśli narobimy głupot, to cała nasza rodzina ponosić będzie tego koszty. Dlatego trzeba zdawać sobie sprawę z jakimi zagrożeniami mamy do czynienia w długodystansowym mushingu.

Każdy start w takim wyścigu to bardzo wyczynowa historia. Możemy nie mieć sportowych ambicji, możemy nie pragnąć zajęcia dobrego miejsca na zawodach, ale i tak pokonanie 500, czy 1000 kilometrowej trasy to wielki wyczyn. I dla psów i dla maszera oraz całej ekipy. Tu nie ma żartów. Aby móc w ogóle pokonać taki dystans trzeba wykonać bardzo dużo pracy treningowej. Trzeba przygotować psy i siebie najlepiej jak tylko to jest możliwe, aby wszyscy dali radę pokonać ogromny dystans bez kłopotów, bez walki o przetrwanie odbywanej na granicy psich i ludzkich możliwości. Dlatego te granice należy poprzesuwać maksymalnie daleko. Właśnie poprzez odpowiedni trening.
U nas jednak możliwości do takiego treningu nie ma. Albo jest za ciepło, albo bardzo mroźno bez śniegu. Śnieg jest niezbędny przy mrozie, aby psy mogły bezpiecznie trenować. Śnieg spełnia funkcję amortyzatora dla psich łap. Kiedy go nie ma, a psy muszą biegać po zamarzniętej, twardej jak beton ziemi, to za chwilę pojawią się kontuzje. Obolałe łapy, wybite palce i nadwyrężone nadgarstki. Aby do tego nie dopuścić trzeba robić mniej kilometrów, wydłużać przerwy pomiędzy nimi. W efekcie nie wchodzić na sportowy poziom, który zamierzaliśmy osiągnąć.
Kiedy jednak spadnie śnieg, a zaraz potem przyjdzie odwilż, co jest już normą, to zaprzęg biega po lodowisku. To znaczy nie biega, bo znów przerywamy treningi.

Koniec końców zamiast przebiec w sezonie 3-4 tysiące kilometrów przygotowując się do 500 kilometrowego dystansu, robimy ledwie 2 tysiące. A to grubo za mało. Taki dystans pozwala, przy ogromnej dozie szczęścia, co najwyżej dojechać do mety pięćsetki. Przy ogromnej dozie szczęścia, powtarzam, i wyjątkowemu zbiegowi szczęśliwych okoliczności.
Jak dla naszego zespołu to dużo za mało. Skoro mushingowi poświęciliśmy całe życie, skoro nasze psy to jedni z najlepszych biegaczy, to nie widzimy najmniejszego powodu, aby poprzestać na samym uczestnictwie w wielkich wyścigach. Nas interesuje wynik sportowy. Chcemy móc mieć możliwość wygrywania takich zawodów, czy przynajmniej należeć do ich czołówki. W końcu po to uprawia się sport. Każdy kto trenuje wyczynowo chce być w tym najlepszy.
Trenując w Polsce nie mamy na to jednak szans. Dlatego w tym sezonie nie pojawimy się na żadnych zawodach, nie wystartujemy w Finnmarkslopet. W takim sezonie to byłoby niedorzeczne i zwyczajnie ryzykanckie. Psy mogą bezpiecznie i z radością biegać wielkie dystanse jedynie pod warunkiem, że są do tego odpowiednio przygotowane. Jeśli nie mamy możliwości przygotowania zwierząt to nie powinniśmy startować. I to właśnie robimy.

W związku z tym zaczynamy wszystko tak naprawdę od nowa. Musimy stworzyć naszemu kennelowi warunki finansowe do działania. Musimy mieć pieniądze na odpowiednie, profesjonalne przygotowania. Koniec z amatorką, z łataniem budżetu na ostatnią chwilę. Jesień można przetrenować w Polsce. To da się zrobić. Jednak od grudnia trzeba już trenować daleko na północy w idealnych warunkach. Na to trzeba zdobyć pieniądze. Minimum dwa miesiące przygotowań w Skandynawii dadzą szansę na normalny występ w Femundlopet i Finnmarkslopet. Dadzą szansę na konkurowanie z innymi zaprzęgami. I albo nam się to uda, albo nasz kenel pozostanie już tylko Domem Psiego Seniora.

Obecny sezon jednak też planujemy zakończyć mocnym akcentem. Jeśli nie wyścig to zrobimy wyprawę. Do wyprawy nieco łatwiej jest się przygotować, ze względu na czas. To my zadecydujemy kiedy wyruszymy na wyprawę, a nie nieubłagany kalendarz. Dystans pokonywany na niej możemy dostosować do obecnej dyspozycji zaprzęgu, nic nas nie będzie przecież gonić Wyprawę możemy zrobić wtedy, kiedy będziemy do niej gotowi. Musimy tylko wyrobić się z nią do końca marca, kiedy to w Laponii panują jeszcze prawdziwe zimowe warunki. A to daje znacznie więcej czasu na trening. Co to za wyprawa? O tym już za chwilę na wszystkich naszych stronach.

czwartek, 14 stycznia 2016

Ostatnie czytanie



To już ostatni przegląd "23 kilometra", który trzy dni temu trafił do nas złożony i przygotowany do druku. Właśnie ostatni raz czytamy tekst książki i przeglądamy go przed wysłaniem plików do drukarni. Chcemy, aby do rąk czytelników trafiła książka pozbawiona błędów odbierających przyjemność czytania. A skoro my czytamy, to także Wam podsuwamy drobny fragment:

"Byliśmy głodni, a w saniach mieliśmy granulowane mleko i musli, o herbacie i kawie nawet nie wspominając. Jakże cudownie smakuje aromatyczna kawa w tak romantycznej oprawie? Nie mamy pojęcia, bo tego dnia, ani w żadnym następnym nie było nam dane jej skosztować. Na szczęście mieliśmy jeszcze rezerwowy palnik spirytusowy, na którym udało się stopić dostateczną ilość śniegu, aby uzyskać litr wrzątku. Kiedy już szukaliśmy w bagażu pudełka z kawą, a woda w menażce zbliżała się do stanu wrzenia… to zaimprowizowana kuchenka w sobie znany tylko sposób, bez udziału osób trzecich, a nawet drugich, przechyliła się i zakończyła nasze marzenia o aromatycznej kawie. Cały wrzątek wylądował w śniegu wytapiając w nim niezwykle malowniczą dziurę. Nie było rady, musieliśmy zacząć od nowa. Tym razem zredukowaliśmy już jednak nasze potrzeby do mleka i musli. Mniej więcej po upływie pół godziny, nie czekając już na wrzątek, wsypaliśmy mleko do menażki i dodaliśmy do tego musli. Nie było to śniadanie bogów, o nie. Płatki owsiane, kukurydziane, nasiona słonecznika, rodzynki i inne suszone owoce przypominały zdecydowanie drewniane wióry, a nie coś do jedzenia. Nie mieliśmy jednak wyboru, coś musieliśmy zjeść i wypić. Po „śniadaniu” zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w dalszą drogę.(...)"


wtorek, 12 stycznia 2016

M-Force 630 po testach


Czas na podsumowanie testów czołówki firmy Mactronic M-Force 630.
Po pierwsze, co mnie bardzo cieszy, miałem okazję do testowania tej lampki w zakresie temperatur od plus 10 do minus 10. Zwłaszcza ta druga wartość ma dla mnie znaczenie, z wiadomych względów.
Testowałem tego Mactronica długo i niemal codziennie po kilka godzin. Mam ku temu okazję, bowiem przy psach pracujemy z Darią od zawsze przy świetle czołówek. Nie we wszystkie miejsca naszego kennelu dociera światło z lamp, więc czołówki ułatwiają nam życie. Dzięki temu posiadamy naprawdę bogate doświadczenie wyniesione z codziennego użytkowania takich lampek. W domu i w zagrodzie :)

W opisie tych testów nie będę przytaczał wszystkich technicznych szczegółów tej lampki, bo znaleźć je można w specyfikacji, choćby na stronie producenta. Ponadto bardziej istotne dla mnie są aspekty użytkowe oraz to jak faktycznie sprawdza się ta czołówka w terenie.

Co zatem mogę powiedzieć o Mactronicu M-Force 630 po miesięcznym teście?

1. Duża moc, a co za tym idzie możliwość oświetlenia znacznej przestrzeni. Światło skupione, pozwalające wyraźnie zobaczyć odległe przedmioty, zwierzęta czy osoby. Ale jednocześnie, pomimo tego skupionego i wąskiego światła, mamy też szeroką aurę tuż przed sobą. W moim przypadku oznacza to widzenie wszystkich psów w długim zaprzęgu i to ze szczegółami oraz oświetlony wózek, czy sanie i przestrzeń wokół nich. Widać dzięki temu daleko do przodu, a zarazem także to co mam pod nogami, czy kołami wózka. Duży plus za to.

2. Małe rozmiary i niewielka masa, które powodują, że tej czołówki niemal nie czuje się na głowie. Zwłaszcza kiedy założymy ją na czapkę. Ponadto wszystko, czyli dioda, lustro oraz akumulator mieszczą się w jednej, aluminiowej obudowie. Dzięki temu nie mamy żadnych kabelków, które lubią się haczyć o różne rzeczy, a czasem pękać. W M-Force 630 nie mamy takich problemów. To także plus.

3. Łatwe włączanie i wyłączanie. Wszystko obsługuje jeden przycisk, dość wyraźny. Nie miałem specjalnych problemów z uruchomieniem czołówki nawet w grubszych rękawiczkach. Cztery tryby świecenia, pełna moc, średnia i niska oraz strobo. Na każdym z tych poziomów mamy możliwość uruchomienia boosta. Wystarczy przytrzymać włącznik przez chwilę, aby lampka zaświeciła nam mocą 630 lumenów. Maksymalnie zaświeci nam w ten sposób przez minutę, podczas której musimy cały czas przyciskać włącznik. Dobre do krótkiego, mocniejszego podświetlenia czegoś, jeśli zajdzie taka potrzeba.

4. Wytrzymałość. Latarka ta może nam bezkarnie spaść z wysokości dwóch metrów. Nie testowałem, ale właśnie na to wygląda. Obudowa jest bardzo solidna, a lotnicze aluminium wytrzyma nie jedno.

5. Mocowanie. Dobre trzymanie na głowie zapewniają szerokie paski biegnące dookoła głowy i przez jej środek. Nie ma obaw, ze spadnie nam ta lampa z głowy w najróżniejszych okolicznościach.

6. Akumulator. Na początku miałem z nim problem. Cztery godziny świecenia to niezbyt imponujący wynik. Producent podaje większe wartości. Jednak ja testowałem czołówkę w zdecydowanie zimne wieczory i noce. Temperatura sięgała 10 stopni poniżej zera. To zawsze skraca żywotność baterii, czy akumulatorów. Po dłuższym użytkowaniu okazało się jednak, że pojemność akumulatora tej lampki jest zupełnie wystarczająca do trenowania. Nawet pięćdziesięciokilometrowy dystans można spokojnie przelecieć z zaprzęgiem na jednym, naładowanym akumulatorze. Pięćdziesiąt kilometrów zaprzęg pokonuje w czasie miedzy 3, a 4 godziny. A jeszcze zostanie nam trochę światła na inne rzeczy.
Ponadto duża moc potrzebuje dużej dawki energii. Jeśli czołówka pracuje na 500 lumenach to musi ciągnąć sporo prądu z akumulatora. Nie ma innego wyjścia.

7. Dla kogo ta lampka może być warta zakupu? Z całą pewnością dla biegaczy i rowerzystów. Dla, tak jak w moim przypadku, maszerów. Dla wszystkich tych, co poruszają się w terenie po zmroku. Również jej duża moc i małe rozmiary przydać się mogą w rozmaitych pracach wykonywanych w ciemnościach. Szkoda, że nie miałem takiej lampki kiedy pracowałem jako alpinista przemysłowy na rozmaitych kominach, wieżach itp. Zwłaszcza przy takich pracach monterskich byłaby mi ona niezmiernie przydatna. 15 lat temu można jednak było tylko pomarzyć o takim oświetleniu.
Krótko mówiąc M-Force 630 to lampa wszechstronna, wygodna w użyciu, która spełni oczekiwania wszystkich tych, którzy potrzebują bardzo mocnego światła przez kilka godzin, a potem mają możliwość naładowania jej akumulatora.

8. Przyznam na koniec, że cieszę się z możliwości testowania tej czołówki. Używam ją chętnie i używać będę nadal, bo znakomicie pracuje mi się z zaprzęgiem z nią na głowie. I to byłoby już całe podsumowanie moich testów.
Powyżej jeszcze możecie zobaczyć filmik z nocnego przejazdu psim zaprzęgiem. Dobrze widać na nim jak ta czołówka radzi sobie z ciemnością i rozmiarami psiego zaprzęgu.

niedziela, 3 stycznia 2016

Skomplikowana maszyneria



Jeśli spojrzymy na psi zaprzęg z boku, z przodu, czy z tyłu, to zobaczymy psy, trochę różnych linek, sanie, albo wózek i człowieka. Prosta sprawa. Jednak tylko na pozór. W rzeczywistości psy, człowiek i sprzęt tworzą wspólnie wielką i skomplikowaną maszynę do pokonywania przestrzeni.
Ten archaiczny sposób przemieszczania się istnieje dzięki współpracy dwóch różnych gatunków, których działania wiodą do wspólnego celu. Tym celem jest bieg. Dla psów dosłownie, bo one biegają dla czystej przyjemności biegowej, a w przypadku człowieka jest to nieco bardziej skomplikowane, bo my ludzie lubimy dorabiać sobie całą filozofię do naszej działalności. I dobrze, tak jest przecież ciekawiej.

Dlaczego ta maszyna jest tak skomplikowana? Tyle osobowości ile psów, do tego człowiek z własną. Ile istot tworzących zaprzęg tyle ich własnych problemów. Każdy z nich jest inny. Są suczki, są psy, jest człowiek. Każdy z nich ma swoją drogę dochodzenia do mistrzostwa. Aby zespół, który tworzą, mógł także do niego dojść, muszą się idealnie zgrać. Muszą stać się jednością, niemal jednym organizmem. Psy jednoczą się w biegu, we wspólnym rytmie, a człowiek musi nauczyć się im pomagać i wsłuchiwać się w ich potrzeby. Musi czuć, kiedy któryś z psów słabnie, ma się gorzej. Musi reagować na to z wyprzedzeniem. Bardzo trudno nauczyć się takiej umiejętności, a to ona może być decydująca w trudnych chwilach, których w długodystansowym mushingu nie brakuje.
Kiedy to wszystko zaczyna ze sobą współgrać, to zaprzęg staje się gotowy do największych czynów. Może dokonać dosłownie wszystkiego. Przemienia się w doskonale wyregulowaną machinę do biegania. Wymaga to jednak całych lat pracy, wysiłków, analiz i szukania coraz lepszych rozwiązań. Na końcu tej drogi jednak czeka olbrzymia satysfakcja ze świetnie wykonanej roboty. I to jest największą nagrodą w tym dziele.
Wtedy okazuje się, że nie ma w zasadzie niemożliwego, że możemy zrobić rzeczy o jakich baliśmy się kiedyś nawet pomyśleć. Przykładem niech będzie nasz ostatni w 2015 roku trening. W Sylwestra o godzinie 15 rozpoczęliśmy bieg na 50 kilometrowej trasie. Bez specjalnego nastawiania się na duże tempo. W zasadzie mając w zespole trzy dziesięcioletnie psy wolimy, kiedy to tempo nie jest zbyt wysokie. Chociaż o tym decydują raczej psy. I to te najstarsze w zaprzęgu, czyli Zuza, Tanda i Pips. Zwłaszcza Pips, bo to duże chłopisko, którego stawy najbardziej, z racji masy mieśniowej, narażone są na kontuzje. Na Pipsa trzeba uważać. Ale nie w tego Sylwestra! To on był, jak za młodu, jednym z głównych motorów zespołu. Miał ku temu idealne warunki. Temperatura minus 10, wiatr. Doskonałe chłodzenie.
Psy robiły swoje. Biegły wysokim tempem, ja filmowałem ten bieg i testowałem za razem czołówkę Mactronica. Zrobiłem dwie 10 minutowe przerwy oraz 5-6 minut rozmawiałem przez telefon. Zaprzęg w tym czasie stał i odpoczywał. Dopiero przy przyczepie, kiedy wyłączałem gpsa zobaczyłem co się stało. Pokonaliśmy tan dystans w 3 godziny i 25 minut. Włącznie z przerwami. I wiecie co? To najlepszy czas na 50 kilometrów na wózku. Na saniach zdarzało się przelecieć to i poniżej 3 godzin, ale nie na wózku, po leśnych wertepach, dziurach, korzeniach i nie z takimi długimi przerwami. I dokonały tego psy, które być może z racji wieku biegają już ostatni sezon wyczynowo.
Tak właśnie działa świetnie wyregulowana, zaprzęgowa machina. To jest właśnie kwintesencja twierdzenia, że można wszystko, o ile poprze się to latami solidnej pracy. Zrobiliśmy rekordowy bieg w ogóle nie mając świadomości, że jest tak dobrze, tak szybko. Ot jeden z wielu pięćdziesięciokilometrowych biegów, na dodatek z kamerą, która też rozluźnia i spowalnia tak naprawdę, bo muszę przyhamować od czasu do czasu, czy nawet zatrzymać zaprzęg, kiedy w niej grzebię.
Przyjemnie jest pomyśleć, jaki mógłby być czas, gdybyśmy mieli świadomość ścigania rekordu. Bardzo przyjemnie :)

piątek, 1 stycznia 2016

Szczęśliwego Nowego Roku



Odszedł Stary, przyszedł Nowy. Taka kolej rzeczy. Znowu przybyło nam wszystkim lat w kalendarzu, znowu coś przeminęło. A coś innego rozpocznie swój bieg.
Życzymy wszystkim na ten Nowy Rok dużo szczęścia, bo jak będziemy szczęśliwi to oznaczać to będzie, że wszystko inne się dobrze poukładało. I zdrowie, i rodzina, i uczucia, i praca, i wszystko co ma jakiekolwiek dla nas wszystkich znaczenie. Szczęśliwego Nowego Roku!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...